Wasyl Rozanow
Wasyl Rozanow, Myśli, 1-926: Opadłe liście (koszyk drugi) - cz. 2
2013-10-24

Wszystkie – przed przeręblą i nikt im tego nie powie:

„Gdy tylko wyjdziecie z zaczarowanego kręgu studiów, dostaniecie papierek, że „skończyłyście” – nie spotkacie nikogo, ani jednej ręki, ani jednej twarzy, ani jednego urzędu, gdzie by otworzyli drzwi i powiedzieli:

Ten lodowaty chłód – „Nikomu nie potrzebna” – zmrozi was i, być może, wielu zabije.

Ale bądźcie cierpliwe. Walczcie. Przez to lodowate morze każdy musi przepłynąć, a kto je przepłynie – wypełznie na brzeg.

Bez piór, bez trenu, ale wypełznie.

 

*

 

Dlaczego już teraz, na studiach, nie myślicie o swojej pracy? U Żydów jakoś to wychodzi”: „krewni” i „póki co, niech dyżuruje w sklepiku”. „Niech uczy” niezliczone dzieci. U Rosjan – nic. Ani sklepiku. Ani krewnych. Ani dzieci. Poza abstrakcyjnym stwierdzeniem: „Trzeba by zacząć pracować”. Ale w odpowiedzi na to usłyszy: „Nie ma wolnych miejsc”.

 

* * *

 

698. Dwie studentki i czterech gimnazjalistów w imię „prawdy swojej duszy” postanowiło zrobić w Rosji przewrót.

Nie wiedzą, biedni, że i bez „przewrotu” po skończeniu nauki nie będą mieli co jeść. I będą mówić „Ekscelencjo”, żeby tylko nie umrzeć z głodu.

A prasa ich popiera: „Idźcie! Szturmujcie!” – Szefowie, mili ludzie. Azefowie i – nic więcej.

(Korolence i Pieszechonce)

 

* * *

 

699. Wszyscy ludzie są umęczeni swoim brakiem wykształcenia – jedynie G. znajduje w tym źródło pychy i rozkoszy. Poprzednio, kiedy uważał się za „socjalistę narodnika” (z takim nazwiskiem!), to mówił w duchu socjalistów, że „chociaż niczego się nie uczył, to jednak wszystko wie i może na każdy temat mieć swoją opinię”. Nie można mu wyjaśnić, że Portugalia i Hiszpania – to różne państwa, gdyż on plącze „Półwysep Pirenejski” z „Hiszpanią”. Teraz, kiedy stał się „narodnikiem i działaczem państwowym”, to uważa za właściwe nie zgadzać się ze swoimi „rosyjskimi przekonaniami”, ale z uszczęśliwioną miną zaczął mówić, że jakoby „powiedział Stołypinowi, że jego poglądy na Rosję są całkowicie błędne”.

– Aleksandrowi Arkadiewiczowi Stołypinowi?

Jakby jadł galaretkę:

– Ni-e-e-e. Piotrowi Arkadiewiczowi. Powiedziałem mu, że zupełnie się z nim nie zgadzam.

Tout le monde est frappé que G. jest niezadowolony.

Nie wiem, czy Stołypin był szczęśliwy rozmawiając z G., ale G. był szczęśliwy, że porozmawiał ze Stołypinem.

Gdy wracał do domu tramwajem konnym, to prawdopodobnie myślał:

– Co teraz Stołypin myśli o mnie?

To zajmowanie się Stołypina G-om i G-a Stołypinem wydaje mi się być wielkim faktem historycznym. „W stos historii powinien być położony wszędzie swój kamyczek”. I G. gorliwie położył „swój”.

(z okazji „zaproszenia” do Towarzystwa Słowiańskiego)

 

* * *

 

700. Do siły – wszystko przystaje, z siłą (w sojuszu z nią) – wszystko jest bezpieczne; oto historia nihilizmu lub, ściślej, nihilistów w Rosji.

Trzeba porównać pozbawione blasku, zapędzone „gdzieś w kąt” życie Strachowa, który niekiedy nie miał nawet szczypty herbaty, żeby zaparzyć ją dla gościa – z szumnym, wspaniałym życiem Czernyszewskiego i Dobrolubowa, którzy prawie „nie zaszczycali rozmową” samego Turgieniewa. Trzeba porównać ubogie życie Dostojewskiego w haniebnym zaułku Kuznieckim, gdzie stoją jedynie domy dorożkarzy i mieszkają w pokoikach prostytutki – z życiem ożenionego z Żydówką-milionerką Stasiulewicza we własnym murowanym domu na ulicy Galernej, gdzie mieściła się „opozycyjna redakcja” czasopisma „Wiestnik Europy”. Trzeba porównać nędzne życie – życie jako nieszczęście i ból – Leontiewa i Gilarowa-Płatonowa z życiem magnata literackiego Pantelejewa, w którego pałacu zbierało się „Towarzystwo Hercena” (1910-1911) z setką gości-członków z życiem „Wasyla Wasiljewicza i Barbary Dmitrijewnej”, z Ge i Iwanowem przy szklance herbaty – żeby zrozumieć, że nihiliści rosyjscy dawno już temu domyślili się, gdzie „raki zimują” i pobiegli po złoto, pobiegli do obcego, sytego stołu, pobiegli do drogich win, wszędzie pobiegli z zatroskaniem tego, który nic nie posiada – do tego, który posiada. Nihilizm od dawna już liże łapy bogaczy – oto, w czym rzecz. Nihilizm przypochlebia się znanym ludziom – oto, w czym rzecz. Do „Mikołaja Konstantynowicza” na zimowego i wiosennego Mikołaja (imieniny obchodził dwa razy w roku), zjeżdżali się goście nie tylko z Petersburga, ale także literaci z Moskwy: z Moskwy specjalnie przyjeżdżał z pozdrowieniami Maksym Gorki, studentki – z bukietami i studenci – oczywiście, żeby poszeptać o swojej „opozycji” i „pozdrowić”, a on rozdzielał swoje pochwały i potępienia, awansował i poniżał. O tym niedomytym nihiliście Błagoswietłowie słyszałem od Suworina, że w jego gabinecie były drzwi z czarnego drewna ze złotą inkrustacją, przed którymi stał sługa-Murzyn, „jak u hrabiów i książąt”; to już nie jest mieszkanie biednego Rcy z jego Olgą Iwanowną. Właśnie tych „szczegółów” nie zna nasza naiwna i łatwowierna prowincja, można się o nich dowiedzieć dopiero po przyjeździe do Petersburga, a gdy się już ktoś dowie, dziwi się niezmiernie. Gdy byłem gimnazjalistą w VI-VII-VIII klasie, to dziwiłem się, jak rząd troszczący się o kulturę i cywilizację, może tolerować istnienie tak wstrętnego czasopisma, które wyzywa wszystko, co istnieje. Wydawało mi się, że takie czasopismo mogą wydawać jacyś pijani seminarzyści, którzy „nie ukończyli studiów”, którzy piszą swoje artykuły przy ogarkach świec, po czym upijają się i śpią na wspólnych łóżkach ze swoimi „studentkami”: jednak „czarne drzwi z Murzynem” mnie i nikomu w Niżnym nie przychodziły do głowy… Wtedy wszystko wydałoby się nam inne. „Nihilizm” wydawał się nam „rozpaczą studentów”, dopuśćmy, że wraz ze studentkami, ale wszystko –„świetnie”, wszystko – „wspaniale”, wszystko – „dusza z duszą” narodu, z prostotą, z nędzą. Murzyn nikomu nie przychodził do głowy. Wchodziliśmy w „nihilizm” i w „ateizm” jako w cierpienie i nędzę, jako w śmiertelną i męczącą walkę ze wszystkim, co jest syte i tryumfalne, ze wszystkim, co zasiada przy „uczcie życia”, ze wszystkim, co „tłamsi naród” i „nas, biednych studentów”, a już w ostatnim rzędzie także i nas, stłamszonych gimnazjalistów. Byłem niezmiernie zdumiony, kiedy po przyjeździe do Petersburga nagle zobaczyłem, że „i Tertij Iwanowicz w opozycji”, a jego ulubieniec, który ma 2 000 „arendy” (aż do śmierci, coroczna nagroda z rozkazu cesarza), wyraża się bardzo pochlebnie o zamachach: zakręciło mi się w głowie, w duszy płomień i dym. „Oto, gdzie opozycja: z orderem Aleksandra Newskiego i Białego Orła, z tysiącami w kieszeni, z łososiem na stole”. – „To zupełnie inna sprawa”. Potem znajomość ze Strachowem, który mówił „jak po rosyjsku” w pięciu językach i jak wirtuoz znał biologię, matematykę i mechanikę, znał filozofię i był subtelnym krytykiem, ale nie miał gdzie drukować poza słabo płacącym „Russkim Wiestnikiem”… Potem przyszedł Piercow, który odszedł od Michajłowskiego, ze swoimi wspaniałymi (pomimo skromnych środków) wydaniami cudzych dzieł…

Zrozumiałem, że w Rosji „być w opozycji” – znaczy kochać i szanować cesarza, „być buntownikiem” w Rosji – znaczy pójść do cerkwi na nabożeństwo, a w końcu „postąpić jak Stienka Razin” – to dać w mordę Michajłowskiemu z jego „dwoma imieninami” (opowieść Piercowa). Zrozumiałem, że „Russkije Wiedomosti” – to departament, który „każdego może awansować”, że Elżbieta Kuskowa – to „mająca rangę dama”, której wszystko samo idzie „pod pióro”, gdyż ona wydawała cenione czasopismo „Bez Tytułu”. Ale ubogimi i prostytutkami całe życie zajmuje się księżna Dondukowa-Korsakowa (wstrząsająca biografia – w książce Stasowa o swojej siostrze), natomiast „długie treny” noszą Elżbieta Kuskowa i Sofia Kowalewska, a przed nimi idą „damy kawaleryjskie” z Zasulicz i Pierowską na czele, które wielkoduszną i świętą Dondukową-Korsakową nawet nie dopuściły „na audiencję u siebie” w Szliselburgu. Wtedy zrozumiałem, gdzie opozycja, co znaczy być z „poniżonymi i znieważonymi”, co znaczy być z „biednymi ludźmi”. Zrozumiałem, gdzie koryto i świnie, i gdzie – wieniec cierniowy, gwoździe i męka.

Potem ta idiotyczna cenzura, która jak kwas przeżera „prawosławie, autokrację i naród”, zabierając im wszystkie książki – nie przepuszczenie mojego artykułu o monarchii i paralelnie opieka nad socjaldemokratycznym czasopismem „Dzieło”. Nagle oprzytomniałem i zrozumiałem, że w Rosji „hulanka i oszustwo”, że w niej zawsze lewicowa „opryczyna” rządzi całym państwem i chluśnie witriolem w twarz każdemu, kto nie zwiąże się z „opozycją z łososiem”, z „opozycją z szampanem”, z „opozycją z Kutlerem i rentą w wysokości 6 000 rubli”…

Poszedłem do tej spokojnej, bezsilnej, być może, w istocie mającą zostać zadeptaną opozycją, która polega na tym, żeby:

1) pomodlić się,

2) wstać wcześnie rano i pracować.

(15 września 1912 r.)

 

* * *

 

701. Gdzie jednak przepadła sprawa Rosji, duch rosyjski? Jak to wszystko (patrz wyżej) mogło się stać? Dokonać się?

W oficjalności, w tryumfalizmie i nowych „nagrodach”.

W tym samym „smrodzie”, w którym teraz ginie (?) nihilizm.

Wszystko najlepiej wytłumaczyć przypadkiem, w którym gdzieś wyczytał mój brat Kola (17 lat temu).

Pewnego razu cesarz Mikołaj Pawłowicz przechodził przez pałac i usłyszał, jak wielkie księżniczki-podrostki zebrały się w komnacie i śpiewają „Boże, cara chroń”. Zatrzymał się więc przy drzwiach komnaty, a po skończonym śpiewie wszedł i powiedział zarazem groźnie i łaskawie:

– Dobrze śpiewałyście i ja wiem, że to z dobrych pobudek. Ale w przyszłości nie śpiewajcie: to jest święty hymn, którego nie należy śpiewać przy każdej okazji, kiedy ma się na to ochotę, prawie bawiąc się lub próbując swój głos. Ten hymn można śpiewać bardzo rzadko i z bardzo ważnych powodów.

Rozwiązanie wszystkiego.

W naszych gimnazjach, a zwłaszcza w ówczesnym podłym gimnazjum w Symbirsku, za Wiszniewskiego i Kildjuszewskiego z ich okropnym szacunkiem dla wszelkich rang, który wykręcał żołądek, zmuszano całe gimnazjum w każdą sobotę, aby przed portretem cesarza śpiewało „Boże, cara chroń”, a i teraz, z powodem i bez powodu wszędzie każdy tłum śpiewa „Boże, cara chroń”…

Jak?

– Oczywiście, bezdusznie!

Nie można w każdą sobotę doświadczać uczuć patriotycznych i wszyscy wiedzieliśmy, że to „Kildjuszewskiemu i Wiszniewskiemu jest potrzebne”, aby zasłużyć się przed gubernatorem Jermiejewem: a my, gimnazjaliści, jesteśmy narzędziem tego podłego zasługiwania się.

Oczywiście, „śpiewaliśmy” w każdą sobotę i w każdym gimnazjaliście coś ulatywało z zielonego drzewa uczuć narodowych: „śpiewali” – a w małych dziecięcych piersiach rósł żółciowy, melancholijny i rozjątrzony nihilizm.

Pamiętam, że właśnie Symbirsk był ojczyzną mojego nihilizmu. Byłem tam w II i III klasie, w IV-ej przeniosłem się do Niżnego.

W tym oficjalnym i tryumfalnym, ale przymusowym „patriotyzmie” – cała rzecz. Niekiedy myślę, że niech nawet pozostaną „urzędy”, ale trzeba z nich zdjąć pozłotę i naszywki, zresztą bardzo śmieszne i kuse, kuriozalne. Jak i ordery, poza najwyższymi, wstęgi i gwiazdy. Wszystkie te „krzyżyki” dawno już temu stały się pośmiewiskiem. „Urzędnicy” powinni być odziani w proste czarne marynarki – można przecież wymyślić coś prostego i poważnego. Również te wszystkie „pozdrowienia władz z okazji świąt”, raczej przeszkadzające w odpoczynku, spędzeniu czasu z rodziną – cała ta plugawa nikczemność powinna zostać wymieciona, po prostu „w jeden piękny dzień” należy ją zakazać.

Uczucie żywione do ojczyzny – powinny być surowe, oszczędne w słowach, nie bełkotliwe, kwieciste, bez „machania rękoma” i wybiegania do przodu (żeby zauważyli).

Uczucie żywione do ojczyzny powinno być wielkim gorącym milczeniem.

(15 września)

 

* * *

 

702. A teraz poszukajcie Magnickich i Rusili, Arakczejewa i Tadeusza Benedyktowicza Bułgarina – w swoim obozie, panowie.

(radykałom)

 

* * *

 

703. Całe „nasze wychowanie” – nie rosyjskie, ale europejskie, nam współczesne – wyraża się w:

– Panowie! Proponuję powstać i uczcić zmarłego minutą milczenia.

Wszyscy wstają.

 

Poza tym końskim sposobem traktowania przerażającego, nieprawdopodobnego i niewypowiedzianego faktu śmierci, wstrząsającego Niebem i Ziemią, nasza cywilizacja nic nie wymyśliła, nic nie wycisnęła ze swojej duszy.

– „Wstańcie, panowie!” – oto cała miłość.

– „Wstańcie, panowie!” – oto cała mądrość.

Darwin, parlament i wojny Napoleona wszystkim niezliczonym zmarłym i umierającym, mówią:

– „Wstaliśmy” – „Kiedy wy umrzecie – my wstaniemy”.

Jest to tak nędzne w sensie naszych „zdolności”, w sensie naszej „miłości”, w sensie naszego „szacunku do człowieka”, że…

No i co, czy będziemy „reformować Kościół” z takimi zdolnościami?…

Przecież w nikim z nas, w całej naszej cywilizacji nie ma ani jednej kropli tej miłości, nie ma ani jednej kropli tego bezgranicznego szacunku do człowieka, jakie zostały powiedziane przez Kościół przy tworzeniu tych obrzędów (pogrzebowych), słów, pieśni, czytań, a wszystko to zostało zapieczętowane jako dokument. A jakiż my mamy dokument miłości?!

„Wstańcie! Postali!!”

– Osły!

Cóż można powiedzieć poza tym jednym słowem: „osły”.

 

* * *

 

704. Ta „ważna próba reformy” – próba z pustym sercem, próba z nędznym rozumem – wstrząśnie Europą… Tu są „i dekadenci”, i „my”, „i ego-futuryści”, wszelcy „odnowiciele”, i jeszcze „Duma” i Karaułow.

Tak, „postaliśmy” też nad Karaułowem. A on powinien na nas z tamtego świata kichnąć i powiedzieć: „Mało”.

 

* * *

 

705. Opowieść Kuskowa (P. A.):

– Wszyscy skarżą się, że policja uciska biednych obywateli i ogranicza wolności obywatelskie. „Dusimy się”. Zaszedłem kiedyś na oddaloną od centrum ulicę, trotuary – drewniane, a naprzeciw mnie idzie pijana kobieta. Zdaje się, że porozwiązywały się jej tasiemki i przód spódnicy ciągnie się po ziemi. Co zrobiła rok do przodu, to przydeptywała sobie spódnicę. Ponieważ powstrzymywało to jej „marsz”, więc ze złością podciągnęła spódnicę do góry. Ale bluzka oddzieliła się od spódnicy, ona tego nie zauważyła i ciągnie za koszulę. Ciągnie coraz wyżej i widzę, że ma goły brzuch. Spódnica zupełnie „obsunęła się” w dół, spełzła na biodra, a bluzka podciągnięta go góry. Poczułem obrzydzenie i zwracam się do policjanta:

– Co pan tak patrzy? Odprowadziłby ją pan do domu lub na posterunek.

Zasalutowawszy rzeczywistemu radcy stanu (Kuskowowi), policjant odpowiada:

– W żaden sposób nie mogę, Ekscelencjo. Zabroniono. Ona idzie sama i nie mogę jej zabrać, gdyż mamy polecenie, żeby zabierać tylko wtedy, gdy pijany leży na ulicy.

Kuskow do przejścia na emeryturę nigdy nie wyjeżdżał z Petersburga, wydarzenie miało miejsce w stolicy.

W minionym roku jeździłem z mamą do Romanowych. Przejeżdżając przez nieduży plac, zdaje się koło rynku Sytnego, o godzinie 1 po południu, w jasny słoneczny dzień – aż krzyknąłem i odwróciłem się.

Natychmiast w tym kierunku spojrzała też żona.

– Młodziutka, ma 18 lat – powiedziała żona.

Vis-à-vis stał tłum. Rozproszony, nie w zbitej grupie. Chłopcy, kobiety.

A naprzeciwko nich ta, co miała „18 lat”, podniosła nad gołymi nogami spódnicę, że „wyżej już nie można”, i pokazała wszystkim…

Stolica.

(jej twarz nie wskazywała na to,

że jest prostytutką)

 

* * *

 

706. Ciągle gdzieś coś łowi – w jakiejś mętnej wodzie łowi jakąś ambitną rybkę.

Ale przynętę ma kiepską, wędkę słabą, a haczyk tępy.

Nie daje jednak za wygraną. I znowu zarzuca wędkę.

(rybak G. w gazetach)

 

* * *

 

707. Styl jest duszą rzeczy.

 

* * *

 

708. A to ich chwalili, chwalili…

A to ich głaskali, głaskali…

(rewolucjoniści u Boguczarskiego i Glinskiego)

 

* * *

 

709. Głupcy jesteście, wszystkie moje utwory nie są przygotowywane na wodzie, nawet nie na oliwie – a na nasieniu ludzkim. Dlaczego więc nie powinniście za nie drożej płacić?

(jadąc dorożką)

 

* * *

 

710. Mamusia nie znosiła Gogola i mówiła krótko, zdecydowanie:

– Nienawidzę.

Jak i o duchowieństwie, chociaż sama z tego stanu pochodziła:

– Nienawidzę klechów.

– Dlaczego, Barbaro Dmitrijewno, nienawidzi pani duchownych?

