tłumaczenia
Przedmowa
2012-03-14

Publikując „Noctes Petropolitanae” wydawca – różny jednak od autora – pozwala sobie i nawet uważa za konieczne poprzedzić tę książkę kilkoma wyjaśnieniami.

Treść tej proponowanej uwadze oświeconych (jedynie oświeconych i rzeczywiście oświeconych) czytelników metafizyki miłości jest całkowicie nie na czasie. Z punktu widzenia panującego i mężnie bronionego przez wykształcone środowisko rosyjskie światopoglądu, jedynym warunkiem usprawiedliwiającym wydawcę może być wyłącznie jego szczera chęć zachowania dla potomstwa pouczającego wzorca współczesnych nam antynaukowych konstrukcji i nieodpowiedzialnych poszukiwań mistycznych. Tym bardziej, że wydawca nie traktuje przesadnie zalet tego dzieła ani od strony jego formy, ani też od strony treści.

Autor, oczywiście, stara się przedstawić swoje idee w formie artystycznej. Stąd wynika podział na „noce”, a nie na rozdziały (niestety, autor nie wziął pod uwagę próśb wydawcy, aby podzielić „noce” nie na paragrafy, a na godziny, co byłoby bardziej konsekwentne). Stąd też występująca niekiedy forma dialogu, zwróconego do „Miłości” i jeszcze do jakichś osób oraz styl, sztuczny, a nawet pretensjonalny, niekiedy z przejściem w rytmiczność. Z wielkim trudem udało się przekonać czcigodnego profesora, aby usunął z tekstu wiersze, obce, które źle wiązały się z treścią, jak i jego własne, które świadcząc o skłonności do poezji nie świadczą o darze poetyckim. Za swój niemały sukces wydawca uważa zmniejszenie objętości „Nocy”: autor obiecał skrócić je o połowę, ale w rzeczywistości skrócił je tylko o jedną trzecią. Należy jednak przyznać, że wszystko to nie uczyniło publikowanego utworu artystycznym. – Styl wywołuje wrażenie sztuczności i, co jest zrozumiałe, jego banalnemu pięknu nie pomagają neologizmy i slawizmy typu „dwu-jedność” oraz zadziwiające słowo „okończenia”. Wewnętrznie nie jest też umotywowany tytuł. – Dlaczego są to „Noce”, a na dodatek jeszcze „Petersburskie”? Widocznie sam autor nie zawsze pamięta o zamierzonych przez siebie dla czytelnika jego nocnych „kontemplacjach” i „wynurzeniach”, a w drugiej części, zachwyciwszy się dialektyką scholastyczną, zupełnie o nich zapomina, co uświadamia sobie na samym końcu książki i nawet nie zauważa, że sam sobie przeczy. Wszystkie próby ustalenia związku między treścią soi-disant[1] traktatu i takim lub innym charakterem nocy, z punktu widzenia wydawcy, są wyraźnie nieudane. Autor, który z jakiegoś powodu odrzucił radę powiązania drugiej nocy z opisem brudnego ocieplenia, sam nie poszedł dalej, niż ogólne i szablonowe wspomnienia księżyca, gwiazd, zadymki i pozornie głębokich zdań o „wieszczej ciszy”. Czytelnik ma prawo założyć, że autor po nocach nie czuwa i nie pisze, a – jak wszyscy prości śmiertelnicy – śpi, ponieważ nie potrafi powiedzieć o nocach nic szczególnego, a cały jego arsenał artystyczny sprowadza się do zadymki, księżyca i myszy. Artyzm zawsze jest konkretny, a jakiż to lokalny koloryt otrzymuje się z prostego wspomnienia o soborze? – Sobór jest w każdym mieście, a mówiąc o Petersburgu należałoby podkreślić, czy ma się na uwadze sobór św. Izaaka, czy też sobór Kazański. Pogoń za artyzmem i pozorną głębią stawia niekiedy autora po prostu w komicznej sytuacji, z której – niestety – żadne wysiłki wydawcy nie mogły go wyprowadzić (porównaj, na przykład, zakończenie § 4 w Piątej Nocy: „Ja – nie-Ty, Ty – nie-Ja… Ty-sam ja, ja – sam Ty. Ja i Ty i nie-Ty; Ty i ja i nie-ja”).