Nie wahała się:

– Kiedy schodzą z dorożki, to zawsze odgarną na bok sutannę, wyjmują swoją portmonetkę i rozliczają się. To „odgarnięcie na bok” wygląda tak, jakby ktoś chciał im odebrać pieniądze – wstrętne! Zawsze dają dorożkarzowi zamiast „5 kopiejek” tę ze… szczególnym orłem, starego „piątaka”, którego potem nikt od dorożkarza nie weźmie za więcej, niż trzy kopiejki.

– A dlaczego Gogola?

One jednak nie wyjaśniała. Kiedy próbowałem czytać jej coś Gogola, którego Sasza Żdanowa (jej kuzynka) tak szaleńczo lubiła, to delikatnie czekała (póki czytałem), a potem mówiła:

– Lepiej poczytaj coś innego.

Zdumiewało mnie to. Na wszystkie próby pozostawała głucha.

„– Co takiego???! Gogol!!!” – Nic nie rozumiałem.

 

Nierzadko śmiała się swoim wspaniałym śmiechem, który w chwilach szczęścia przechodził w swawolę – małą i krótkotrwałą. Jej dusza była (wtedy) delikatna i łaskawa, bez cienia posępności (też wtedy). Ona nie analizowała ludzi i nie pozwalała sobie na to: „Jestem jeszcze za młoda” (26 lub 28 lat). Jej stosunek do ludzi był niesłychanie przychylny, ale bez stronniczości i zachwytów. Właściwie ona żyła dość dziwnie: i – „nie z tego świata”, i – „z tego świata”. Coś pośredniego, przejściowego… Przed nią – nic; wokół – nic; za nią – szczęśliwa miłość pierwszego związku, który trwał cztery lata.

Mąż powoli umierał na jej oczach z nieznanego powodu. On niezwykle powoli tracił wzrok, a potem – krótko i gwałtownie – postradał zmysły i zmarł. „Uszyli mi wszystkie szaty żałobne, ale ja ich nie założyłam, jak byłam w kolorowym płaszczu – tak i szłam za nim” (na cmentarz; nie miała sił, żeby się przebrać).

Ten kolorowy płaszcz za trumną pozostał w mojej duszy.

„– Dlaczego ona nie lubi Gogola? Nie znosi”.

Dla wszystkich łaskawa, nie kłaniała się jedynie Ewłampii Iwanownej S-woj, żonie nauczyciela religii i duchownego z katedralnej cerkwi.

– Dlaczego?

– Ona czeka na ukłon, a ja robię wrażenie, że jej nie zauważam.

Za wyjątkiem takich pełnych pychy ludzi, których ona omijała, ze wszystkimi innymi było „dobrze”. Bardzo lubiła swoje krewne, które były bardzo dobre: Marię Pawłowną Głagolewą, Lizę Butiaginę (†), przyjaciółkę z dzieciństwa, wujka Dymitra Adrianowicza.

W stosunku do innych była spokojna i raczej obojętna. Szanowała matkę, była jej posłuszna, i nic poza tym. Szczególne pobudzenie nastąpiło dopiero potem – w małżeństwie ze mną.

 

Dlaczego ona nie lubi Gogola? Kiedy jej czytałem utwory Gogola, „puszczała je mimo uszów”. „Dlaczego? Dlaczego?” – pytałem.

– Dlatego, że mi się „nie podoba”.

– Co się „nie podoba”? Przecież to dokładne opisy, Cziczikow na przykład.

– No, co z Cziczikowem?

– Plugawy taki. Podły.

– No i co z tego, że on jest…

Ona nie wymawiała słowa „podły”.

– Przecież Gogol go wyśmiewa!

– Dlaczego?

– Jak to – dlaczego? Przecież bywają takie typy!

– Jeśli „bywają”, to ty ich nie znasz. Jeśli zobaczę, wtedy i… powiem „podły”. Dlaczego mam mówić o człowieku „podły”, kiedy rozmawiam z tobą, kiedy jesteśmy tutaj, kiedy coś czytamy lub o czymś rozmawiamy, wtedy słowo „podły” nawet nie przychodzi mi do głowy, gdyż wokół siebie nie widzę „podłych”, widzę zwykłych ludzi, bardzo przyjemnych. Nie wiem, do kogo ma się odnosić słowo „podły”…

Jest to jej skrócona wypowiedź, mniej umotywowana. Ona z uporem odmawiała czytać o „podłych” ludziach, nie rozumiejąc, albo też po prostu ich nie widząc, nie wiedziała do kogo odnosi się to słowo i z kim je związać.

Ona nigdy się nie gniewała. Nie była też pamiętliwa.

Jej całe życie było raczej – wokół, w przyszłości, a przede wszystkim w przeszłości – pociągnięte szarą krepą, tęskne i bardzo smutne we wspomnieniach.

Wydaje mi się, że raz powiedziała:

– Nienawidzę Gogola za to, że on się śmieje.

To znaczy, że w Gogolu była istota śmiechu.

Jeśli i nie kłaniała się Ewłampii Iwanownej, to nie było w tym żadnej nagany, a tym bardziej anegdoty, plotki. Nigdy, przez całe życie, nie usłyszałem od niej negatywnej opinii o jakimś człowieku, chociaż zdarzały się ostre odłączenia, a ze dwa razy doszło do całkowitego zerwania znajomości, ale zawsze bez żadnych komentarzy (z Hamburgerami).

Wtedy (w 1889 i 1890 r.) zrozumiałem, że istota śmiechu Gogola była niezgodna z tembrem jej duszy, ze srebrzystym i czystym dźwiękiem tego tembru, w którym nie było żadnego brudu i krzyku. Ani kłótni jako widowiska, ani krzyków jako protestu – ona nie znosiła.

Wniosłem ten element do mojej oceny Gogola („Legenda o Inkwizytorze”), zgodziwszy się z nią, że śmiać się – to coś niegodnego, że śmiech jest niższą kategorią duszy człowieka. Śmiech jest „od Kalibana”, a nie „od Ariela” („Burza” Shakespeare’a).

Mama tego nie rozumiała, a jej tego nie wyjaśniałem.

Potem ona bardzo nie lubiła Mereżkowskich – do przestrachu, do „ledwo mogę z nimi siedzieć w jednym pokoju”, ale i wtedy nie powiedziała ani jednego słowa nagany, żadnej kpiny, a tym bardziej „szyderstwa”. To było zupełnie poza jej istotą. Później, kiedy rozstałem się z Mereżkowskimi i zacząłem na Dymitra Siergiejewicz wylewać swoje „jady” – to myślałem, że ona będzie zadowolona. Ale z tego powodu, że w moim „jadzie” był śmiech, ona nie czytała lub też była głucha na moje artykuły (czytała do ½, nie kończyła), a potem mówiła:

– Nie wyobrażaj sobie, że ty ich rozsierdzisz. Oni prawdopodobnie śmieją się z ciebie. Ty sam jesteś śmieszny i nędzny w swoich kpinach. Złościsz się, że oni ciebie nie uznają i wpadasz w histerię. Sobie tylko szkodzisz, a nie im.

Nie mogłem więc mamy wciągnąć w swoją „satyrę”. Myślę zresztą, że „satyra” wywodzi się z piekła i dopóki jeszcze tam nie trafiliśmy i żyjemy na ziemi – satyra nie jest godna naszego istnienia i naszego umysłu.

Niech to będzie „kanon mamy”.

 

* * *

 

711. Posmarowali samochwałę po mordzie – oto cała „Historia socjalizmu w Rosji”.

(na spacerze w lesie)

 

* * *

 

712. „…to dlatego, że to, co jest jej – to należy do mnie”.

„A to, co jego – należy do mnie” – myśli dziewczyna.

 

Na tym bazują wszystkie zgorszenia i okrutne fakty.

 

*

 

Tak jest urządzony świat. Co można zrobić? „Każdy zdobywa swoją ziemię obiecaną”.

(na odwrocie ulotki)

 

* * *

 

713. Miłość jest całkowitym oddaniem siebie innemu.

„Mnie” już nie ma, a „wszystko jest twoje”.

Miłość jest cudem. Moralnym cudem.

 

* * *

 

714. Rozwód jest regulatorem małżeństwa, jego ciała, jego duszy. Gdyby ktoś zechciał zniszczyć małżeństwo, ale anonimowo, w tajemnicy, ukrywszy „całą sprawę pod obrusem” – to wystarczałoby zniszczyć rozwód.

„Nauka (i prawo) o rozwodzie” nie jest tylko nauką o rozwodzie, ale jest prawie nauką o samym małżeństwie. W niej wszystko jest już zawarte: mądrość, wola. Niestety, „w naszej” nauce nic się nie zawiera, poza głupotą i nadużyciem.

 

* * *

 

715. …jak drobny złodziejaszek wychodziłem od Burego, schowawszy w kieszeni pudełeczko ze złotym łańcuszkiem (do zegarka L. Ademars N° 10 165). Dzieci nie mają żadnych porządnych strojów, mama – chora, a ja kupiłem sobie rozkosz za 300 rubli.

Wieczorem nic nie powiedziałem, ale następnego dnia przed śniadaniem: „Mamo, kupiłem sobie coś nowego”. Wszyscy się ucieszyli. I mama. I dzieci.

L. Ademars – najlepsze zegarki na świecie. Wykonane około 1878 r. (sądząc po medalach z wystaw, reprodukowanych na specjalnym patencie do zegarka), takich zegarków teraz nigdzie się już nie robi, a w historii zegarów ten mistrz nigdy nie został prześcignięty. Zegarek – chociaż ma prawie 30 lat – był mało używany (prawdopodobnie leżał w sklepie). Właśnie dlatego go kupiłem, a nie przypadkowo.

 

* * *

 

716. Zginęła kobieta i pięcioro dzieci.

Zdenerwowałem się i wstałem.

Było ciemno. Usłyszałem szept: „Poswawol sobie i zamilcz, a oni potem (6) to zrozumieją”.

Zapaliłem światło i zobaczyłem, że i o „swawoli” i o „milczeniu” szeptał pierwszy autorytet na ziemi.

 

Oto moje zwycięstwo i moja historia. Czy mogłem nie zawołać:

– Zwyciężyłem!

 

*

 

717. W oddali zobaczyłem śmiertelne łoże. Zwycięzcy umierają jak zwyciężeni, a zwyciężeni jak zwycięzcy.

Będzie padał śnieg i ziemia jest pusta.

Wtedy powiedziałem: Boże, oddal to. Boże, powstrzymaj.

Zwycięstwo zbladło w mojej duszy. Dlatego – że pobladła dusza. Gdyż tam, gdzie umierają, tam nie walczą. Nie zwyciężają, nie biegną.

Pozostają jako nieruchome kości, na które pada śnieg.

 

* * *

 

718. …wiem, że opisuję tego „obrzydliwca literatury”, do którego ona tak się przyssała, a on ciągle ją bije. To fatum i los.

 

*

 

Nie mam żadnego skrępowania w odniesieniu do literatury, gdyż literatura to prostu moje spodnie. A to, że jest „jeszcze jakaś literatura”, że ona istnieje obiektywnie – cóż mnie to obchodzi?

 

* * *

 

719. Tak, rację miał Chrystus, że „nie z ciała i z krwi” należy się urodzić, ale „z ducha”: ja „urodziłem się na nowo”, w istocie po prostu „urodziłem się” – 35 lat temu – w Jelcu, przy mojej obecnej żonie, jej matce (55 lat) i wnuczce (7 lat). Właśnie „Rudniewowie-Butiaginowie” (wdowa – córka) byli moimi „rodzicami”, rodzicami mojej duszy.

Pamiętam, na kamieniu zamieniliśmy się krzyżykami: ona dała mi swój złoty, pamiątkowy, a ja zdjąłem mój z błękitną emalią. Od tamtego czasu ona ciągle nosi mój błękitny krzyżyk, a ja noszę jej złoty krzyżyk.

Weszła we mnie jej dusza, łagodna, współczująca, a w nią zaczęła tajemniczo wchodzić moja dusza, surowa i osądzająca, krytykująca się i gniewliwa.

Ona stawała się surowsza – w stosunku do wad, braków, do słabości. Natomiast ja „wszystko wybaczałem”. Ale ja wybaczałem dzięki temu szczęściu, które ona mi dała, a ona stawała się surowsza dzięki tym cierniom, zaśniadom, goryczom, jakie jej, niestety, dałem.

Ciągle całuję „rączki dam” (przykład Połonskiego, „szkoła” F-s). A ona wybuchnie:

– Co ty tak ciągle oblizujesz damy?

Jakie to okropne. Rzeczywiście, okropne: jest to w istocie głupia maniera mężczyzn „całowania rączek”. Przed ślubem nigdy tego nie robiłem, a po ślubie – zawsze (z powodu dobrego nastroju ducha).

Nie mogłem się odzwyczaić od tej głupoty. I od innych, takich samych głupot. A ją to dręczyło i rozdrażniało. Mówiła z godnością:

– Ty nie rozumiesz moich uczuć. Jest mi przykro, że ty się poniżasz, poniżasz swoją godność i swoje 40 lat, oblizujesz się jak chłopczyk…

We mnie faktycznie aż kipiał „chłopczyk” (był taki duch)…

– A to, że będą na ciebie patrzeć jak na chłopczyka, jest mi przykre.

I – wszystko.

Wszystko wydawało mi się dobre, i S-nicha, i wszystko. Dlatego, że byłem szczęśliwy. Szczęśliwy z powodu jej złotego krzyżyka.

Ja nawet S-noją całowałem w rękę, nie podejrzewałem, co to za „osoba”.

 

* * *

 

720. Cały zdenerwowany zakładałem buty i zapytałem Nadię: – „Czy nie jest za późno?” – „Nie, dopiero wpół do jedenastej” – „Znaczy, spóźnię się! Boże mój! Przecież zaczyna się o dziewiątej” – „Nie. O dziesiątej”. W dwie minuty założyłem uroczyste ubranie (do cerkwi) i napisałem:

 

Za spokój duszy staruszki Aleksandry.

 

Wziąłem dorożkę za 10 kopiejek do Aleksandra Świrskiego i zaraz tam byłem.

Ciasno. Duszno. Podaję: – „Czy nie za późno?” – „Nie”. Kładę na tacę 10 kopiejek. „Proszę o dwie świeczki po pięć kopiejek” – I poszedłem do „panichidnika”.

Pierwszy raz stawiam „na panichidniku” świeczkę za zmarłego. Zawsze lubiłem „panichidnik”, ale z daleka, nie podchodząc. Teraz zobaczyłem dziurki dla świeczek w marmurowym blacie i postawiłem swoją świeczkę. Pokłoniłem się i idę postawić „Zbawicielowi”, za chorą.

Przeciskam się. Ścisk, duszno. Jakaś studentka przyśpiewuje chórzystom: „Panie, zmiłuj się”. – „Będę stawiał świeczkę Zbawicielowi” – pomyślałem. „Pomoże”. Ale ciągle myślę o „panichidniku” i o tym, co napisałem:

 

„Za spokój duszy”…

 

Jak to, „za spokój duszy”? To znaczy, że ona jest… żyje… widzi mnie, niestety, tak głupiego i grzesznego… a kto tego wszystkiego nauczył?

– Kościół.

Kościół, tak bardzo znieważany, wyzywany w prasie, w społeczeństwie, że „obowiązek służby”, że tam „pachnie kożuchami”, że „nic nie można zrozumieć”…

A to Kościół nauczył o tym, czego ledwo śmiał się domyślać Platon i dowodził filozoficznymi zakrętami myśli. Kościół natomiast wprost i jasno powiedział:

– Wierz! Kładź 10 kopiejek! „Wyjmę cząstkę” z prosfory i duszy będzie lżej. Dusza spojrzy na ciebie z tamtego świata, a ty poczujesz to spojrzenie.

„10 kopiejek” – to takie jasne. Jak i to, że za 10 kopiejek dostanie się dwie bułki. Znaczy, „nieśmiertelność duszy” jest tak samo niewątpliwa, bliska, dotykalna, jak bułka w piekarni.

 

* * *

 

721. Czy należy uwierzyć, że jej nieustanna modlitwa miała ten sens:

– Dlaczego oni mnie nie leczą?

– Daj im rozum! Wskaż im!

 

*

 

W Monachium, w Neuheimie (w Łudze – i na Siwirskiej już nie)… zawsze to:

Piszę artykuł. Cały w natchnieniu. Linijki, jak czarne paciorki, płyną po białym papierze, jest ich coraz więcej i więcej… Obejrzę się. Raz… drugi… i trzeci.

Ona podniesie oczy znad akatystnika i kiwnie głową. Uśmiechnę się do niej:

– Co, miła?

A ona opuści oczy na porozrywane kartki akatyst „Wszystkich Strapionych Radość” – i czyta.

A ja nie rozumiem, smutno mi. „Dlaczego ona ciągle czyta jeden akatyst?” Lęk.

Kończy. I wstanie. Zaczyna pracować.

Na pytanie o akatyst odpowie:

– Uspokaja mnie.

Nigdy nie czytała przed ikoną, na kolanach. Zawsze siedziała – nie na kanapie, a na łóżku. Nie pamiętam dokładnie, jak siedziała – ale na pewno nie leżała. Raczej była pochylona – i modliła się do „Wszystkich Strapionych Radości”.

W Łudze już nie mogła, i ja czytałem akatyst. Ona leżała na łóżku, a ja klęczałem na podłodze, ale tak, żeby ona mnie wiedziała, a ja mogłem widzieć ikonę i zapaloną przed nią lampkę.

 

*

 

W niedziele i wigilie świąt – jakie to było wspaniałe! Na starej tacy (niepotrzebnej) stoją lampki. We wszystkie wlano oliwę. Wtedy czytałem w salonie, a lampki stały, jak świeczki „na panichidniku” w cerkwi…

A potem te lampki roznoszono (w rękach) do różnych pokojów, do sypialni, do dziecięcych, do gabinetu…

Ona nigdy nie miała swego oddzielnego pokoju, a nawet przez całe lata nie mieliśmy sypialni: na noc wyjmowaliśmy z kufra (w korytarzu) materac i rozkładaliśmy w moim gabinecie.

(24 września)

 

* * *

 

722. Rewolucje bazują na entuzjazmie, królestwa – na cierpliwości.

 

*

 

*

 

*

 

Rewolucje wywodzą się z młodego „ja”. Królestwa – z pokory wobec losu.

 

*

 

On był piękny, ożenił się z najmłodszą z licznych sióstr, która niedawno ukończyła gimnazjum i póki co, był gościem jej najstarszej siostry. Jej mężem był stary, kaszlący urzędnik, który gotował się na śmierć.

Na co on nie był chory: wątroba, nerki, serce, kości. Był żółty i gruby, ale z młodym zięciem (to znaczy z mężem młodszej siostry żony) – o którym wiedział, że jest rewolucjonistą – ale starał się być opanowanym i odpowiadał krótkimi frazami:

– Nie wiem…

– Jak sobie chcecie…

– ale unikając rozmów. A swoją żonę, do której miał wszystkie prawa, bezlitośnie wyzywał, był ordynarny, nie krępując się gości i ich nastrojów rewolucyjnych.

Ona wyszła za niego, gdy miała 29 lat, dla „spełnienia przeznaczenia kobiety”, a on miał wtedy ponad 40 lat. Teraz jest po pięćdziesiątce, ale jest zbiorowiskiem różnych chorób i z powodu swego stanu ciągle wszystkich wyzywa.

Wkrótce zmarł. Pamiętając, że ciągle wszystkich wyzywał, zapytałem o to Piotrka (młodszego brata rewolucjonisty), który pokornie przygotowywał się do zawodu nauczyciela rysunków. On ze zdumieniem wysłuchał moją opowieść:

– Nie, on nie był złym człowiekiem. Wyzywał? – to dlatego, że był bardzo schorowany. W ostatnich tygodniach przed śmiercią bardzo troszczył się o to, żeby jego wdowa nie została „bez niczego” i chociaż nie miał wystarczającej wysługi lat, żeby dostać emeryturę, to zadbał o napisanie o nią podania i przedstawienie świadectw lekarskich. Również majątek, co prawda nieduży, przepisał tylko na żonę, aby nie mogli o niego występować inni krewni. Nie, on był dobrym człowiekiem i dobrym mężem. Był stary, ale przecież ona nie wyszła za młodzieńca.