Jest po prostu godne współczucia, że autor wybrał taką, wyraźnie nie odpowiadającą jego zdolnością formę wykładu, naiwnie niedoceniając faktu, że forma i treść powinny być adekwatne i nie przeszkadzać sobie. W „Nocach” natomiast forma bez wątpienia przeszkadza jasności wykładu i przekonującemu uzasadnieniu przedstawianych myśli. Ona pozwala częściej i więcej, niż należy, apelować do uczucia i „tajemniczego uchwycenia”, za którym – być może – nie kryje się nic poza pożądaniem poezji. Nie osiągając artystycznego przekonania, autor nie osiąga także przekonania filozoficznego i „hybrydowy” charakter jego utworu stawia krytyka w nadzwyczaj trudnej sytuacji. Jeśli krytyk wskaże na artystyczną nieodpowiedniość scholastyki, autor może powołać się na swoje zadanie filozoficzne, a jeśli krytyk skieruje swoje uderzenie na niedostateczność argumentacji filozoficznej, autor może bronić się wymogami artystycznymi.

Jednak nie bacząc na całą trudność sytuacji wydawca pozwala sobie poczynić dwie-trzy uwagi co do istoty. Wydawcy obce są dogmatyczne i teologiczne skłonności autora. Tym nie mniej jest on gotów postrzec pewną wartość w życiowym postawieniu takich problemów, jak troistość: pozwala to postrzec w abstrakcyjnym dogmacie symboliczny wyraz pewnego realnego faktu, nadbudowę ideologiczną. Niestety, nie można tego powiedzieć o wielu innych opiniach, w których autor pozostaje dalekim od konkretnego życia dogmatów. Nieprzekonujące i abstrakcyjnie dialektyczne są koncepcje Sofii, jej związku z Kościołem, z Dziewicą Marią, koncepcje dziewictwa Marii, jej androgynizmu i relacji do Chrystusa. Zresztą wydawcy się wydaje, że wspomniane problemy nie są opracowane od ich strony dialektycznej: autor, jak się wydaje, sam niewyraźnie wyobraża sobie relacje między różnymi Adamami, których ilości wydawca nie decyduje się określać. W każdym bądź razie dla autora nie w pełni jasny jest problem indywidualności, a idea odkupienia jest dla niego całkowicie niejasna, chociaż mimochodem o niej mówi. Tak ważna dla niego teoria „dwu-jedni” lub „pary” nie została uzasadniona z pełnym przekonaniem, wywołuje szereg problemów i wątpliwości, którymi teraz nie ma co się zajmować. A przecież na tej teorii bazuje jego cała metafizyka. Z nią wiąże się zwłaszcza ocena chrześcijaństwa w sensie negowania ideału ascetycznego. Absolutnie nie broniąc ascezy, należy jednak w imię sprawiedliwości wskazać na nieprzemijające wartości, ujawniające się właśnie w ascezie: na szczególne jasnowidztwo ascetów, na ich miłość do ludzi i świata, o czym autor mówi zbyt pospiesznie. Większa zaduma wybawiłaby go od stawiania takich niedorzecznych i zdumiewających nawet sceptyka problemów, jak – „dlaczego Chrystus nie był żonaty?” (Autor nie formułuje swoich myśli w takich słowach, ale dokładnie oddajemy ich sens[2]). Waha się też między całkowitym usprawiedliwieniem świata takim, jakim on jest, kultem życia i ciała z jednej strony, a uzasadnieniem swego romantycznego ideału miłości z drugiej strony. Zapomina, że w pierwszym wypadku powinno znaleźć się miejsce dla ascezy, a w drugim nie można mówić o pełnej akceptacji świata.

Wydawca zakłada, że o tym wszystkim tak lub inaczej mógłby z autorem dyskutować. Przecież on, różny od niego, jest przecież samym autorem, stanowiącym z nim „dwu-jednię”. Jednak wtedy powinni oni, po zniszczeniu przedmowy i traktatu, napisać razem nowy utwór, co w obecnych czasach jest zupełnie niemożliwe ze względu na warunki typograficzne.

 

 

1921, 9 października

 

Petersburg.



[1] Francuskie „tak zwanego” (wszystkie przypisy są autorstwa tłumacza).

[2] Patrz „Noc siódma”, § 5.

ks. Henryk Paprocki