 

Wołodzia siedział w więzieniu i żona nosiła mu obiady. Ona była bardzo brzydka, męski typ urody. Natomiast on był niezwykle urodziwy, wysoki i przystojny, z łagodną twarzą i głosem młodzieńca. Ona nie miała żadnych pieniędzy, ale dostała skądś 1 000 rubli i za te pieniądze wydostała go z więzienia, za kaucją.

Widziałem ich wkrótce po jego wyjściu z więzienia. Ona była tak pełna miłości, a równocześnie kontrast jego urody i jej brzydoty był tak wielki, że ona nie mogła nawet kilka minut być z nim razem w jednym pokoju. Nie widziałem ich razem, rozmawiających.

Ona jedynie skądś patrzyła na niego, słuchała jego głosu z innego pokoju. Ale ciągle dbała o to, żeby być „w pobliżu”.

On był dla niej bardzo dobry, jak i dla wszystkich. W ogóle był bardzo dobry, łagodny i delikatny.

Był wspaniałym człowiekiem. Pięknym od dzieciństwa. Ukochane dziecko kochanych rodziców.

To od niego usłyszałem zdumiewające słowa:

– Oczywiście, uniwersytet należy do studentów, bo jest ich większość. Studenci mają prawo ustanawiać przepisy odnoszące się do porządku w uniwersytecie.

To w odpowiedzi na moje niezadowolenie z powodu buntów organizowanych przez studentów.

On sam świetnie skończył gimnazjum, ale został usunięty z wydziału medycznego uniwersytetu w Moskwie, gdyż wraz z innymi tupał nogami przy pojawieniu się w audytorium Zacharina. Zacharin był arystokratą i leczył tylko bogatych, a Wołodzia był biedny i demokrata, więc chciał, żeby Zacharin leczył biednych.

Dlatego (tupiąc nogami) domagał się od władz, żeby usunięto Zacharina, ale władze wolały usunąć kilku studentów i pozostawić Zacharina, który leczył całą Rosję.

On najpierw ukrywał się, a potem wyemigrował. W końcu trafił do więzienia, skąd wyszedł za kaucją.

Wkrótce uciekł. Ale jeszcze przed ucieczką wydarzył się dramat.

Gdy odwiedzałem jego żonę, to zawsze słyszałem odpowiedź, że „Wołodzia wyszedł”. Z sąsiedniego pokoju w watowanej koszuli i spódnicy wychodziła jakaś rewolucjonistka, tak wstrętna, że nie mogłem na nią patrzeć.

(jestem zmęczony) (Wołodzia zostawił swoją żonę,

związał się z Żydówką, którą w myślach nazywałem

kobiałeczką i która, chociaż żyła z nim w jednym

pokoju, to go tresowała, a on strasznie cierpiał.

Opowiadanie jego żony, jak pojechała nad brzeg

morza w pobliżu Rygi i słuchała po nocach

szumu fal – jesienią – i była tylko z jego

portretem. Porównanie: rewolucjoniści żyją

dla siebie, a starzy kaszlący urzędnicy żyją

dla żon, ograniczają się, cierpią, nie zrywając

kwiatków – jak ten Wołodzia – w miłości, ale

pracując się i troszcząc o człowieka

z którym związał ich los)

 

* * *

 

723. Minął rok i jak wiele stronic „Odosobnionego” stało mi się obcych, a dokładnie pamiętam, że nie wydałem ani jednego dźwięku „niewiernego” (przeciwko stanowi duszy). I „dosłownie leciałem”…

Teraz – to tylko pióra ptaka, który przeleciał. Same leżą na polu. Puste. Nikomu nie potrzebne.

 

*

 

To nie „my zmieniamy myśli, jak rękawiczki”, ale, niestety, nasze myśli stają się znoszone jak rękawiczki. Stają się rozciągnięte. Nie obejmują ręki. Nie obejmują duszy.

My ich nie wyrzucamy, po prostu przestajemy je nosić.

Przestajemy o nich myśleć przez całe lata.

 

* * *

 

724. Dobra jest malina, ale lepsze są okruchy tytoniu. On palił zawinięty cynamon i koło kromki chleba leżała gdzieś laska cynamonu – sucha (na słoneczku), to znaczy – zaraz można zapalić.

Myśmy ją z Sieriożą nie od razu brali, a wskazywali na nią palcem, jak sęp na kurę – staliśmy przez pewien czas, pomiaukując:

– Czerwońce.

– Cekiny.

Tak nazywały się banknoty w „Tarasie Bulbie” („ruble” nas, oczywiście, nie interesowały – nie było to romantyczne): po znalezieniu 1-2 takich cynamonów, siadaliśmy „niewidzialni” pod krzakiem porzeczki i zwinąwszy skręta (ludowa nazwa) – preparowaliśmy dobro, wsypywaliśmy tytoń i po kolei – ze strasznym zakazem, że nie można zaciągnąć się dwa razy pod rząd – paliliśmy papierosa.

Słodkie ogłupienie płynęło w żyłach. W oczach łzy (moc i głębia zaciągania się).

Tytoń był słodszy od wszystkiego – od jagód, cukru. Kobiety nas jeszcze wtedy nie interesowały. A przecież kobiety – to też narkotyk. Dlaczego w wieku 7-8 lat tytoń był nam bardziej potrzebny, niż chleb?

 

* * *

 

725. Jak bez amor utriusque sexus mogłaby wyjść ta sprawa? Jak moglibyśmy odnosić się do swoich (noster sexus) z tą przyjemnością, z tą łaskawością, z tą łagodnością, z jaką zwykle i z natury odnosimy się do płci przeciwnej, do alter sexus?… bez czego nie ma głębi relacji, a bez amor nostri sexus nie ma relacji. Universaliter debet amor mundi. Ale wtedy łaska wyraźnie powinna rozpościerać się i tu, i – tam. W ten sposób, rzeczywiście zadziwiające dostosowanie się do tego in natura rerum – ma swoje wyjaśnienie. Organizm indywiduum jest zdumiewająco harmonijny, „współbrzmi” z organizmem ludzkości.

(o problemie zorganizowania ludzkości

i o problemie powszechnej harmonii)

 

* * *

 

726. Niektóre z napisanych o mnie artykułów były przyjemne, i – oczywiście – jestem związany nieskończoną wdzięcznością z ludźmi, którzy analizowali moje utwory (co to dla nich za dzieło?) – Griwcow, jakiś Zakrzewski (w Kijowie), Wołżski. Jednak w najwyższym stopniu jedno było nieprzyjemne: oni w ogóle nie mogli odgadnąć mojej tajemnicy. To jak Byron „gdzieś wzleciał”. To – jak „szatan”, czarny i w płomieniach. Nic podobnego! Dobry chłopiec! Ileż czarnych karaluchów powyciągałem z wanny, żeby przypadkowo, gdy odkręcę kran, któryś z nich nie utonął. Cz. był jedynym, który odgadł (ściślej – potrafił określić) „układ kości” we mnie, naturę, krew, temperament. Niektóre z jego określeń są zdumiewające. Problemy? Przecież są widoczne dla każdego, a zresztą – do diabła z problemami! „Tematy bywają różne” – tym razem odpowiem cynicznie. Ale on nie odgadł tego, co jest we mnie intymne. To – ból; jakiś bezprzedmiotowy, bez przyczyny i prawie nieustanny. Wydaje mi się, że to jest najbardziej zdumiewające, w każdym bądź razie – nie do wyjaśnienia. Wydaje mi się, że urodziłem się w bólu: jego pierwszy atak pamiętam na długo przed gimnazjum, miałem 7-8 lat: leżałem za plecami seminarzystów, którzy siedzieli na łóżku i śpiewali swoje „seminaryjne pieśni”. Leżałem bez żadnych wrażeń, raczej „było mi dobrze”, to znaczy, że ja leżę, a oni śpiewają. I nagle słyszę wiersz:

 

I nad Gambią znojną,

Tam, gdzie płynie Senegal…

 

sens był taki, że „nad tymi miejscami” przeleciał sokół do biednej swojej towarzyszki lub też do jakiejś swojej tęsknoty. Melodia była, to prawda, tęskna, ale przecież wcześniej też słuchałem tęskne pieśni. Raczej ogarnęło mnie wrażenie pustyni i monotonii, rozłąki. Ledwo dźwięki wpadły w ucho, a cały mój organizm, wszystkie moje nerwy ścisnęły się we mnie: i, tając dźwięki gdzieś w poduszkę, wylałem potoki łez; było mi tak smutno, „tak nudno” – nasz dom, śpiewacy, mama – o braciach i zabawach nawet nie wspomnę: pojawił się jakiś poryw „bycia z tym sokołem”, a konkretnie – ogarnęła mnie taka tęsknota za tym sokołem, z którym łączyłem „duszę człowieka”, „los człowieka”, że płakałem i płakałem, długo płakałem…

Powtórnie zdarzyło się to w 4 klasie gimnazjum: zmarł Dymitr Stiepanowicz Troicki, lekarz w Niżnym „dla szewców” (leczył tylko biednych), człowiek bardzo wykształcony, a zarazem – co było dziwne – mój przyjaciel, który rozmawiał ze mną o Locke’u, rewolucji angielskiej i równocześnie cierpiący (choroba formalna) na alkoholizm. Zmarł i odbył się pogrzeb. On był bratem żony mojego brata Koli. Nie pamiętam nic z jego pogrzebu. Ale dobrze pamiętam, jak stałem w moim ciemnawym pokoju, przerobionym z kuchni. Była w nim smutna siostra zmarłego, która też bardzo kochała brata, oraz mój brat, który bardzo go szanował. W chwili, kiedy zostałem sam, ja znowu – z powodu myśli o swojej samotności – strasznie się rozpłakałem, trwało to co najmniej ½ godziny, nie mogłem się powstrzymać i nikt nie mógł mnie powstrzymać. W tym płaczu było coś z febry, ale przeniknięte takim bólem i rozpaczą – stan duszy był do tego stopnia straszny, czarny – jakbym sam stał się czarny – nie potrafię tego wyrazić. Ani jego matka, ani też siostra tak nie płakały.

To były łzy mistyczne – inaczej nie potrafię tego określić. Myślę, że to określenie jest bardzo precyzyjne. Stan mojej duszy był tak ciężki, że gdyby jeszcze trochę bardziej stał się „ociężały” – nie dałoby się już żyć, „organizm” by tego nie wytrzymał.

 

*

 

Taki stan zbliża się do bólu. Mój ból zawsze odnosił się do czegoś samotnego, czegoś chorego, czegoś dalekiego, a mówiąc ściślej – to ja byłem samotny i nie ja byłem czemuś daleki, ale sama dal bolała – ja odczuwałem ból, że jest tylko dal… W tym wypadku jest jakiś „poryw”, „niemożliwość”, poczucie, że ja sam i wszystko – „nie to, nie to”…

 

* * *

 

727. Nic tak bardzo w dzieciństwie nie obrażało we mnie „człowieka” jak to, że nie pozwalano mi „samemu” chodzić do piwnicy po kwas chlebowy.

– Nie potrafisz dobrze włożyć zatyczki. Kwas zacznie wypływać. Gdy pójdą dorośli, wtedy pójdziesz i ty.

A ja czekałem. Godzinę. Dwie. Pragnienie męczy. Kwas kusi. Dlaczego „nie potrafię dobrze włożyć zatyczki”? Potrafiłbym.

 

* * *

 

728. „Knut” Fl. już od miesięcy pali mi duszę: „Kościół bije knutem, gdyż inaczej byłoby jeszcze gorzej”. Kościół nie tylko „bije knutem”, ale niekiedy „wyczyszcza kieszenie swego brata”, jak to zdarzyło się z 200 kapłanami domowych kaplic w Petersburgu. Nie rozumiem, dlaczego w tym wypadku „byłoby jeszcze gorzej”, ale na podstawie „tego zdarzenia” wnioskuję, że w tych wypadkach bije „knutem” nie z troski o dobro, a z głupoty, jeśli nie z czegoś gorszego…

 

*

 

Czyżby ten entuzjasta Kościoła został reformatorem? Za 20 lat on dojdzie do wniosku, że nie zawsze Kościół postępuje kierując się zasadą „żeby było lepiej”, a niekiedy i „w mosznę”, i „w brzuch”, lub po prostu: „Nikogo nie lubimy”.

(Fl. broniący prawa kanonicznego

i surowości Kościoła: rozwód,

epitymie dla rozwiedzionych

i dzieci pozamałżeńskie)

 

* * *

 

729. Wszystkie moje wady są mokre. Ani jednej ognistej wady.

Ani żądza honorów, ani żądza władzy, ani zazdrość nie paliły mojej duszy.

Jakże więc mogę osądzać tych, którzy nie mogą sobie poradzić z ognistymi wadami (ja ich nie osądzam), skoro ja nie potrafiłem sobie poradzić z moimi mokrymi wadami.

 

* * *

 

730. Książka powinna być droga. Książka to nie knajpa, nie wódka i nie panienka spacerująca po ulicy.

Książka rozmawia. Książka poucza. Książka opowiada.

Książka powinna być droga.

Ona nie powinna się narzucać, ona powinna być niewinna.

Ona za nikim nie biega, nikomu nic nie proponuje. Ona leży i nawet „nie oczekuje na kupującego”, po prostu leży.

Książkę trzeba umieć znajdować, trzeba ją wyszukiwać, a po znalezieniu – strzec, chronić.

Książek nie należy „dawać do czytania”. Książka, którą „dało się do czytania” – znieprawia. Utraciła coś ze swego ducha, ze swojej niewinności i czystości.

„Czytelnie” i „biblioteki publiczne” (poza cesarskimi, które przechowują książki dla całego imperium) to „miejsca publiczne”, deprawujące miasta tak samo, jak domy rozpusty.

 

* * *

 

731. Wszystkim wielkim ludziom odgryzłbym głowy. Dla mnie nasza służąca Nadia jest wartościowsza od Napoleona, taka łagodna, miła, z rzadka się uśmiecha.

Napoleon dla nikogo nie jest interesujący. Napoleon jest interesujący wyłącznie dla głupich ludzi (bazar, tłum).

(na pokwitowaniu pocztowym)

 

* * *

 

732. Chora na nowotwór, ona siedziała u nas, kokieteryjna, przy herbacie. Jej siostra powiedziała, że jakoby 30 lat temu byłem w niej zakochany. Wtedy byliśmy znajomymi, a teraz ona przyjechała z siostrę, aby „pokazać się” temu, kto „kiedyś był we mnie zakochany”.

To jest pomyłka. Spacerując po ulicy Komarowskiej (Briansk) ja widziałem mały domem „K-kich” i widziałem przez okno, że „oni ciągle piją herbatę”. Wtedy ona była chuda, delikatna, a jeśli nie była piękna, to prawie piękna. Ona była taka skromna, że ja byłem „prawie zakochany”. Jej siostra była wtedy gimnazjalistką. Wtedy oni byli „młodożeńcami”, nie mieli jeszcze dzieci. On- wojskowy, służył w arsenale. Teraz jest siwym generałem.

A ona siedziała i śmiała się. Usunięto jej obie piersi i „wyjęto wszystko pod pachami” i „tu” (na boku) – prawie do kości. Siostra-chirurg wszystko „usuwała” i „usuwała”, stopniowo.

Nie zauważyłem na jej twarzy żadnego nieszczęścia. „Chciałabym jeszcze pożyć 6 lat, żeby najmłodszy (12 lat) dorósł” – siostra, przyjaciółka (wtedy) naszego domu, powtórzyła nam jej słowa.

Ona i teraz była piękna. 40 lat. Przyjemna, biała cera twarzy i coś „nieuchwytnego i plastycznego”, dzięki czemu podobają się nam kobiety.

(anons o „†” w „Nowoje Wriemia”, 3-4 października 1912 r.)

 

Wieczny jej odpoczynek. Chociaż spotkaliśmy się tylko przez chwilę – wieczny jej odpoczynek.

(1913 r.)

 

* * *

 

733. Niekiedy wydaje mi się, że przezwyciężę całą literaturę.

 

Nie dlatego, że jestem silny. Ale „Pan jest ze mną”. Właśnie tak. Tak. Tak.

(pakując się przed wyjazdem)

 

* * *

 

734. Lewicowi „dziennikarze” nawet się nie domyślają, że pozwala się im wyzywać – jak pijanym, lub przemawiać – jak prowokatorom na zebraniu.

(sens rosyjskiej wolności)

 

* * *

 

735. Wyjaśnienie szczególnej zazdrości starców:

– Je ne puis pas tout-a-fait.

Pozostają westchnienia, gwiazdy, rozwinięte kwiaty, i…

Biedny bierze różę i wącha.

Ale to tak – jak przedstawiali 20 lat temu starego, grubego franciszkanina, który podniósł różę do nosa:

– Robak!!

„Człowiek zjadł żabę” i w szaleństwie zabija tego, kto włożył żabę do róży.

 

*

 

Mimo woli zaczynasz podejrzewać, śledzić, zamykać na klucz. „Wieczne niebezpieczeństwo, że zamiast wina można się napić octu”. Można zwariować.

Biedni, oni bardzo cierpią.

 

*

 

Jest w tym wypadku corrigenda. Jakieś 20 lat temu wysłuchałem dziwnej opowieści o mężczyźnie w średnim wieku, a może i starszym, który zalecał się do młodziutkiej dziewczyny i mając na uwadze różnicę wieku, mówił:

– Pani może żyć z kim chce, proszę tylko wyjść za mnie za mąż. Chcę być pani mężem i być przy pani, nie będę pani w niczym ograniczał i sam nie będę się pani narzucał.

Nie zwróciłem uwagi na tę opowieść, dopóki na pogrzebie Żydówki (żony Cynamgzwarowa, Gruzina) młoda kobieta, która była na pogrzebie i z którą wsiadłem do dorożki (deszcz, błoto) na moje zapytanie, kim jest, odpowiedziała:

– Uczę się dentystyki. – Jestem zamężna. – Sama będę zarabiała na chleb. – Po skończeniu gimnazjum pojechałem do miasta Złotoust i wyszłam za mąż za oficera. – Młodego. – Okazało się, że strasznie pije. Ale nie dlatego odeszłam od niego, a dlatego, że on mi mówił: „Dlaczego prosisz o pieniądze na gospodarstwo? Przecież zostawiam ciebie w cztery oczy z kolegami, a oni mają pieniądze, ty też zawsze możesz mieć pieniądze”. – Tego nie mogłam znieść. Odeszłam.

Wtedy zrozumiałem „propozycję” starszego pana, jego warunek dla zawarcia małżeństwa. Ale pełen próśb – „proszę być moją żoną, przy mnie”.

Oczywiście, ostatni nędzarz „rwałby włosy na głowie” na samą myśl o zdradzie. Wcale nie chodzi o to, żeby „mieć pieniądze”. Pieniądze są raczej – pretekstem, usprawiedliwieniem i „wprowadzeniem”… „Wszystko jak gdyby jest u wszystkich”. Ale subtelna osobista struna wprowadza w rozumienie archaicznej formy małżeństwa – poliandrii, która przede wszystkim nie bazowała na instynkcie kobiety, a na strasznym pociągu mężów do „robaków” i „żab”.

Pewien dorożkarz (jechałem nocą do redakcji) opowiedział mi o swojej wsi (w guberni nowogrodzkiej) – reagując na moje słowa, że „wiejskie dziewczyny lub kobiety łatwo się oddają, za 3 ruble” (słowa A. S. Suworina o czasach swojej młodości):

– Dlaczego dziewczyny? Zamężne też. U nas na wsi za 3 ruble każda się odda. Niechby ktoś chciał moją żonę.

Przeraziłem się. Tak prosto! Dorożkarz był ładny, z niewielkimi wąsikami, szczupły. Młody. Miał 27 lat.

I nie zmieszał się. Ani bólu, ani wstydu. Znaczy – żadnej zazdrości.

 

*

 

A oto fundamentalny problem dla Florenskiego, kapłanów i profesorów prawa kanonicznego: Czy Kościół powinien rozwiązać małżeństwo w wypadku, kiedy to sam mąż prosi żonę, żeby „oddawała się”, a ona czując niechęć do takich stosunków i tego typu rodziny – prosi Kościół o rozwiązanie jej nieudanego małżeństwa oraz pozwolenie na zawarcie nowego?

Czy jest to „nierząd”? Póki co – nie. Kościół, „komentując i wyjaśniając”, uważa takie małżeństwo za niepodlegające rozwiązaniu. „Ani świadków”, „ani skargi męża”, „ani – zdrady”. Żona nie może powiedzieć: „Mąż mnie zdradza”, przecież on nie zdradza. A ona? Ona też może nie zdradzać. Jaki jest więc formalny powód dla rozwodu? Kościół nakazuje, aby tego typu zadziwiający związek trwał, chociaż przy takim małżeństwie przypadkowa „zdrada” męża lub żony, „nierząd” z powodu nagłej burzy miłości – wydaje się być czymś niewinnym i dziecinnym.

Od kogo, panowie duchowni, idzie rozpad rodziny, od was czy też od „nieposłusznych żon”, jak tradycyjnie i łatwo się skarżycie? Od was, według mnie, to fakt. Kto znieważa sakrament małżeństwa? Wasze brudne spojrzenie na małżeństwo, wasze prawa, kalające małżeństwo. Z „robakiem” i „żabą”.

Tak: na tamtym świecie za wasz stosunek do małżeństwa i rodziny dadzą wam jeść „robaka” i „żabę”.

 

*

 

Dodatek do rozmowy z dorożkarzem:

Tołstoj (taki zazdrosny i zachęcający do zazdrości) w genialny sposób zauważył spokojny stosunek chrześcijan do poliandrii:

– Głupiec. Nie złapałem butów.

Kochanek prysnął od żony: mąż żałował jednego, że „wystraszywszy” go nie domyślił się, iż przedtem powinien wziąć buty kochanka, stojące tuż obok.

Mąż wrócił z podróży. Dowiedziawszy się o kochanku zbił żonę, jak należy, po czym nie poszedł z nią spać i wlazł na piec. Żona wstała w nocy i przyszła do niego. On był jeszcze rozwścieczony i nie chciał jej wpuścić. Ale ona zwróciła się do niego w tak wspaniałych słowach. Tołstoj przedstawił to w niezwykłych słowach. Mąż ją wziął. I o wszystkim zapomniał, i ona o wszystkim zapomniała. To jest poliandria w starożytności i teraz.

(opowiadanie Tołstoja na ten temat

w jego dziełach; zapomniałem tytuł)

 

* * *

 

736. Patrzyłem na Lowę z taką zazdrością o jego wzrost, o jego urodę, o jego godność.

On był w III klasie i nie wiedziałem, czy mogę do niego podejść i go później pozdrowić (kiedy skończy się nabożeństwo).

Ja byłem w I lub II klasie, kocmołuch. On zwykle chodził z grubą laską (samodzielny jego wyrób) i mógł mnie pobić, mógł wszystkich pobić.

Słuchał śpiewów (w przejściu między cerkwią zimową i letnią). Wszystko piękne. Jestem rozproszony. Jakby coś pociągnęło.

Obejrzałem się.

Za plecami, w odległości 1 ½ kroku stała mama i uśmiechnęła się do mnie. Był to jedyny jej uśmiech, jaki widziałem w całym życiu.

(w cerkwi Opieki Bogurodzicy w Kostromie,

1868 lub 1869 rok)

(piszę oparty o ścianę na ul. Włoskiej)

 

* * *

 

737. Oglądam akademickie wydanie Lermontowa. Chciałem znaleźć komentarz do „Saszki”. Nie znalazłem (jakieś słabe to wydanie). „Może w I tomie?” Szukam i widzę na okładce IV, II, V i III. „Gdzie jest pierwszy tom? Czyżbym go gdzieś zagubił?” Z trwogą szukam I tomu. Widzę tylko cztery tomy. „Zagubiłem!” Nagle zauważam, że akuratnie i z uwagą pisałem na obwolucie: „Tom drugi”, „Tom trzeci”, „Tom czwarty” i „Tom piąty”, i to pod wydrukowanym: „Tom pierwszy”, „drugi”, „trzeci”, „czwarty”. W jaki sposób, uważnie pisząc (radość z dokonanego zakupu) numerację tomów, mogłem nie zauważyć, że błędnie piszę (na obwolucie!) zaraz pod wydrukowaną cyfrą swoją numerację? Znaczy, patrzyłem i nie widziałem. To somnambulizm, sen. Przypominam sobie, że gdy kupiłem pierwszy tom, przyszło zawiadomienie o chorobie mamy, co dręczyło mnie całe lato: „Co mam robić, jeśli nic nie widzę?” „Taki się urodziłem”, „Taki kaleki”. To jest fatum biednej mamy, że wyszła za Fausta, a nie za asesora kolegialnego. To przecież grzech i nieszczęście, ale – fatum.

Ileż to czasu, siedząc nad morzem na wysokiej górze, z kartką w ręku wyliczałem procenty od papierów wartościowych! Było tego coś 16 lub 18 tysięcy – nie starczy, aby zabezpieczyć dzieci. Cały czas zajmowałem się papierami wartościowymi – co „sprzedać”, a co „kupić”. To było w tym roku, kiedy ona była taka mroczna, smutna i rozdrażniona. Dręczyłem się. Po co siedziałem nad tym morzem? Gdybym zastanowił się nad stanem jej duszy, wtedy sam bym się zatrwożył, dlaczego ona jest w takim stanie – zacząłbym myśleć jak z tym walczyć, z czymś bardzo dziwnym, trafiłbym na ślad i ostatecznie we właściwym czasie znalazłbym i wezwał Karpinskiego. I ona byłaby uratowana.

To, że zajmowałem się pieniędzmi, numizmatyką i pisaniem artykułów, zamiast zdrowiem mamy, jest powodem, dla którego piszę „Odosobnione”. Błąd całego życia.

 

*

 

Bezsilnie kraczemy, gdy przejdziemy fałszywą drogę.

 

* * *

 

738. Nie, ja czuję, przewiduję – że jeśli nie zatrzymam się tutaj, to nie zatrzymam się też i – tam. I co? Czy Nowosiołow, który tyle opublikował, powiedział choć jedno słowo, jedną linijkę, jedną stroniczkę (w sposób ogólny, bez żadnego podkreślania) – na dręczące mnie tematy? Czyżby im (aż wstyd to powiedzieć, udręka) potrzebne były moje linijki, a nie była im potrzebna moja dusza – dusza ostatniego z ubogich, wcale nie „pisarza” (niech go diabli porwą). Czy można uwierzyć, że im – Kożewnikowowi, Szczerbowowi – nie jest potrzebna dusza? Fl-skij to przemilczy, czuję, że przemilczy. „Nie wypada”, a i po co „rujnować zgodę” – w istocie „dobrej kompanii”. N-w o swojej tylko to powiedział: „Królestwo jej niebieskie, tam jest jej lepiej” (w liście do mnie). A o tatę tak się troszczył, żeby nie „tam było lepiej”, a „tu było dobrze”. Ale – żonom-chrześcijankom w ogóle „tam byłoby lepiej”, a kamiławki i wszystko inne – „nam pozostaną” i „będziemy je nosili tutaj”, a więc „tu będzie nam dobrze”… Cóż to za koszmary, wśród których żyję, gorszych od nich nie będzie nawet na tamtym świecie. Przecież to są moi przyjaciele, bliscy, najlepsi ze spotkanych ludzi, jeśli u nich nie jest „dobrze”, to gdzież jest dobrze? Przyszedłem, do nich przyszedłem – i… wydaje się, że jest „dobrze”, ale pod pewnym kątem u nich też nie jest dobrze. A tymczasem szczególny mój los każe mi poszukiwać i stukać, stukać i poszukiwać – specjalnego dobra w tej dziedzinie. Cóż Fl-ski napisał o N: „knut” i „trzeba przemilczeć”. Co to za rozwiązanie?

Czyżby nie tylko los, ale i sam Bóg mówił do mnie: „Wyjdź, wyjdź, dla ciebie nie ma tutaj miejsca”? Gdzie jest moje „miejsce”? Czyżbym był bez „miejsca” w świecie? Tymczasem, patrząc na słabości i głupoty odczuwam, że nie ma we mnie żadnego „kainowego” dodatku, żadnego „demonizmu”. Jestem bardzo przeciętnym człowiekiem, prostym człowiekiem, czuję – dobrym człowiekiem.

Umrzeć bez „miejsca”, żyć bez „miejsca”: najważniejsze – bez najmniejszej woli walki.

 

* * *

 

739. – Dziecko płacze. No, wstań! Przecież śpisz obok niego.

– Jeśli płacze, to co ja mogę? Ono na rękach też będzie płakał. Daj, potrzymam je.

(od czego rozpadają się rodziny)

 

*

 

Ona była tak samo wykształcona, jak i ta druga, która (ja tego nie zauważyłem) potem przy okazji powiedziała:

– Kiedy brałam mamkę (swojego mleka nie było, a dlaczego nie było – tego ani my, ani doktor nie wiedzieliśmy) i pieniądze szły na to, co ja sama powinnam wypełniać, to wtedy zwolniłam służącą i sama stanęłam przy kuchni.

(od czego umacniają się rodziny: nasza mama) (15 października)

 

* * *

 

740. Ach, Bechtieriew, Bechtieriew – wszystkie moje łzy przez ciebie, przez ciebie…

Gdyby nie pana „diagnoza” w 1896 (97?) r., przeżyłbym szczęśliwie jeszcze 10 lat, równo tyle, ile potrzeba, żeby zostawić dzieciom 3 600 rocznie na pięcioro – po 300 na miesiąc, co byłoby wystarczające, opublikowałbym katalog swojej wspaniałej kolekcji monet greckich, opublikowałbym Egipt (atlas z wyjaśnieniami), „Lew i Baranek” (rękopis) oraz sam bym pozbierał i wydał w oddzielnych tomach swoje artykuły.

(początek października)

 

* * *

 

741. Moim pragnieniem jest umrzeć – pójść w las, daleko, daleko. Pomodlić się i umrzeć. Nic nikomu nie mówiąc.

A coś usłyszeć? O, jakże bym chciał! Ale jak i za życia – wszystko będzie „z niedopowiedzeniami”, i „unikami”. A ci obcy, gawędziarze – ich w ogóle nie potrzeba.

Znaczy – nie ma nic do usłyszenia.

(głęboką nocą)

 

* * *

 

742. Chłód na sercu. Czy znacie to?

(w smutku)

 

* * *

 

743. W wieku 57 lat Bóg pobłogosławił mnie przyjaźnią Cw.

(w smutku) (październik 1912)

 

*

 

Jak ja go lubię! I jak szanuję.

 

* * *

 

744. Gdyby Bechtieriew zobaczył naszą mamę, leżącą na kanapie i ściskającą prawą ręką chorą lewą rękę…

Nie zobaczy. Widzi mąż.

 

*

 

Oni nie mają serca. Jak można było nie uratować, jeśli on wiedział, że można uratować, że jest jeszcze czas, nie jest za późno.

 

* * *

 

745. Wiem, fizyka: lewa ręka jest zimniejsza od prawej i ona ciągle ją grzeje. Ale ten widok przyciśniętych do piersi rąk – piąstka do piąstki – jakże on jest pełen prośby, błagania i… beznadziejności.

Ciągle mam go przed oczyma, całe dni. Odwrócisz głowę, podejdziesz do stołu, przejdziesz się po pokoju i wrócisz z powrotem: ciągle te ściśnięte piąstki, ciągle te ściśnięte piąstki. Dni, godziny, każda godzina, całe miesiące.

(zima 1912 r.)

 

* * *

 

746. Nadzy się rodzimy, nadzy wracamy do ziemi.

Czymże są nasze szaty?

Rangi, znaczenie, stanowisko?

Żeby pospacerować.

 

*

 

Piękny dzień, wszyscy wyszli na Newski. Ale jest czas, gdy wszyscy pójdziemy „do domu”. A „do domu” znaczy – do ziemi.

(październik)

 

* * *

 

747. Jakże nie całować ręki Kościoła, jeśli on nawet analfabecie dał modlitwy: ciemna starucha zapaliła lampkę oliwną i powiedziała:

„Panie, zmiłuj się” (słyszała w cerkwi, a i „sama” też powie) i pokłoniła się do ziemi.

„Pomodliła się” i uradowała. Lżej stało się na duszy samotnej i starej kobiety.

Kto to wymyślił? Pitagoras nie „odkryje”, Newton nie „wyliczy”.

Kościół to uczynił. Zrozumiał. Potrafił.

Kościół wszystkich tego nauczył. Hosanna Kościołowi – Hosanna jak Chrystusowi – „Błogosławiony, który idzie w imię Pańskie”.

 

* * *

 

748. …tak, szuler –

 

Uderzy w serca mocą prawdy swej okrutnej.

 

Interesująca historia naszej literatury.

(u Gerszenzona na temat Ogariowej,

jak ją okradli, staruchę)

 

* * *

 

749. Jak narośl rakowa rośnie i wszystko niszczy, wysysa siły organizmu i nie ma żadnej siły, żeby ją powstrzymać, tak samo socjalizm. To jest wyniszczające marzenie – nie do zrealizowania, beznadziejne, ale które wysysa wszystkie żywe siły młodzieży, gimnazjalistów i gimnazjalistek. Ono oczarowuje najbardziej idealnych ludzi i ciągnie nieszczęsnych na szubienicę – w tym samym czasie, gdy oni są przekonani, że socjalizm przyniesie im szczęście.

W jednym pokoleniu, w drugim, w trzecim. Iluż socjalizm zaciągnął już na szubienicę, a ciągle jest lubiany. „Marzenie powszechnego szczęścia wśród powszechnego nieszczęścia”. Tak: ale właśnie marzenie o szczęściu, a nie praca dla szczęścia. To marzenie jest przeciwstawne powolnej, inżynieryjnej pracy nad szczęściem.

– Trzeba wykopać rów i nawodnić goły step.

– Nie… po co? Będziemy siedzieć w gołym stepie i marzyć o tym, jak dzieci naszych prawnuków będą na skrzydłach latały w powietrzu – wtedy będą mogły łatwo dolecieć do dalekiego wodopoju.

(czytając „Sowriemiennik”)

 

* * *

 

750. W latach 1904-5 chciałem napisać coś w rodzaju „hymnu wolności”… Napisałem 8 linijek – na więcej nie starczyło żaru: poczułem, że zapędziłem się w retorykę… A teraz!…

…………………………………………………………………………………

…………………………………………………………………………………

…uciekać jak zarzynana krowa, schwyciwszy się głowę, za włosy i ryczy, ryczy, nad sobą ryczy, oczywiście, a nie nad tym, że „rząd jest zły” (wieczne extemporatia osłów)

(październik)

 

* * *

 

751. – Jakże okropne są pańskie utwory!

– Tak. Ale wszystko przygotowuję w pracy.

 

* * *

 

752. „Chrześcijaństwo nie jest ani za płcią, ani przeciwko płci, a przeniosło człowieka na całkowicie inną płaszczyznę”.

(Flor.)

 

– Gospodarz nie jest przeciwko remontowi domu i nie jest też za remontem domu, a zajmuje się bibliografią.

Wydaje mi się, że dom się rozwali. Chociaż bibliografia nie pozostaje w sprzeczności z zarządzaniem domem, ale jednak go zjada.

Problem małżeństwa dotyczy przecież każdej rodziny, mnie, pana. Dręczy całe dni, noce, ciągle, każdego. Jakże więc można powiedzieć: „Ja nikomu nie zabraniam, a jedynie idę do biblioteki publicznej zajmować się rękopisami”.

(8 października)

 

* * *

 

753. Czyż Puszkin jest winny, że Pisariew „nie czytał” jego utworów? Czy Kościół jest winny, że Büchner i Moleschott „go nie rozumieją”, czy chrześcijaństwo jest winne, że my sami „bełkoczemy”?

 

* * *

 

754. Straszne, kiedy następuje rozdrażnienie duszy… Dusza ziębnie.

 

* * *

 

755. – Wasia, wyjdź, a ja sobie pojęczę.

– Jęcz, Waria, przy mnie…

– Ale ja tobie przeszkadzam.

– Dziecko, kto z tobą zostanie, jeśli ja wyjdę? A ja chcę zostać…

(kiedy Szura wyszła po raz drugi 23 października)

 

* * *

 

756. Mimo wszystko umrę w całkowitej, w całkowitej niepewności. W religijnej niepewności.

Największą winę ma w tym Fl. Jego przemilczenia.

Z Bogiem nigdy się nie rozstawałem. A wszystko pozostałe…

 

* * *

 

757. Oczekiwana, upragniona i wypatrywana cecha metropolity Petersburga – skromność.

Uczoność – dobrze, świętość – pięknie, asceza – wspaniale, ale najważniejsza jest skromność.

Milczenie, łagodność i uległość.

Jeśli poza tym ma dobry wzrost, melodyjny głos i godne maniery – to dla takiego „kandydata” nie byłby strasznym konkurentem i Filaret, i Złotousty, i „wszyscy trzej hierarchowie”.

(28 października, przed † metropolity Antoniego,

przy wieczornej herbacie)

 

* * *

 

758. Pół-szczerość – to ona towarzyszy teraz wszystkim sprawom kościelnym.

Myli się każdy, kto mówi o szczerości. Jemu natychmiast wskażą na patetyczny głos, wielki zachwyt, wzruszenie, oddanie.

Ale proszę nie badać tej patetyczności: policzki pobledną, język zacznie się plątać. Wszystko skończy się na unikach i przemilczeniach.

Teraz wszystko – w „połowie”…, nigdy – w „pełni”.

(też przed † metropolity Antoniego)

 

* * *

 

759. Nawet gdyby to miejsce było pełne robaków i zniszczenia – ja zostanę tutaj.

Zostanę – z głupimi. Zostanę – z szalbierzami.

Dlaczego?

Tutaj mówią o nieśmiertelności duszy. O Bogu. O życiu wiecznym. O nagrodzie i karze.

Tu – Ołtarz. Zaiste Ołtarz, jedyny na ziemi.

Gdzież można stąd pójść?

(przed † metropolity Antoniego,

28 października w nocy)

 

* * *

 

760. Być może, inni nie mają prawa umierać sami, ale ja mam prawo umierać samemu.

 

* * *

 

761. Zmarł Tilling, dyrektor szpitala ewangelickiego, w którym kiedyś „ona leżała” (niebezpieczny krwotok – na skraju mogiły).

Rosche w Monachium, Nauk gdzieś za granicą, a teraz Tilling (taki gigant!), wcześniej odpowiedzialny za krwotok (kazał robić masaż przed zdjęciem szwów), Renteln – wszyscy †††. I jeśli Nemezis…

Grzech! Grzech! Grzech!

(28 października w nocy)

 

* * *

 

762. Na wypadek „gdyby” – oto plan wydania moich artykułów, które jeszcze nie zebrałem w książki:

1) Przy ścianach cerkwi, III. Artykuły o Kościele, o zarządzaniu Kościołem, o szkołach kościelnych. To wszystko „ku pomocy klechom”, a także naszym miłym duchownym. Pieriedolski dobrze to nazwał „Boży krewni”. Tak i jest: przez 1 000 lat duchowieństwo przeniosło i zachowało bez wahania ideę Nieba, ideę Prawdy, ideę Sądu… Niech pomodli się za nieszczęsne sługi Boże „Wasyla i Barbarę”. Ojciec Ustynski cały czas za nas się modli. Dzięki mu za to, miłemu…

2) O pisarzach i literaturze. Cztery tomy. Artykuły o literaturze. Jest wstęp do tej książki, napisany w natchnieniu. Do tego tomu powinny wejść (są w rękopisie) niedokończone artykuły „Pascal”, „Chrześcijaństwo i język”, „Faust”.

3) Judaizm. Na początku – „Wspaniała pieśń żydowska”, potem „Żyd nad Mojką”, „Wyczucie słońca u roślin i starożytnych Żydów”, na koniec – „Judaizm”. To – I tom. W II tomie, z podtytułem „Materiały” – gruby zeszyt, znajdujący się w mojej bibliotece, Żyda Cynchenszteina, a następnie – ale któż będzie potrafił dokonać wyboru? – fragmenty z „Talmudu” i ze „Świątyni starotestamentowej”.

4) Zmierzch oświaty – drugie wydanie, uzupełnione, ale przede wszystkim z dodaniem „W obietnicach dnia”. Zebrać artykuły wydane w okresie nieładu i buntu w szkołach, ich zagubienia się. W ten sposób powstaną dwa tomy – „Zmierzch oświaty” i „W obietnicach dnia”. To – dla miłych gimnazjalistów.

5) Problem rodzinny w Rosji, tom III. Tu artykuł: „W świecie miłości, przestrachu i wstydu”. To – dla cierpiętników.

6) Embriony. Z książek, z gazety handlowej („Z dziennika pisarza”), „Notatki z podróży”, z „Grażdanina”. Należy wydawać w formie „Odosobnionego”, zaczynając każdy aforyzm od nowej strony. Nie należy w żadnym wypadku łączyć i mieszać z „Odosobnionym”. „Odosobnione” – bez czytelnika, „Embriony” – dla czytelnika.

7) Wrażenia z Niemiec. Nauheim, Monachium… Należy tu umieścić z książki „Wrażenia z Włoch” ostatni rozdział: „W Niemczech”. A „Wrażenia z Niemiec” (książkę) zaczynać od artykułów o Berlinie i cesarzu Wilhelmie.

8) Wrażenia z Kaukazu.

9) Rosyjski Nil (wrażenia z Wołgi). Tu dodać artykuły „Izrael” i „W obecnych nastrojach”, z „Rosyjskiego Słowa” za 1907 r. (NºNº 194 i 200), gdyż wszystko to „Rosyjski Nil”, a jedynie redakcja zmieniła tytuły.

10) Urzędnik. Zarys państwowości rosyjskiej. Artykuły z „Rosyjskiego Słowa” i „Nowego Słowa” o urzędnikach.

11) W związku ze sztuką. Artykuły „Modląca się Ruś” (o Nesterowie), „Gdzież jest religia młodości?”, „Sycylijczycy w Moskwie”, „Pomnik Aleksandra III”, „Dlaczego nie udał się pomnik Gogola?”, „Aktor”, „S. S. Botkin”, „Pamięci Komissarżewskiej”, „Teatr i młodość”, być może także „Tajemnice niewinności” (o Duncan) i „Zembrich”.

12) Literaccy wygnańcy. „Korespondencja z Leontiewem” (z przypisami) i „Korespondencja z Raczinskim” (z przypisami). Listy do mnie miłego N. N. Strachowa (z jego portretem – chudy, z założonymi rękoma, w sadzie – zrobionym w Jasnej Polanie po operacji), listy do mnie Rcy (i mój portret z Sonią, chrześniaczką), listy do mnie Szperka i portret „Umierający Szperk” (w Chalile, z rodziną; poprosić o wygrawerowanie W. W. Mate, adres – w Akademii Sztuk Pięknych, powinno kosztować 200 rubli, ale myślę, że zwróci się w sprzedaży książki), listy do mnie P. A. Florenskiego (trzeba poprosić o zgodę; adres: Ławra Świętej Trójcy i św. Sergiusza, Akademia Teologiczna) i listy A. A. Cwietkowa. To mogą redagować P. A. Florenski lub S. A. Cwietkow. Adres Cwietkowa: Moskwa, Ostożenka, zaułek Mołocznyj 2 m. 2.

13) Drzewo życia i idea skopców. Artykuły o płci (zwłaszcza „Płeć i dusza”).

14) Czarny ogień. Artykuły o rewolucji i rewolucjonistach.

15) Na dziedzińcu pogan. „Kultura i wieś”, „Obeliski egipskie”, „Piękno egipskie”, „Ganiciel Balaama” biskupa Serafima (notatka bibliograficzna), „O czci ziarna”, Butkiewicza „Niewiara XIX w.” (notatka bibliograficzna), „Afrodyta-Diana”, „O wykładzie Włodzimierza Sołowjowa”, „Bajkowe królestwo”, „Wschód” (podpisano: Orion), „Wielka chwila historii”, „Interesujący wieczór”, „Maleńka poprawka historyczna”, „Seria nieporozumień” (?), „Cuda w życiu i historii”, „Temat naszych czasów”, „Hellenizm”, „Demon Lermontowa w otoczeniu starożytnych mitów”, „Atlantyda – była”, „Ze wschodnich motywów”. Dodać piękny rysunek pióra Baksta.

16) Lew i Baranek. Duży rękopis nieukończonej książki, znajduje się w ogniotrwałej szafie. W miejscach, gdzie brakuje tekstu – po prostu dać stronę kropek. To nie naruszy sensu i związku. Redagować tom powinien Florenski, a jeśli on nie może – Cwietkow, a gdyby i on nie mógł – poczekać. Trzeba pamiętać: „Robota nie zająć, nie ucieknie”.

 

* * *

 

763. Spotkałem się z Fiłosofowem i Mereżkowskim na zebraniu religijno-filozoficznym. Jakby nic się nie wydarzyło. Wyczułem przyjaźń. A w prasie wyzywaliśmy się, oni nawet zażądali w „Russkim Słowie”, żeby mnie wyrzucili, gdyż w przeciwnym wypadku „oni odejdą”.

Nawet poklepałem Fiłosofowa, gdy przechodził obok mnie. Przyjaźń w pełni. Jak gimnazjaliści.

Strasznie lubię lata gimnazjalne. Chciałbym ciągle być gimnazjalistą. „Do diabła z poważnym życiem”.

 

*

 

Kiedy współpracuję z gazetami – zawsze z wewnętrznym śmiechem – zawsze z tą myślą: „My jeszcze wam pokażemy, kim są gimnazjaliści”.

 

*

 

Dlatego jest mi wszystko jedno, jakie mam pisać artykuły, „lewicowe” czy „prawicowe”. Wszystko to głupstwo i nie ma żadnego znaczenia. „Szaleństwa gimnazjalisty z Niżnego” (pływaliśmy w Czarnym stawie).

(29 października)

 

* * *

 

764. Mam parasol Fiłosofowa, nożyk z masą perłową (scyzoryk, wspaniały) Suchodriewa, a teraz laskę od Tyczynkina.

– Ona jest brudna.

– Tym lepiej. To w moim stylu.

 

*

 

Parasol Fiłosofowa ma dziurkę. Ale ma taką wspaniałą laskę, czarna z karbami, nie porusza się i jest niezwykle lekka.

Ci dekadenci potrafili produkować niezwykle wytworne przedmioty. Proste i stylowe.

(29 października)

 

* * *

 

765. …odchylanie się wszystkich rzeczy od swego kierunku, odchylanie się wszystkich planet od „linii prostej”…

Co to takiego?!!!

Strach, strach…

 

*

 

Być może świat chce być „zapięty na wszystkie guziki” i nie pokazywać wewnętrznych kieszeni ani reporterom, ani Newtonowi.

Jeśli tak – to można się uspokoić. „Ciemno. Nic nie widzę”. Niech tak mówi krzywonogi Wij, którego nogi wrosły w ziemię.

A jeśli jest inaczej?…

Co?

Nawet nie chcę powiedzieć. Boję się.

 

* * *

 

766. Wszystkie moje wady były albo mało znaczącą ciekawością umysłu, albo po prostu „tak sobie”, a w istocie – bez przyczyny. Ale nigdy wada nie wywoływała „zawrotu głowy” i „łaskotania pod dołkiem”.

 

* * *

 

767. Dlatego bardzo słabo znam „wady świata”. Stąd też moje opinie na temat świata nie są zbyt głębokie. W ognistych wadach ujawnia się jakoś „ta strona księżyca”, która nigdy się do mnie nie zwracała.

 

* * *

 

768. Plan „Martwych dusz” – jest w istocie anegdotą, jak i „Rewizora” – też anegdota. Jak pewien pan chciał kupić zmarłe „dusze” po rewizji i dać je pod zastaw, a inny pan-oszust został uznany w mieście za rewizora. Wszystkie jego utwory sceniczne – „Ożenek”, „Gracze” i opowiadania, jak „Płaszcz” – to po prostu petersburskie anegdoty, które mogły się zdarzyć i mogły się nie zdarzyć. Nic nie charakteryzują i nie zawierają żadnej treści.

Zdumiewająca jest ta prostota, elementarność zamysłu. Gogol nie miał sił, żeby skomplikować plan powieści lub opowiadania w sensie rozwoju wydarzeń – wyczuwa się, że on nie mógłby przedstawić nawet prób w tym kierunku – w rękopisach nie ma o tym żadnych wzmianek.

Cóż to takiego? Zadziwiająca elementarność duszy. Zdumiewa, że sam Gogol się nie rozwijał, w nim nie dokonywała się zmiana duszy, nie zmieniały się przekonania. Przechodząc od opowiadań ukraińskich do anegdot petersburskich on jedynie skierował oczy z południa na północ, ale oczy pozostały takie same.

 

* * *

 

769. Niedostatek Piercowa polega na niewystarczająco wyrazistej i nawet niewystarczająco określonej indywidualności.

Stwarzając go Bóg jakby popadł w zadumę, dłuto zatrzymało się i cała postać stała się matowa. Oczy „nie sterczą” z marmuru i wargi nigdy nie wydadzą krzyku. Rozumu i dalekowzroczności, jak i trafnego słowa (w jego utworach) jest tyle, że „daj, Boże, każdemu”, a zwłaszcza pociągająca jest jego szlachetność i altruizm, ale wszystkie te cechy są ukryte w tumanie nieokreślonych czynów, cicho wypowiedzianych słów, jakieś „szuranie bytu”, ale nie skakanie bytu.

Jest jednak „szlachetnym rycerzem”, szlachetnym i starym (według wzoru) w naszej nieszczególnej publicystyce.

Kontrastem dla niego jest Rcy, którego Bóg przerobił, a potem splunął z odrazą i odszedł. Od tego czasu Rcy ciągle biega za Bogiem i odmawia (w duszy) najpiękniejsze modlitwy, jakie zna świat.

Niestety, w literaturze prawie się to w niczym nie wyraziło. On pisał tylko o jedzeniu, o Rosji i niekiedy o Ojcach Kościoła. Teraz, biedny, zamilkł.

 

* * *

 

770. Czymże jest dusza literacka?

To Hamlet.

To chłód i pustka.

(idąc spać)

 

* * *

 

771. Nie byłoby mi tak strasznie i tak boleśnie, gdyby nie okropności jasnowidzenia. Żyję jak „w Opatrzności”: dlatego, że przez całe lata, przez długie lata – cała przyszłość otworzyła się w jakichś wieszczych trwogach.

Byliśmy w teatrze w Kisłowodzku. Wystawiano „Mądremu biada”. Ani dobrze, ani źle. W którymś z antraktów obmyślałem, czy nie należałoby napisać artykułu do „Nowego Wriemieni” za 70 rubli (bilety – po 6 rubli, potrzeby są i to dość poważne).

– Popatrz, Wasia.

Podniosłem głowę i patrzyłem na opuszczoną kurtynę z postaciami najad i herosów.

– Nie tam, a wyżej.

Kurtyna była spuszczana z sklepienia, na którym były przedstawione… zdaje się, antyczne maski.

– Tam, w kącie… Taka przerażająca… Kiedy będę umierała, będę miała taką twarz.

Była to skażona przerażeniem i rozpaczą twarz „maski tragicznej”.

Zaśmiałem się. Moje wargi coś bezsilnie szeptały, ale jej głos, „pełen przekonania”, przerażał mnie i później, kiedy budziłem się w nocy.

Kilkakrotnie, kiedy chciałem zaproponować jej odpoczynek w sanatorium (jakże byłoby to zbawienne, we właściwym czasie postawiono by diagnozę), to ona była przerażona: jak ptak, który ucieka do kąta i boi się z niego wyjść.

Ciągła podejrzliwość. I ciągłe przerażenie. – „Chcesz zostać sam, beze mnie” (oczywiście, dla jakichś lekkomyślnych celów). – „Ty chcesz się odczepić ode mnie”…

Przestawałem mówić.

„– Jakie to straszne… Wtedy wydawało mi się, że wiozą mnie do domu wariatów. Zasłony w oknach są opuszczone”.

Ona stawała się zimna. I ja stawałem się zimny. Centrum przerażenia znajdowało się w „opuszczonych zasłonach”.

A „zasłony” w jej duszy faktycznie były opuszczone. Ona atonicznie, w niszczący sposób oddzielała się od świata.

Moja cierpiętnica. I znowu mówiła: „Ja znowu widziałam w śnie Michała Pawłowicza. Tak wyraźnie. I on pytał: Czy szybko, Wareńko, przyjdziesz do mnie? Czekam na ciebie”.

To pierwszy mąż. Od niego wszystko się zaczęło. Nawet nasza miłość zaczęła się od cudnej elegii, w której ona opowiadała o niewyjaśnionej szybkiej śmierci jej pierwszego męża. Została wdową mając 21 lat, z 2-wu letnią Saniczką i matką.

 

*

 

Bóg posłał mnie z darem słowa i nic innego mi nie dał. Oto, dlaczego jestem taki nieszczęśliwy.

 

*

 

Nic tak pięknie nie kładzie się na młodości, jak bieda.

Ale bez obłudnych „dziur”…

Bieda jest czysta.

 

*

 

Moja dusza jest jak rozplatana nitka. Nawet nie lniana, a papierowa. Cała „rozłazi się” i nie ma jej czym wzmocnić.

(jadąc nocą dorożką)

 

*

 

Wyszedłem z ohydy spustoszenia i tak należy mnie określać: „Wygnaniec z ohydy spustoszenia”.

Jakież to nieludzkie!

Wrogość do wszystkich ludzi.

Nas nie znali nawet sąsiedzi, jak i my nie znaliśmy sąsiadów. Chyba tylko krawca na rogu (jego chatynka stała tuż obok). Wszyscy nas unikali i my unikaliśmy wszystkich.

Wszyscy kłóciliśmy się. Piękna Wiera zmarła tak młodo (miałem wtedy 8-7 lat), a kiedy zmarła, to wszystko ostatecznie zlodowaciało, a przede wszystkim stało się brudne. Nie pamiętam, żebyśmy się o coś troszczyli, żebym sam o coś się troszczył. Wszyscy „wałęsali się”, a nie żyli, nikt nie miał świadomości, że powinien coś robić. W ogóle słowo „powinien” nie występowało w naszym języku, nie słyszałem go do 14 roku życia, kiedy usłyszałem, że „powinienem odrobić lekcje” (i natychmiast znienawidziłem słowo „powinienem”). Wszyscy „spędzali” dni (nie można nawet powiedzieć, że „żyli”), ale tak, żeby „było jak najlżej” i „jakby tu czegoś uniknąć”. Dopiero teraz (57 lat) myślę, że Kola miał rację, że pozostał u nas tylko 3 dni, wyjechał milczący i nigdy nie odpowiadał na żadne listy. Ocenił okiem i doświadczeniem dorosłego człowieka, że tu wszystko jest martwe, chociaż porusza się i oddycha. Nic nie można wskrzesić, można jedynie utonąć i jedynie w ten sposób wyjść z takiej sytuacji.

(nocą w łóżku, wspominając dzieciństwo do 13 lat)

 

*

 

Któż to jest „pisarz”?

Porzucone dzieci, zapomniana żona, i próżność, próżność…

Interesująca postać.

(zasypiając)

 

* * *

 

772. Kościół wszystkich ludzi nauczył się modlić.

Jaki może być inny stosunek do Kościoła, jak tylko całować w rękę.

To dobrze, że prawosławni całują duchownych w rękę.

Duchowny jest ojcem. Jedynym ojcem. Przecież i naturalni ojcowie bywają głupi, ale nie mówimy dzieciom – nienawidźcie ich, pogardzajcie nimi. Gdyby tak mówiono, to demoralizowano by dzieci, gubiono ich duszę i przyszłość. Właśnie dlatego, choćby i były podstawy do osądzania duchownych – nie należy ich osądzać.

Gdy osądzamy duchowieństwo, wtedy sami giniemy. Bez duchowieństwa – naród zginie. Duchowieństwo strzeże jego duszę.

(1 listopada)

 

*

 

Co jest ważniejsze, miłość czy miłosna historia?

Ach, wszystkie „miłosne historie” nie są warte cząstki miłości.

 

Ja piszę teraz „historię”, gdyż przeminęło moje szczęście.

 

*

 

„Bóg zabrał” Rcy troje dzieci – Wanię, Sieriożę i jeszcze… zapomniałem imię. Sierioża zmarł później. Jedną za drugą wynoszono dziecięce trumienki z ulicy Pawłowskiej 2, dom Jefimowa, 2-gie piętro.

Było to coś wstrząsającego. Jak w wypadku „takiego nieszczęścia” człowiekowi „nie łamią się kości”? On – nieruchomy, rozbity, ona – cała w męce, i Hess (lekarz) mówi: „Którą to już dobę Olga Iwanowna nie zamyka oczu”? (matka).

I Helena Iwanowna…

Ale znieśli to, co znieśli. Czego w ogóle nie można znieść. Pod czym łamią się kości i dusza. Jak oni mogli to znieść?

A jak nie mieli tego znieść? Zostali, żeby żyć. Bóg „jednych zabiera”, innych „pozostawia”: kogo zostawia – ten „będzie żyć”.

Śmiechu i przedtem nie było. Zawsze były potrzeby. Teraz – często bardzo poważne. Ale wtedy (na imieninach Olgi Iwanownej) był śmiech. Uśmiech i teraz się zdarza. Nie często, ale zdarza się. Mówi. Troszczy się. Ciągle czyta Apokalipsę. Czyta. Myśli. Wczytuje się. Jego lektury to – Apostoł Paweł i „Nowoje Wriemia” (o wszystkim – bieżący dzień), niekiedy „Bogosłowskij Wiestnik”.

On był licealistą w Moskwie. Mądry. Jego zainteresowania – Rembrandt i Rossini. Pisze. Ale coś „nie wychodzi”. Urodził się przed wynalezieniem druku i „pogardza życiem w tym wieku”. On nie zna praesens, a jedynie perfectum i plusquamperfectum. Futurum z gniewem odrzuca.

I żyją.

Żyją pasywnym życiem (po cierpieniach), gdyż życie aktywne nie jest już możliwe.

Właśnie dlatego należy szanować starość: ona jest „po cierpieniach”.

W gimnazjum nie przychodziło nam to do głowy.

 

*

 

Święte słowo.

………………………………………………………………………………….

………………………………………………………………………………….

Moja zależność od matki – jak zależność niemoralnego lub słabo moralnego od moralnego.

Gdzieś pełznie, miota się, skłania i ciągle ogląda się do tyłu.

I ta ciągła troska o mnie – jak Opatrzność. Dlatego tak strasznie jest mi zostać samemu, bo zostanę bez Opatrzności[1].

Ani – gdzie iść.

Ani – gdzie odpocząć.

Jestem zagubiony, jak pies na obcej ulicy.

 

*

 

Podstawa mojego przywiązania – moralna. Chociaż wszystko mi się podoba w jej ciele, w figurze, w słabym i króciutkim palcu (zadziwiające wytworne ręce), w jednej „dziurce” na policzku (po śmierci pierwszego męża druga „dziurka” zniknęła) – ale to nie przeszkadzało w rozwoju miłości moralnej.

Obecnie tylko w chrześcijaństwie możliwa jest miłość moralna, przywiązanie moralne. Ciało jako świątynia (Stary Testament) rzeczywiście umarło i miłość cielesna nie jest możliwa. Miłość cielesna została tylko dla ulicy i ma uliczne formy.

Kochałem ją tak, jak grzech kocha sprawiedliwość i jak to, co krzywe, kocha to, co proste, i jak to, co głupie – kocha prawdę.

 

*

 

Oto, dlaczego w mojej miłości jest to straszne „rozdzielenie”. To ono dodało jej zgryzot, płaczu. To ono uczyniło ją wiecznym pragnieniem, bez nasycenia i zadowolenia. To ono napełniło ją tęsknotą, męką i niezwykłym szczęściem.

 

*

 

Prawie zawsze, gdy byliśmy sami i ona nie rozmawiała ze mną, to modliła się. Wcześniej też tak bywało, ale w ostatnich 5-6-7 latach ciągle. Czy przez te lata, kiedy obok siebie widziałam ciągle modlącego się człowieka, nie mogłem nie przywyknąć, nie wychować się, nie przekonać się, nie poczuć z całą mocą, że modlitwa jest tym, co najlepsze, co najważniejsze.

(nocą w łzach, 1 listopada w łóżku)

 

*

 

Powracam do tego idealizmu, z jakim pisałem „Legendę” (znajomość z Warią) i „Zmierzch oświaty” (życie z nią w Białym). Do starej ciszy prowincjonalnej. Petersburg jedynie mnie zmęczył i, być może, zdemoralizował. Najpierw (niechęć do wysoko postawionego liberała-oświeciciela i oszusta) szaleńczy konserwatyzm, potem równie nieopanowana rewolucyjność, zwłaszcza religijna, antykościelna, a nawet antychrześcijańska. Do tego stanu doprowadziła mnie sytuacja rodzinna. Należy to rozumieć tak: obecne duchowieństwo skromnie nie uważa się za zbyt święte, raczej za słabe i z tego powodu boi się poruszać w tych rzeczywiście świętych formach życia, „regułach”, „prawach”, jakie zachowały się od Starożytności. Również teraz Paweł postąpiłby tak samo i słusznie osądziłby jedno i usprawiedliwił drugie. Bez tego ducha „świętości w sobie” (teraz), jak mają się poruszać? I oni zamarli. Nie jest to konserwatyzm, a skromność, nie jest to suchość, a lęk przed zaszkodzeniem, naruszeniem „reguł”, które trzeba by naruszyć w innych wypadkach i dla innych osób w sytuacjach niezbyt jasnych i białych, ale szarych i czarnych. Przyszłoby pozostać ze zmienioną „regułą” i to ze swoim sumieniem, które nie jest sumieniem „Pawła”, ale sumieniem Antonich, Nikonów, Sergiuszy, Włodzimierzy i Konstantynów (Pobiedonoscew) – jakże można na nie włożyć „ciężar świata”? „Mnie nie da się jeszcze przekupić, ale mojego następcę już przekupią”: świat nie będzie podporządkowywał się „regule”, a przekupstwu. I świat zachwieje się i zginie.

Tak powinienem to rozumieć, że mnie nikt nie osądza za moje małżeństwo i Kościół wcale nie osądza mojej Warii, nie chce mnie też oderwać od dzieci, a jedynie lęka się publicznie, głośno, w druku ogłosić, że „w ostatecznych czasach nie ma już Pawłów, a są Nikonarowie i Innocenci”. A to dlatego, że dar proroctwa i arcykapłaństwa jest rzadki, był też rzadki w pierwszym Kościele starotestamentowym i w drugim, nowotestamentowym. Amen i pokój.

 

* * *

 

773. Wszystko przepadło, wszystko przepadło. Wszystko przepadło.

Życie przepadło. Przepadł sam sens życia.

Nie dopatrzyłem.

(3 listopada)

 

* * *

 

774. Tak ją kochałem, że w żaden sposób nie mogłem przestać w nocy palić.

(Prawda – próbowałem, ale ona sama mówiła: „Zapal” – i wtedy paliłem).

 

* * *

 

775. Ach, panowie, panowie, gdybyśmy wszyscy wiedzieli, jacy jesteśmy biedni…

Gdybyśmy wiedzieli, jak bardzo jesteśmy ubodzy, nędzni…

Jacy z nas „darwiniści”: jesteśmy po prostu kobyłami, które powinny rozwozić wodę.

Po prostu „pies spod bramy”, żeby pilnował domu dobrej właścicielki.

A ona rzuca mu kawałek chleba.

„Oto Spencer i my”.

„I dzieła Auguste’a Comte’a, Milla i Spencera, i problem kobiecy” (miałem o tym lekcję dla gimnazjalistów).

I „wstęp Cebrikowej”.

(5 listopada)

 

* * *

 

776. Robak urodził robaka.

Robak popełznął.

Potem umarł.

 

Oto nasze życie.

(o 3 godzinie w nocy)

 

*

 

…wybierzcie orędownika za Ziemię Ruską. Nie szukajcie mądrego, nie szukajcie uczonego. Nie jest też potrzebny chytry i fałszywy. Posłuchajcie, czyja modlitwa jest najgorętsza – żeby przedstawiał on Bogu bóle i cierpienia naszej ziemi, modlił się za jej rany i niósł jej ciężary.

(na temat wyboru patriarchy Rusi)

 

*

 

Życie – to niewolnik marzenia.

W historii autentycznie realne są jedynie marzenia. One są żywe. Nie zniszczysz ich ani kwasem, ani ogniem. One się rozprzestrzeniają, rozwijają, „opanowują powietrze”, wpełzają z głowy do głowy. Wobec takiego łańcuchowego istnienia jakże słabe są kamienne ściany, żelazne baszty, dobre uzbrojenie. Z marzeniem nie da się walczyć ani przy pomocy tarczy, ani przy pomocy włóczni.

 

A fakty – ciągle linieją.

 

* * *

 

777. Do Boga wcale nie trzeba było mnie „doprowadzać”: od 2-go (lub 1-go?) roku uniwersytetu nie to, żebym Go odczuwał, ale uczucie Jego obecności przy mnie – nigdy mnie nie opuszczało, nie ulegało przerwaniu nawet na godzinę. Byłem „pełen Boga” – i to zawsze.

Ale do Chrystusa trzeba było „przyprowadzić”.

Czyżby więc całe moje życie było – od 1889 r. – „doprowadzaniem”? Od 1889 do obecnego 1912 r., a nawet ściśle do 7 listopada, kiedy po raz pierwszy „mignęła” ta myśl…

Przecież do 7 listopada byłem całkowicie „poza Nim”. Do takiego stopnia, jak chyba nikt na świecie. Powiedziano przecież: „Oręż przeniknie twoje serce”…

Oto, co „przyprowadza”…

(7 listopada)

 

* * *

 

To nie pokorni są pokorni, a ci, którzy zostali upokorzeni.

Nie chcę takiego punktu widzenia: jest mi on wrogi. Nie – Fatum.

I potem – pokora.

 

Dusza dręczy się. Dręczy się straszną udręką.

Moje jutro jest bez światła. Moja noc jest bez snu.

 

*

 

To mama otworzyła książkę i pokazała mi jakiś tekst: - „Co to takiego? To jest słuszne”.

Spojrzałem i przeczytałem:

 

„Człowiek swej drogi jest nieświadomy, Bóg sam ją przed nim zamyka”.

 

To z Księgi Hioba (3, 23). Pomyślałem: „Oto, co chciałbym napisać na twoim grobie, moja biedna”. Miało to miejsce 18 lat temu.

Dlatego zawsze ją czułem, znałem. Jak i u niej, u mnie też była niewyjaśniona trwoga, teraz już znana (dawna choroba). Wydawało się, że wszystko jest zabezpieczone, dzieci oddane do najlepszych szkół, mama „w porządku”: a myśl „biedna! biedna!” wysysała duszę. Do tamtej mojej trwogi odnoszę słowa Niekrasowa:

Jadę nocą ulicą ciemną,

gdyż często jeżdżę do redakcji w nocy (korekta). I zawsze - trwoga, jakby jutro miał nastąpić koniec świata.

 

* * *

 

778. Mam świerzb wad, ale nie ciągnie mnie do nich, nie mam ich mocy.

To brud, w którym snuje się wesz. Nigdy nie znałem ognia i gorliwości wad. Przecież jestem łagodny, „pokorny”.

Często przy stole patrzyłem na moich gości i myślałem, że są wolni od tych wad – z jaką zawiścią i wdzięcznością (że czyści), i męką grzechu patrzyłem na nich.

Rozmawiam o literaturze lub na zebraniu religijno-filozoficznym, ale z ledwością zdaję sobie sprawę, o czym mówię.

 

* * *

 

779. Całe moje życie było ciężkie. Wewnątrz grzechy. Na zewnątrz nieszczęścia. Jedyna pociecha była w pisaniu. Dlatego ciągle pisałem.

(8 listopada)

 

*

 

Teraz wszystko się skończyło. „Grzebię w węgielkach”, jak w wygasłym piecu. Trzeba będzie zamknąć szyber.

 

*

 

Miałem pychę religijną. „Oceniałem” Kościół jako coś obcego i nie odczuwałem potrzeby Kościoła dla siebie, gdyż „byłem z Bogiem”.

Pamiętam, jak w Briansku z pychą mówiłem: „To człowiek Kościoła”, lub też: „Tak, to człowiek Kościoła, ale to wcale nie znaczy, że jest on religijnym człowiekiem”… „Ja nie jestem człowiekiem Kościoła, ale jestem człowiekiem religijnym”.

Ale nadszedł czas „powrotu do ojców”. Trzeba odejść „do matki-ziemi”. I obudziła się potrzeba Kościoła.

Kościół – to „my wszyscy”, Kościół – to „ja z wszystkimi”. I „my wszyscy z Bogiem”.

W odróżnieniu od pełnej pychy „religijności” – poczucie „bycia w Kościele” jest pokorne, proste, ludowe, ogólnoludzkie.

(8 listopada)

 

*

 

Filozofowie, i to nie wszyscy, mówili o Bogu, Platon nauczał o „nieśmiertelności duszy”. Jeszcze kilku innych. Kościół nie „nauczał”, nie „mówił”, a nakazywał wierzyć w Boga i karmić się nieśmiertelnością duszy. Tylko Kościół. Zawsze. Bez zmian. Bez wahania.

Kościół niósł to Imię, tę Wiarę, to Znamię bez wahania, od początku, i doniósł do naszych czasów. O wahających się Kościół mówił: „Ty – nie jesteś mój”. Nie można sobie wyobrazić prostego diaczka, który powiedziałby sobie: „Być może, nie ma nieśmiertelności duszy”. Każdy diaczek jest przekonany o tym, czego z trudem domyślał się i z ledwością osiągał Platon.

„Suma nauk Kościoła” jest niezmierzona w porównaniu z systemem Platona. I wszystko jest takie proste. Kościół podejdzie do rodzącej kobiety. Kościół podejdzie do trumny. To jest potrzebne. Właśnie owego „potrzebne” nie mógł dodać do swoich idei Platon.

Czymże są nasze uniwersytety i „nauki” w Akademiach Teologicznych w porównaniu z Kościołem?

Trawa w lesie. Nie: trawa w świecie (kosmos).

Świat – Kościół.

A nauki, i uniwersytety, i studenci – to tylko trawa, kwiatki: „przejdzie sierp i je skosi”.

 

*

 

Kto domyślił się podejść ze słowem do umierającego? Kto pomyślał, że trzeba podać rękę rodzącej?

Nie przyszło to do głowy Spencerowi.

Bocklowi – też nie przyszło.

Nawet Platonowi nie przyszło do głowy, ani Pitagorasowi w Związku Pitagorejskim. Nie wiem, czy przychodzi ksiądz, ale pastor na pewno nie przychodzi. „Zbyt brudno i duszno” jest w pokoju rodzącej.

Prawosławny kapłan przychodzi.

(8 listopada)

 

*

 

W wielu sprawach nie byłem w Kościele na poziomie. Rzadko chodziłem z dziećmi do cerkwi. Ale to „rzadko” jest tak szczęśliwym wspomnieniem. To światłość.

Ta „światłość” jest rozlana po całym kraju. „Przyjdź i bierz ją za darmo”. Kto nie jest leniwy – ten przychodzi. Jakiż to brak na wsiach, że nie ma tam nabożeństw w dni powszednie. To jest niedopatrzenie. Przychodziłyby staruszki. Przychodziłyby dzieci. Przecież to jest pouczenie.

Dlaczego kapłanów obarczono statystyką? I wszelkimi głupotami, poza ich obowiązkiem, który nie jest spełniany.

(8 listopada)

 

*

 

Rosjanie nie mają świadomości swoich przodków i nie mają świadomości swego potomstwa.

„Duchowy naród”… „Tylko ledwo co w ciele”…

Stąd – nihilizm: „przed nami nie było nic ważnego”. Rosyjski nihilizm zawsze jest radykalny: „Wszystko zbudujemy od początku”.

(8 listopada)

 

*

 

Wkrótce skończą się moje dni… O, jakże one nie są mi potrzebne! To nie „ten czas jest ciężki”, a każda godzina jest ciężka”.

(8 listopada)

 

*

 

Coraz więcej myślę o Kościele. Coraz częściej i częściej. Kościół stał mi się potrzebny. Przedtem podziwiałem, zachwycałem się, wyobrażałem sobie. Oceniałem pożytek. To zupełnie coś innego. Kościół jest mi potrzeby – od tego wszystko się zaczyna.

Przed tym stwierdzeniem, w istocie, niczego nie było.

(8 listopada)

 

*

 

Kościół bazuje na „POTRZEBUJĘ”. To wcale nie jest wpływ kulturowy. To nie jest „oświecanie ludu”. Wszystkie te kategorie przeminą. „Oświatę” trzeba brać od nihilistów, „wpływ kulturowy” dadzą Żydzi.

JA POTRZEBUJĘ: oto kamień, na którym budowany jest Kościół.

 

*

 

Odpuśćmy im ich grzech, aby i oni odpuścili nam nasz grzech.

(o duchowieństwie, 8 listopada głęboką nocą)

 

*

 

Przecież oni są stanem, warstwą społeczną. Prawie wszyscy zostają kapłanami, diakonami. Jakże warstwa społeczna może istnieć bez głupich ludzi, niekiedy – okropnych ludzi? Do kapłaństwa idą „wszyscy”, bez przebierania ziarna. Trafia się kłos pusty, kłos ze sporyszem, a na 100 – jeden pełnowartościowy. To naturalne.

 

*

 

Przebaczmy im. Przebaczmy im. Przebaczmy im. Przebaczmy i zostawmy.

Przecież „od Ruryka” oni za nas się modlą. Obojętnie, nieuważnie, ale przecież to im zlecono wypowiadanie tych słów.

Pozostańmy przy „przecież”. Świat jest tak mały, tak pełen cierpienia, sytuacja człowieka jest tak straszna, że ograniczmy się i zadowólmy tym „przecież”…

A „przecież” Serafim Sarowski i Ambroży z Optino byli z nich. Przecież nie z „literatów”…

U literatów nie ma „przecież”.

U literatów – samochwalstwo.

 

* * *

 

780. Wyobrażać sobie coś jest łatwiej, niż pracować: stąd bierze się socjalizm (przynajmniej leniwy socjalizm rosyjski).

(9 listopada)

 

Kuzniecow, deputowany II Dumy, został aresztowany jako przywódca szajki złodziejskiej w Petersburgu. To straszne.

O tym nie krzyczą gazety, jak o „Gurko Lidwalu” przez cały miesiąc po 3-4 kolumny w każdym numerze. Wrażenie z powodu podwójnego stosunku gazet do takich wydarzeń: administracja to – złodzieje, od których Rosję uratują – ludzie pracy.

(przypadkowo natknąłem się w gazecie na tę informację)

 

*

 

Jutro konsylium 4 lekarzy. „Czy jest wskazane, aby pojechała za granicę”? Dla Tani – materiał na białą suknię (25 rubli). Wieczorek w gimnazjum, z możliwością zaproszenie znajomych. Trzeba zaprosić młodych Akimowów, bardzo dobrze wychowanych i sympatycznych.

Jedne kwiaty więdną, a inne rozkwitają. Już 13 lat współpracuję z czasopismem „Nowoje Wriemia”: początkowo planowałem, że będę z nimi współpracował 10 lat, żeby zostawić dzieciom 20 000 rubli. Teraz mógłbym już „zamknąć komin”. Brakuje odwagi. Nie spisałem jeszcze testamentu i nie wiem, jak się to robi. W banku mam dług 5 000 rubli, na wyjazd „za granicę” trzeba będzie wziąć 3 000 rubli. Dzieciom zostanie 30 000, a wydane już książki z opłaconymi kosztami druku będą dawały dochody po 600 rubli każda.

A tymczasem jedna opłata za naukę wymaga 2 000 rubli rocznie. Nie wiem, skąd brać te pieniądze, jeśli „zamknę komin”.

 

*

 

Powinienem jeszcze żyć dwa lata (opłaty w drukarniach i dług w banku).

 

* * *

 

781. Moje przerażenie wszystko zniszczyło…

Anfimow (profesor z Charkowa) dobrze (prawie) określił chorobę (1896 r.). Opadły mi ręce. A one powinny się podnieś i pracować.

Gdybym nie był tak przerażony, to po powrocie do Petersburga zacząłbym leczenie, bez sprawdzania diagnozy przez Bechtieriewa. Wszystko byłoby uratowane: nie byłoby ani zapalenia mięśnia sercowego, ani zwyrodnienia naczyń, ani ataku apopleksji (Karpinski).

To znaczy, tych 3 rzeczy, które złamały nasze życie.

W domu nie byłoby mroku, „trwogi”, nieokreślonego lęku. Całe życie, poczynając od współpracy z czasopismem „Nowoje Wriemia” (zabezpieczenie) rozwijałoby się zupełnie inaczej, weselej, radośniej. W związkach z ludźmi.

Mama, która ginęła, nie unikałaby tak ludzi: „Nie trzeba”, „Wszyscy tacy ciężcy, nikogo nie chcę widzieć”, zwłaszcza nie chcę widzieć – wesela i radości.

(10 listopada)

 

* * *

 

782. Ani Nowosiołow, ani Florenski, ani Cwietkow, ani Bułgakow, którzy cały czas myślą, czują i mówią o Kościele, o chrześcijaństwie, nic nie powiedzieli i, co najważniejsze, nie powiedzą nic o małżeństwie, o rodzinie, o płci. Włodzimierz Sołowjow napisał „Sens miłości”, ale przecież „sens miłości” – to naturalny temat filozoficzny: ale i on w dziesięciu tomach swoich utworów nie poświęcił ani jednej linijki rozwodowi, dziewiczości zawierających małżeństwo, zdradzie, po prostu cierniom i udrękom rodziny. Nie pomógł jej ani jedną linijką. Kiedy wydałem dwa tomy „Problemu rodziny w Rosji”, to nie tylko, że nie zwrócono uwagi na tę książkę, ale w całej prasie nie pojawiła się ani jedna recenzja, ani jedno omówienie, nikt też nie powołał się na tę książkę.

„Problem rodziny w Rosji” nie istnieje. Rodzina jest tak bardzo potrzebna każdemu, że wszyscy kolektywnym umysłem chrześcijańskim i sercem kościelnym są w stosunku do niej – obojętni i oziębli.

To sprawa policji i konsystorza – sprawa łapówki, protokołu i haniebnego sądu. Jest dla wszystkich oczywiste, że to nie jest „sakrament”, a brud i ohyda w całej swej realnej treści („dwoje będą jednym ciałem”) – jak o tym wszyscy mówią w swoim sercu, w swoich utworach i w swoim milczeniu.

Florenski mógłby powiedzieć, że coraz bardziej i bardziej uchodzi w suchą, pełną pychy i okrutną „kościelność”. „Usychają kwiatki” Franciszka z Asyżu.

(poświęcam dobremu kapłanowi N. R. Antonowowi)

 

O moje lenistwo rozbijał się wszelki podskok.

I klasyczne gimnazjum Tołstoja, i dziesięć przykazań. I „jak należy się prowadzić”.

Wszystko ugrzęzło w mojej nieforemności (jak myśliwy w błocie).

 

*

 

Kiedy boli dusza – wtedy nic nam do pogaństwa. Zapytajcie, kto z „bolącą duszą” chciałby mieć coś wspólnego z pogaństwem.

 

*

 

Wszystkim ściskam dłoń i wszyscy ściskają moją dłoń. Patrzę oczyma na cały świat i cały świat patrzy w moje oczy. Wącham fiołki, róże i narcyze. Słucham szumu lasu i fal morza, muzyki Beethovena i rosyjskiej żałosnej pieśni.

Jakaż prostytucja we wszystkim! Zaiste, ja „należę do wszystkich i wszyscy należą do mnie”. Poza jednym organem.

Który, jeśli oddam jeszcze komuś – poza jedyną – wszyscy podniosą na mnie kamienie.

Co za cud: znaczy, tylko on jeden jest we mnie cnotliwy? Jeden tylko nie może osiągnąć tego, żeby wszyscy go dotykali i on dotykał wszystkich – to znaczy prostytuujący „w samym sobie”, w „swojej naturze”.

Gdyż rzucają na mnie kamienie nie za grzech przeciwko nim… Za jaki? Przecież nim sprawiam radość!

A – za grzech przeciwko naturze organu! Tajemnicze „ukamienowanie” (zaiste, tajemnicze!) jako osądzenie za nierząd jest symbolem, że cały świat uważa się za stróża mojego jedynego organu, właśnie jego cnotliwości, właśnie jego nie prostytuowania się.

Co za cud!

Przecież nie karzą organu: nie odrywają go, nie kaleczą, nie odcinają. Organowi nic nie robią, „jak niewinnej Ewie”, ale karzą noszącego go człowieka za to, że nie ustrzegł jego czystości i niewinności.

Oto „od stworzenia świata” wpisany w istotę rzeczy dowód „cultus phalli”.

 

*

 

Teraz wyjaśniłem sobie werset, kiedyś przeczytany w Talmudzie: „ukamienowanie” było przywilejem Żydów i Żydówek, którego nie mieli prawa stosować do grzeszących z innego plemienia, jeśli oni mieszkali w Jerozolimie lub w Judei. „Ukamienowanie” było nieoddzielne od „obrzezania”.

 

*

 

Gnuśność prasy, być może, ma wielką i świętą, potrzebną stronę: „Przemija postać tego świata” (Dostojewski). – No, jeszcze nie bardzo… Ale to, że „przemija postać prasy” – to jest dość wyraźne i coraz powszechniejsze, wynikające z gnuśności prasy, zauważanej przez wszystkich. Nie czytają. Rzucają. Nikt nie powołuje się na prasę. Nikt nie uważa jej za autorytet.

„Skończył się piękny zachwyt”.

Był to właśnie „zachwyt”, „nawóz Gutenberga”. Dopóki publikowali Goethe i Schiller – nie można było nawet pomyśleć o „końcu” tego zachwytu. „Nadeszło królestwo, a jego końca nie będzie na wieki”.

Należało, żeby zaczęli upadać pisarze. Żeby rozszedł się smród. „A – to jest sprawa”. Zaczął przemijać „warsztacik Gutenbergów”. – „Po co płacić za takie głupoty, lepiej w ogóle nic nie drukować”. W końcu XX w. drukarnie będą sprzedawane na tony.

 

Ich nikt nie kupuje

I nikt za darmo nie bierze.

 

Ludzie staną się wolni od „piszącej braci” – być może, wtedy nauczą się tańczyć, urządzać rauty, polubią muzykę, polubią liturgię, znowu będą kochać święcie i szczerze. Będą szczęśliwi i poważni.

Bowiem przy „prasie” – ludzie, oczywiście, nie zobaczą szczęścia i powagi, jak i nie zobaczą „swoich uszu”.

Znowu możliwe stanie się kaznodziejstwo. Będzie Savonarola. Możliwy będzie Apostoł Paweł.

Czy tak będzie? Czy naprawdę zaigrają te zorze?

Zorze piękne i wielkie.

Nowe. Wszystko nowe.

 

*

 

Idźcie więc, idźcie, idźcie gęsto, Grzegorzu Pietrowie, Amfiteatrowie i „Kopiejko”, i Boborykinie, i wy wszyscy, tłumy Bobczinskich. Idźcie i wszystko zadepczcie. Nadszedł was czas. Rozlokujcie się i świętujcie.

Wasze święto ma wielkie zalety.

Wszyscy powiedzą: „Co za dym! Skąd taki upał? I duszno. I pragnienie nizin”.

Tak, obok mnie idzie literatura.

Nie, to błąd, że zostałem literatem.

A jednak idzie.

(17 listopada na myśl o tym, że nie przeczytałem

przez cały rok ani jednego artykułu… Te teksty

mogą wchodzić jedynie w ołowiane głowy)

 

Ołowiana literatura. Piszą ją ołowiani ludzie. Ona istnieje dla ołowianych czytelników.

Sic et finis.

Oczywiście, Florenski jej nie czyta. Cwietkow nie czyta. Rcy czyta tylko Apostoła Pawła i „Nowoje Wriemia”.

Nikt „z mądrych” nie czyta. I ja. A pozostali – do diabła. A nawet do tych dwóch liter w „Odosobnionym”, które zobaczywszy cenzura poczuła, że została pozbawiona niewinności.

 

*

 

Obrzezanie – oczywiście – to nowe zaślubiny. Obrzezanie – miesiąc miodowy ludzkości. Stąd – „pozdrowienie młodego księżyca” (święto żydowskie) i „księżyc mahometan” (to znaczy, też obrzezanie). A obrzezanie stąd, że obrzezani czują się jak nowożeńcy.

No, a „nowożeńcy” nawet w chatynce są weseli (optymizm Żydów).

 

*

 

Ale to wszystko, kiedy żona jest chora – po prostu nie jest potrzebne. Nie jest interesujące. „Nie chcę patrzeć”. Nie myślę.

 

*

 

Chrystus wszedł w moje „nie myślę”. To – jeszcze wiara: w tym smutku, kiedy wszelka wiara jest ciemna.

Wtedy należy się modlić…

Nauczyłem się.

Czy tak?

 

* * *

 

783. To drogi, drogi dla mnie list. Ktoś „odezwie się” – to wszystko, co jest potrzebne pisarzowi:

 

Czytam „Odosobnione” i „Opadłe liście” z żądzą, dzień i noc. Niektóre fragmenty – z wewnętrznym drżeniem. Wszystko jest ważne i znaczące. Od dawna już siedzę w studni: tłuszcza jest mi obca. Myślisz, myślisz o takich rzeczach i zaczynasz wątpić: Czy nie myślę właśnie tak z powodu swojej głupoty i obrzydliwości? I nagle głos z dalekiej studni. Ulga. Mam ochotę powiedzieć: Dziękuję.

„Lubię pańską Tanię”. Chciałabym przeczytać o niej całą książkę[2]. A to, że ma pan „przyjaciela” – zazdroszczę. Ja nie mam. Widocznie, nie zasłużyłam.

Jeśli chodzi o płeć i Boga objawiającego się w płci – nie tak to u mnie wyszło. Wcześniej, niż doświadczenie – wyobrażałam sobie tak, jak pan… Gorąco w to wierzyłam, i kazania, i obelgi ze strony „chrześcijan”. Doświadczenie nastąpiło w imię tej wiary. I… nic, Bóg ukrył swoje Oblicze. W tym nie objawił[3]. A przecież „z miłości”. Dlaczego tak się stało – nie wiem. I pozostała – tęsknota za „duszą ciała” i „duszą świata”.

Nic z tego.

Dziecko… W nim teraz wszystko. Ale to coś innego. W nim Bóg objawia się, ale nie w radości, a w cierpieniu, kiedy śmierć chce je zabrać, a ja „chwytam się” Boga.

Płeć mnie oszukała. Już, jak się zdaje, wychodzę z „czasu płci”. Nie zobaczyłam Boga.

Duszę świata wyczuwam w pięknie, w przyrodzie, ale ona nie wchodzi we mnie. Nie jestem członkiem przyrody. Myśl, samotność (metafizyczna) i smutek.

A przecież jestem kobietą.

Z. Sz.

P. S. Każdą pana linijkę czytam z żądzą i poszukuję w niej „Rozanowszczyzny”. Kiedy nie ma – kiedy nie napisano „po rozanowsku” – myślę: to napisał „tak sobie”… (?).

Czy Tania będzie taka sama, jak „mama”? A może zbyt gorliwie uczyła się u Dobiasza i Wippera[4]?

Tajemnica „mamy” w tym, że ona uczyła się w domu, gdzie są ikony i kuferki, jak w cerkwi… A tak trwale się tego nauczyła, że gdy trafiła do gimnazjum – nie mogła się zepsuć.

P. S. S. Najlepsze (według mnie), to strony 447-48 „Opadłych liści” –

W ten sposób poznałam Jego. A Jahwe nie znam.

 

Chcę mówić do tych, którzy siedzą „w studniach”. Bazar mnie nie interesuje.

 

*

 

Rewolucje nie są dokonywane wtedy, kiedy ludowi jest ciężko. Wtedy lud się modli. A kiedy następuje „polepszenie”… wtedy przemienia się z człowieka w świnię i wtedy „tłucze talerze”, „wywołuje gniew”, „podpala dom”. To jest rewolucja.

Umierający z głodu chłopi (gdzieś nad Wołgą) prosili, żeby odprawić nabożeństwo. Natomiast studenci z państwowymi stypendiami w naturalny sposób buntują się.

A najbardziej „byli zbuntowani” obsypani złotem najbliżsi współpracownicy Pawła I, którzy dokonali znany akt. Byli to prostu – oburzeni. Jak i gwardziści-bogacze, którzy wyszli na Plac Isaakijewski 14 grudnia. Po prostu cierpiętnicy za ziemię rosyjską.

Co za trywialność! I jaki przerażający pesymizm historyczny.

 

*

 

Jak można wyjaśnić to fatalne, ogólnoświatowe: „nieszczęścia są potrzebne”.

Można to wyjaśnić przy pomocy czegoś wrodzonego – w „zakwasie” świata – nieszlachetności.

Cierpimy – i dobrze.

Jesteśmy szczęśliwi – to gorzej.

O, jakież to Fatum.

 

* * *

 

784. Wasia stał nad mamą.

Dzisiaj odwiozą ją do szpitala.

On idzie do szkoły.

Wtorek.

20 listopada.

Wigilia święta Wprowadzenia.

Jej twarz ściągnęła się, i usłyszałem jęk:

– Dzieci żal… Dzieci żal… Dzieci żal… (kilka razy, z przerwami).

– Wczoraj Domny Wasiljewnej nie było w domu, a one zachowały się tak spokojnie. Niczym mnie nie zdenerwowały.

Teraz ona nie płacze, ale tak jakoś jęczy. Twarz strasznie się ściąga…

(poświęcam klesze Albowowi, od którego ona

słyszała jedynie grubiańskie wyrzuty, gdyż uważał,

że pozwala na to sutanna. Gdy je usłyszała,

powiedziała: „Co ja jemu zrobiłam?”)

(20 listopada)

 

Cisza leczy duszę.

 

*

 

Jeśli cisza odnosi się do „końca wszystkiego”, jak sen do śmierci, to czyż śmierć jest ostatecznym uleczeniem?

Cóż my wiemy o śmierci?

O, gdybyśmy cokolwiek wiedzieli!

(20 listopada, wigilia święta „Wprowadzenia”,

mama leży „dla odpoczynku” w klinice

Heleny Pawłownej)

 

*

 

Świat jest wędrowaniem.

Kiedy umilkną kroki – świat się skończy.

 

*

 

I już teraz milczenie jest wieczorną zorzą świata.

 

*

 

W końcu wszystkich rzeczy – Bóg.

I na początku rzeczy – Bóg.

On jest wszystkim.

Korzeniem wszystkiego.

 

* * *

 

785. Stąd poszedł ton samozadowolenia, nadziei wyłącznie w sobie samym, pychy i słów „Wszystkich zwyciężymy”, i to nawet już „jutro”. Ale gdy ma się milion w kieszeni i jest poza zasięgiem „III oddziału”, to dlaczego nie być zadowolonym? Z milionem, a poza tym z 1 000 talentów, jeśli i niezbyt wielkich, to bardzo widocznych. Za to „chomąto” – biorąc „przykład” – chwytali się także studenci z 5 rublami w kieszeni i biedne studentki z pełną gotowością „kochania” i „oddania wszystkiego” (bez żadnych głupich aluzji), a jakże im teraz ciężko. A i zdolności takich też nie ma, chociaż, być może, duszę mają „bardziej głęboką”. Stało się bardzo ciężko. Rewolucja rosyjska lub raczej „protest rosyjski” wziął w Hercenie fałszywą nutę, zbyt wysoką – falset i stojąc na czubkach palców. A w żaden sposób nie da się „spuścić z tonu”: otrzymamy kakofonię nie do wytrzymania. W Hercenie nie zrodziła się, a zginęła rewolucja rosyjska, która od jego czasów krzyczy falsetem i kręci się w jednym miejscu, z jego frantowskim hasłem: „Ani kroku do tyłu!” „My, Rosjanie, na nic innego się nie godzimy”.

I jedzą, biedni, śledzia, popijając wódką, śpiąc ze „studentką” i mając nadzieję obudzić się jutro w zorzy tryumfującego socjalizmu.

 

*

 

Polityka społeczna, rola społeczeństwa w polityce, jego siła i znaczenie w polityce – zaczną się dopiero wtedy, kiedy społeczeństwo poczuje w sobie męstwo wyrzeczenia się Hercena, a przede wszystkim przestanie go uważać za literata (wstrętny ton).

Czy powiedzieć na koniec prawdę (którą z ledwością uświadomią sobie za 100 lat), że rola społeczeństwa w polityce zacznie się dopiero od tej chwili, kiedy społeczeństwo zdejmie czapkę, pokłoni się cesarzowi i powie:

– Ty jesteś pierwszy na ziemi rosyjskiej, a my – dziesiąci i setni. Jednak i dziesiąci i setni mają swój czas, swoją lekcję, swoje zadanie, swój los, swoje zadanie od Boga. Idź i niech będą błogosławione twoje drogi. Ale i ty oglądaj się na swoje dzieci – pobłogosław także nasze drogi.

Oto droga Rozanowa, a nie Żelabowa. Rozanow napisał książkę „O rozumieniu” i jemu można bardziej wierzyć, niż chłopu, którego zalety polegały na tym, że była w nim zakochana „generałowa (po ojcu) Pierowska”. Cóż, generałowe niekiedy zakochują się w stajennych („Ogrodnik” Niekrasowa, Faustyna – żona Antoninusa Piusa).

(nocą w łóżku) (21 listopada)

 

Ja sam przeszedłem (w gimnazjum) drogę nienawiści do rządu… do jego przedstawicieli, do jego zasad… od dołu aż do szczytu… – drogę płonącego serca do „sami się urządzimy” i „jak młodzi ludzie” (istota rewolucji), a tym samym można mi uwierzyć, kiedy mając 57 lat (w istocie doszedłem do tego już w uniwersytecie) mówię wam, że w Rosji nie da się nic zrobić bez cesarza i bez wiary w niego: to po pierwsze i wcale nie najważniejsze: najważniejsze jest, że (nie mówiąc o empirycznych wyjątkach, które „wybaczymy”) cesarz jest w istocie najlepszym człowiekiem w Rosji, to znaczy najwięcej o niej myślącym, najwięcej dla niej cierpiącym (wielu cesarzy, „porażki dyplomatyczne”, „wstyd” za zacofanie), najwięcej dla niej pracującym (ileż pracował Aleksander II!), a zarazem – póki co – najwięcej mogącym dla niej zrobić. On jest najlepszym człowiekiem w Rosji i, zaiste, pierwszym ze wszystkich dlatego, że ze względu na swoją sytuację i linię tradycji („z mlekiem matki” i „wrodzone predyspozycje”) nie ma po prostu żadnych innych zainteresowań, jak tylko dobro Rosji, dobro narodu, w warunkach bez warstw społecznych i poza prowincjonalizmem. Samo pojawienie się takiej osoby jest zaiste fenomenem i cudem: a gdyby go nie było, to stwórzcie taką drugą osobę, która myślałaby „tylko o narodzie, o jego pomyślności i sławie”. Tak myśleli herosi i święci – jak Perykles: właśnie za to go tak sławią. Sławią wcale nie za sukcesy (jakież szczególne sukcesy miał Perykles?), a za to, że znalazł się „prywatny człowiek”, który „całkowicie poświęcił się ojczyźnie” i który poza ojczyzną nie miał żadnej prywatnej myśli. Tacy byli Perykles, Kimon i jeszcze kilku, ze siedmiu ludzi. Arystydes. Ale już Temistokles nie był takim, nie był też takim Cromwell, Cezar, najwięksi z „republikanów”. Tak, tylko siedmiu ludzi. Jakiż to jest fenomen i święty cud, że przez wieki cierpień i cierpliwości, przez wieki pokory i modlitwy za carów (prawdopodobnie działa to hipnotycznie i magicznie) naród rosyjski wypracował taki urząd, taką „godność” i „osobę”, że gdy tylko nowy car obejmuje władzę, zaczyna myśleć i działać „jak Arystydes i Kimon”, to znaczy z modlitwą tylko o jedno – „jak można najsprawiedliwiej”, jak można „najlepiej dla kraju”, a – „nic dla mnie”, „nic szczególnego i oddzielnego ode mnie”. Władza carska jest cudem. Spróbujcie teraz tę władzę przywrócić we Francji, gdy ona już nie istnieje. Może się na nowo pojawić za jakieś 500 lat – nie należy mieć nadziei, że pojawi się wcześniej. Mylić się, a nawet szkodzić, mogli i Arystydes, i Kimon. Jednak we władzy carskiej i przez jej tajemniczą instytucję zwyciężone zostaje główne zło świata, którego nikt nie potrafił zwyciężyć i nikt nie potrafił uniknąć: zła wola, złe pragnienie, zła żądza. Rzecz nie w błędach: poprawienie wszystkich błędów nic nie znaczy; w historii i nawet w świecie, w jego korzeniach leży wszystkiemu właściwa zła wola: Kain, Diabeł, Lucyfer. Oto, z czym nie mogły dać sobie rady narody i rozpadały się całe cywilizacje. To metafizyczne zło historii i nawet metafizyczne zło świata zostało zwyciężone przez wypracowanie w istocie meta-historycznego zjawiska, zjawiska w pewnym sensie anomalnego i anormalnego (oczywiście!) – cara, w którym zła wola pur sang jest contradictio in adjecto, niemożliwość i coś niebywałego. Dlatego też złe zamiary przeciwko carowi oraz odmowa podporządkowania się carowi, jeśli z powodu choroby jest gniewliwy (Iwan Groźny) lub nawet gdyby był pozbawiony rozsądku – przerażające zjawisko w całej historii, także w przyszłości – gdyż tego typu złe zamiary mogłyby w następnych władcach zniszczyć to, co jest główne, co stanowi istotę wszystkiego: ich łaskawość i ich całkowitą, bez reszty łaskawość do wszystkich i wszystkiego w swoim kraju. Perykles, wiedząc, że go „wypędzą” lub mogą wypędzić, nagle zacząłby „odkładać pieniądze na czarny dzień i na wszelki wypadek”. Właśnie w wypadku cara wyłączony jest „wypadek” i „czarny dzień”. Wszystkie dni cara są świetliste i o te świetliste dni dla cara modli się cały naród, gdyż jego światłość jest zarazem tą światłością, która oświeca cały kraj. Dlatego właśnie historia z Pawłem I była czarna, podła, obrzydliwa dla wspominania i jej anty-łaskawy charakter, „szkodliwy w swoich skutkach” był taki sam, jakby Rosja przegrała 1812 r. Z tego powodu panowie z Genewy i Paryża nie powinni być po prostu skazywani, ale likwidowani, gdyż w istocie sami niszczą całą światłość, całą radość, cały sens, którym żyje i karmi się cały naród rosyjski. Dlatego „rozdrażnianie” władcy, sprawianie mu „przykrości” – jest największym przestępstwem. „Okradli Peryklesa”, „spoliczkowali Peryklesa”, „Peryklesa gonili z pistoletem w dłoni” – „Nie ma Peryklesa!” – a, co znaczy dla Aten „Nie ma Peryklesa”, wie nie tylko Iłowajski. Dlatego likwidacja wszystkich wrogów władcy i wszelkiej wrogości do niego jest tym samym, co osuszenie bagien, co lepsza uprawa ziemi, co „deszcz dla pół”. Żadnego czarnego dnia dla władcy, wszystkie jego dni powinny być świetliste – jest to troska narodu, na którą jak na dobry deszcz odpowiada urodzaj, to w tym wypadku odpowiada miłość Boga do swego narodu, troska o ten naród.

A teraz – o wierze, Ewangelii i Chrystusie, to znaczy o Kościele, który jeszcze nic nie robi i nic nie wie, poza tym jak chronić, mówić, nauczać i rozpowszechniać Ewangelię, Chrystusa i życie wieczne.

Ledwo to powiedziałem, a wszyscy zawołali: „Przecież to jest cywilizacja!” Czy nie rozumiecie, że cywilizacja to nie Bocklik z Darwinkiem, to nie Spencerek w 20 tomach, to nie nasz Mikołaj Gawryłowicz (Czernyszewski), wszystkie te łapcie i onuce rosyjskiego Oświecenia, że cywilizacja to czas od najazdu Hunów i Alaryka do Edwarda Wyznawcy, do wypraw krzyżowych, do rycerstwa, do Cervantesa, do Shakespeare’a i do samej rewolucji. Dlaczego więc „w wydaniach Pirożkowa” trzęsą się Renan i Strauss, gdy tymczasem należało wytargać ich za uszy, dać im kopniaka i posłać do diabła. Po co bronić rosyjskiego „Sowriemiennika” i dziewicy Kuskowej – należy ich po prostu wypędzić. Co robi się z robakiem, który z sufitu spadł komuś do jedzenia? Bierze się na łyżkę i wyrzuca do diabła. Co mają do siebie życie wieczne i Bockl, nauka Apostołów i 43 roczniki „Wiestnika Europy”, który ani razu nie był godny swojej nazwy i prawdopodobnie nawet nie wie, że było „12 Apostołów” („czasopismo historyczne”)? Cóż za porównanie! „Wiestnik Europy” jest potrzebny 6 000 prenumeratorów, a Ewangelia jest potrzebna ludzkości od dwudziestu wieków, każdemu człowiekowi. Któż chroni łopian, który zaśmieca ogród, któż chroni robaka, który niszczy jabłko, któż chroni bandytę, który morduje na ulicy? Nie ma żadnej wątpliwości – to wszystko jest do wyrzucenia. Mówię o korzeniach (historycznych), kiedy tak rozsądzam: w Ewangelii – w jednej księdze, i w Kościele – to znaczy w jednej instytucji. Europa – to nie Rosjanie i Niemcy, Europa – ma to jedyne, jakby „wzięte w garść”, czego nie miała Grecja i Rzym, czego nie mają Chiny i Indie. Jeśli tam jest Budda i Konfucjusz, jest to – filozofia, która jeszcze ma konkurentów w bardziej starożytnych postaciach. A Europa, i tylko ona jedna, ma jedno zrodzenie z jednej Osoby – Chrystusa. Nie ma „Europy”, jest „Świat Chrześcijański”, co jest pojęciem bardziej wieloznacznym i obszerniejszym, niż „Europa”, a „Chrystus” jest większy od „Świata Chrześcijańskiego”, jest „Wiecznością” i „Wszystkim”.

Czy więc rozumiecie, że Spencerka należało wytargać za uszy, a „Mikołajowi Gawryłowiczowi” dać po mordzie, jak stajennemu, który nasmrodził w pokoju? Że nie wolno było wdawać się z nimi w żadne rozmowy? Że należało takiego wziąć po prostu za rękę i wyprowadzić, jak wyprowadza się od stołu jegomościów, którzy zamiast jeść, zaczynają smrodzić? Czy domyślacie się w końcu, że cywilizacja XIX w., która w znacznym stopniu była anty-chrześcijańska, wcale nie była „cywilizacją”, a skandalem, wcale nie była „postępem”, a „nabrudzili na podłodze” i trzeba to po prostu wytrzeć? Przyszły świnie i swoimi mordami zryły cały ogród: wcale to nie znaczy, że nie powinno być ogrodu i na jesień należy zostać bez warzyw i owoców, a znaczy, że świnie należy przegnać lub zabić, naprawić płot i to, co zostało wyryte, powtórnie zasadzić, a jesienią zebrać owoce.

A Kościół tak bardzo przewyższa Rosję, a także Europę, że car rosyjski, o którym napisałem wszystkie te słowa, jakie napisałem, skłania się jedynie przed Kościołem jako Wiecznym Źródłem życia wszystkich – i tak samo lęka się znieważyć Kościół, jak każdy z nas lęka się znieważyć władcę.

Dlatego Kościół i car, w połączeniu, stanowią nieboskłon nad chłopem i nad Rosją, nad każdym i nad wszystkimi. A tego nie miał ani Rzym, ani Ateny.

………………………………………………………………………………….

(jestem zmęczony, nocą 21 listopada w łóżku)

 

*

 

Cały parlament jest w istocie bełkotaniem bezrogich krów i „krytykowaniem byka” przez nadętą żabę. Przynajmniej parlament rosyjski i przynajmniej dotychczas.

Parlament udał się jedynie w Anglii. Tam jest on – narodowy i „z Hosanna”. W Rosji pozostaje on w sprzeczności „z Panie, zmiłuj się” i prawdopodobnie kiedyś po prostu się skończy.

Potrzebne jest coś innego. Ale co – nie wiadomo.

Do szaleństw naszego 5-cio letniego dzieciątka należy i to, że zdążyło już znieważyć Kościół. Tego „już” w żaden sposób nie da się zetrzeć i jego skutków nie da się uniknąć. Skutki zaś są takie, że parlament na zawsze pozostanie obcy i wrogi ludowi kościelnemu, a ci członkowie narodu, którzy są poza Kościołem, są chuliganami. Parlament przyciągnął do siebie chuliganów, a odrzucił historię. Co z nim teraz robić? Takie rzeczy można bowiem „robić”, ale „z nich coś zrobić” – nie da się. A „zrobił” wyłącznie z głupoty.

Parlament nie jest nawet zjawiskiem politycznym, a po prostu klubem na utrzymaniu państwa. Gdyby był zjawiskiem politycznym, to natychmiast zacząłby szukać sojuszników, „wzmocnienia” swojej pozycji. A nasz pięciolatek po prostu natychmiast objawił:

– Ja, na-pa-słem się, ze wszystkich jestem najsilniejszy.

Póki co, nie dostał jeszcze po nosie. Wtedy nasz jesiotr zanurkował do wody, a następnie przepadł, nie wiadomo gdzie: pojechał do Londynu i po roku ocknął się w Paryżu. Tak bardzo, biedny, się przeraził. Zresztą wszyscy parlamentarzyści są niezwykle bojaźliwi. Rodiczew sformułował znieważającą aluzję („krawat Stołypina”) – a potem nie tylko przepraszał, ale rozchorował się z powodu okazanego bohaterstwa (wręczył choremu „bukiet”).

Tymczasem jego rola rzeczywiście była wielka i w najwyższym stopniu prosta. Należało uwolnić się od tego „nasienia pokrzywy”, z którym wojnę zaczął już Sumarokow – od urzędników. Ściślej, nie uwolnić się, a podporządkować sobie i swojej ostrej kontroli. W tym celu należało wejść w porozumienie z carem, z duchowieństwem, ze szlachtą, z kupcami, których urzędnik de facto wszystkich „zjadł”. Zjadł, a na ich miejsce postawił swoją bezosobowość i bezkształtność. Należało przywrócić „osobowość” wszystkim tym uciskanym zasadom historii rosyjskiej – osobowość, godność, działanie.

Zamiast tego parlament przedstawił się „dziennikarzom”, tym dziennikarzom, którzy są biedni i dlatego wyzywają bogatych, są bez władzy i dlatego wyzywają ludzi znaczących, Żyd jest nieochrzczony i dlatego wyzywa Rosjan i wiarę. Jest to niedorzeczne i zadziwiające zjawisko, całkowicie obrzydliwe, a w gutenbergowskim naborze czcionek stało się jeszcze bardziej obrzydliwe, gdyż zajmuje się roztrząsaniem „praw”. Stało się zjawiskiem komicznym i niczym, poza komicznymi zasługami, nie może się wyróżnić.

 

*

 

Panie! Przebacz mu grzech, przebacz mu grzech, przebacz mu grzech.

Dlatego, że on jest dziedzicem Twego bogactwa, które Ty zostawiłeś światu, żeby świat nie zbłądził. Jeśli nie będzie tego bogactwa, świat zbłądzi. A nie będzie go, jeśli zginie Kościół.

Nie daj zginąć Kościołowi. Podtrzymuj go. Podtrzymuj i umacniaj.

 

*

 

Dręczące w sytuacji Kościoła jest to, że on nie zna pośredniej drogi między zuchwałością i renegactwem samej wiary (G. Pietrow) oraz pokorą przechodzącą w tchórzostwo, popuszczenie i pochlebstwo’’.

Nie ma bohaterstwa, nie ma bohaterstwa – w tym prawie wszystko.

(21 listopada)

 

* * *

 

786. Potrzebuję jedynie pociechy, potrzebuję tylko Chrystusa.

…………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………..

…………………………………………………………………………………..

(Pogaństwo i judaizm nawet nie przychodzą mi do głowy).

(przy korekcie w redakcji w nocy 22 listopada)

 

* * *

 

787. Oto, co znaczy rwać się do nieudanego tematu: Francja ginie i już prawie zginęła (nawet jej ludność ulega zwyrodnieniu) w pełnych drgawek wysiłkach osiągnięcia po prostu głupiego tematu – Wolności.

Należy osiągać harmonię, szczęście, cnoty, heroizm, chleb, kobiety; jeśli już myśleć o osiąganiu czegoś negatywnego – należy osiągać nierząd.

Ale nie – pustkę, a wolność jest po prostu pustką.

– Dom jest pusty, niech wchodzi, kto tylko chce. Nie jest zajęty, jest wolny.

– To mieszkanie jest puste, ono jest wolne.

– Ta kobieta jest wolna. Nie ma męża, możesz się do niej zalecać.

– Ten człowiek jest wolny. Nie ma żadnych obowiązków.

Szereg negatywnych określeń, a „wolność” łączy je wszystkie.

– Jestem wolny, nie jestem zajęty.

Od „wolności” wszyscy uciekają: robotnik – do pracy, inny człowiek – na posadę, kobieta – do męża. Każdy – do czegokolwiek.

Wszystko jest lepsze od wolności, „byle co” jest lepsze od wolności, ale czegoś gorszego od „wolności” po prostu nie ma, wolność jest potrzebna chuliganowi, łobuzowi i sutenerowi.

Dzięki temu sympatycznemu ideałowi, „obejmując powietrze”, Francja zaczyna się walić. I rozbiła się w pustce.

A tymczasem należało dążyć do harmonii, porządku i pracy. A tymczasem można się rwać: do heroizmu – bez Boga, do świętości – w Bogu.

(w gabinecie, 23 listopada)

 

Śmierć nie jest straszna dla kogoś, kto wierzy w nieśmiertelność.

Ale jak w to uwierzyć?

Chrystus kazał wierzyć.

Ale jak mam uwierzyć Chrystusowi?

Znaczy, najważniejsza w moim przerażeniu jest – niewiara w Chrystusa.

Moja udręka bierze się stąd, że jestem daleki od Chrystusa.

Kto mnie doprowadzi do Chrystusa?

Kościół prowadził, ale ja nie szedłem.

(23 listopada w redakcji nocą, kłopoty z artykułem)

 

* * *

 

788. Od wszystkiego odszedłem i do niczego nie doszedłem.

(o sobie)

 

* * *

 

789. Ze wszystkich rozkoszy świata ona lubiła tylko czystość ciała.

(dzieciom – jako testament od mamy)

 

Miała kaftanik z aksamitu (w młodości błękitny), ale sukni w takim samym kolorze nie miała. Miała, oczywiście, jedwabne kaftaniki.

 

* * *

 

790. …Tak moje życie, jak widzę, łamie się z powodu strasznych cierpień sumienia. Zawsze nie troszczyłem się o sumienie, myślałem, że „go nie ma”, że „żyję, jak chcę”. Po prostu – wcale o nim nie myślałem. Wtedy dodano mi sumienie (jeśli jest „droga”, a ja widzę, że ona jest) w postaci „przyjaciela”, na którego patrzyłem i którym się zachwycałem, ale nie postępowałem według niego.

Stąd takie cierpienia: przyjaciel ginie na moich oczach i w istocie z mojej winy. Dano mi w każdej godzinie widzieć jej cierpienia, a te godziny trwają już trzy lata. A kiedy „sumienie” odejdzie ode mnie: pozostawszy bez „sumienia” zobaczę głębię ciemności, w jakich żyłem i w które sam wszedłem.

To straszne: a jeśli, na przykład, pozostanę z tym cierpieniem nie na 3 lata, a na cały „świat pozagrobowy”, na całe życie wieczne, to czyż nie będzie to piekło, którego skraj odczuwam. Natomiast Ona, mój „przyjaciel”, która całą siebie oddała innym – przejdzie do wiecznej radości.

 

* * *

 

791. Będę nieszczęśliwy przez pozostałe 10 lat życia dlatego, że we właściwym czasie nie wezwałem Karpinskiego.

A w dzieciństwie: swój domek, brat 19 letni, silny, mądry i utalentowany, siostra wróciła (z Kołogrywu) po skończeniu szkoły… Matka – po prostu zmęczona. I dwoje małoletnich dzieci. Jeszcze brat 16-to letni – trochę słabowity intelektualnie, „przygłupi”, ale łagodny i szlachetny, „płaczący” (kiedy go znieważali „rozumni”, a oni go znieważali).

Dlaczego by nie pożyć? Duży ogród. Inspekty. Aleje lipowe (lub brzozowe? – już nie pamiętam) wyrąbano. Dużo ziemi.

Mieliśmy swoją krowę (czarną).

Dlaczego by nie pożyć?

Ale 19-to letni brat, kiedy go posyłano do apteki Zeignica, przynosił w szklanej flaszeczce coś mętnego. Z tego powodu, że zamknięcie nie było „urzędowe” (jakieś kolorowe papierki) domyślaliśmy się, iż sam nalewał. Natomiast pieniądze brał sobie. Pewnego razu powiedział przy mnie (byliśmy sami – słyszałem słowa, ale nie rozumiałem ich sensu): „To dla dziewczynek”. „I trochę wina”.

I „dla dziewczynek” wynosił z domu ostatnią pościel z komody (matki, siostry i naszą, dziecięcą). Rozmawialiśmy o tym. Ale jak z nim walczyć, gdy jest ze wszystkich najsilniejszy (najstarszy w domu)?

Mama leżała (choroba).

Dzieci bawiły się. Ja na nosidle ciągle dźwigałem nawóz do inspektów (bardzo ciężki, ręce „się urywały”, kolana uginały). Potem – podlewałem (lżej, ale okropnie, gdyż wyciągając wiadra ze strumienia zawsze oblewałem sobie spodnie). Potem – połeć. Miałem 7, 8, 9 lat (dobrze jest popracować, ale zawsze bez uśmiechu i ani jednego słowa wdzięczności, a to znaczy, że pracowałem jak katorżnik). 19-to letni i 17-to letnia – niczego sobie. (Nie można było ich zmuszać, a nawet obrażali się „na prośbę”).

I wszystko się rozwaliło. W przekleństwach. Rozpaczy. Dlaczego? Nie było harmonii. Gdzie? W domu. Tak – „w domu”, a nie – „w społeczeństwie”, do którego i tak nie mogliśmy się doczołgać, jak i ono do nas.

Jak więc przekonacie mnie do słuszności Lassalle’a i Marksa?

A kto nas „uciskał”? Przecież byliśmy wolni, jak kawki w polu lub sokoły w stepie. I – przekleństwo, rozpacz i zguba.

A mogliśmy być nie tylko zadowoleni, ale także szczęśliwi. Tak: była jeszcze emerytura w wysokości 300 rubli rocznie, po 150 rubli na pół roku (otrzymywaliśmy raz na pół roku).

(wspominam w nocy w łóżku)

 

* * *

 

792. On dosłownie rączką kreśli swoje cnoty. I tak, jak deseń jest piękny, on też ciągle jest cnotliwy.

Ale to nie jest cnota.

Cnota współczuje. Cnota jest aktywna. Cnota nie ogląda się. Cnota nie szuka „siebie” i „swego” w swych czynach: ona postrzega w swoim czynie jedynie oblicze tego człowieka, któremu jest potrzebna.

Cnota nie rozdaje jałmużny, cnota czyni braterstwo. Wszyscy jesteśmy braćmi, bogaci i biedni, znani i prości. Bowiem jutro bogaty może stracić swoje bogactwo, a „znany człowiek” znaleźć się w więzieniu.

 

* * *

 

793. W 1895-6 r. – dokładnie pamiętam – brakowało mi tematów.

Muzyka (w duszy) jest, a pokarmu dla zębów nie było.

Piec płonie, ale nic się na nim nie gotuje.

W tym wypadku historia rodzinna i ogólnie mój stosunek do „przyjaciela” odegrały ważną rolę. Pobudzenie zainteresowania judaizmem, zainteresowanie się pogaństwem, krytyka chrześcijaństwa – wszystko to wyrosło z jednego bólu, wszystko to wyrosło z jednego punktu. Sprawy literackie i osobiste połączyły się do tego stopnia, że dla mnie nie istniała „literatura”, a jedynie „moja sprawa”. Literatura właściwie zupełnie zaniknęła poza jej „odniesieniem do mojej sprawy”. To, co osobiste, przekształciło się w to, co uniwersalne.

Tak i jest w samej istocie.

Stąd moja niechlujność w literaturze. Jakże mogę nie być niechlujem w swoim domu? Literaturę odczuwam jak „swój dom”. Żadnego uczucia, że „powinienem” coś w niej zrobić, że ode mnie czegoś się „oczekuje”.

 

* * *

 

794. Na „tamtym świecie” zapytam:

– No, cóż, Wiero, donosiłaś stare kalosze?

Dlatego, że na „tym świecie” ona powiedziała:

– Ma pan słabe kalosze. Niech pan mi je da.

A ja, zasypiając po obiedzie, powiedziałem:

– Weź, Wiero.

Ona była ciemna, chuda i prawie martwa, miała 45 lat, ale wiernie mi służyła.

Nigdy nie domyśliłem się, żeby coś jej podarować. Nie przyszło mi do głowy (rzeczywiście). A teraz dręczy mnie to wspomnienie. To było 23 lata temu.

Ona była milcząca i nieodpowiedzialna. Zakisiła ogórki. Podaje we wrześniu. Twarde, strasznie twarde.

– Co to za okropne ogórki, Wiero?

– To z estragonem. Mocniejsze. Za 2 tygodnie będą zupełnie dobre.

Kotlety. I – czarne śliwki!!!

– Co to za głupota, Wiero???!!!

– Tak gotowałam u kupców. Ze śliwkami.

Rzeczywiście, było bardzo smaczne.

(O Jelcu)

 

* * *

 

795. Rodziewicz miał służącą. Bardzo sympatyczną. On sam natomiast był okrutny (nauczyciel matematyki).

Wtedy ja, Strojkow, Zapolski, Sztejn (mieszkali u Wasyla Maksymowicza) postanowiliśmy zemścić się na nim za ciągłe dwóje.

Długim korytarzem (nauczycielskim) służąca niesie swemu panu zupę. Obie ręce ma zajęte. „Dosłownie, jakby coś nas natchnęło”: podskoczyliśmy z trzech stron i zaczęliśmy… szukać czegoś w jej kaftaniku. Zdenerwowała się, chce się bronić, ale nic nie może zrobić (ręce ma zajęte). Uciec też nie może (upuści wazę). A nasze ręce jak karaluchy biegają po jej kaftaniku. Nic szczególnego, raczej skromnie. IV klasa gimnazjum… „Głuptaski i nic nie rozumiemy”. Powinniśmy podręczyć Rodziewicza.

On był Polakiem, katolikiem, hipokrytą, został zesłany do Niżnego za „bunt”. Bezceremonialnie wszystkim Polakom stawiał nie mniej, niż trójkę (nawet Górskiemu, który nic nie wiedział i zuchwale udawał), a nam, Rosjanom, stawiał prawie wyłącznie dwóje.

Był mały, miał prawie miniaturowy wzrost, z bródką kozła, chudy, zły i z jakiegoś powodu wokół szyi okręcał długi i brudny szal.

Głos – gromowy. Istny satyr lub diabeł.

Następnego dnia, po wejściu na katedrę nie usiadł, ale grobowym, głuchym głosem, niezrozumiałym dla nikogo w klasie (poza naszą „czwórką”), powiedział:

– „Wy-y-y!” Bełkot… „Zdemoralizowani mło-mło-młodzieńcy… Niektórzy z was… Ośmielają się… Nie szanować nawet swoich nauczycieli”…

Ale był tak chytry, że na tej lekcji nikogo z nas nie wezwał do tablicy (udowodnić twierdzenie).

Dopiero później nas dręczył.

(w Niżnym)

 

* * *

 

796. Miłość sprzedajna wydaje się być „bardzo wygodna”: „Kto ma pięć rubli, niech wchodzi i bierze”. Tak, ale

 

Opadły płatki z kwiatów

I pogasły ognie…

 

Cóż on bierze? Kawałek martwego kauczuku. Rękawiczkę zrobioną z wyprawionej psiej skóry, a przy tym oplutą i rzuconą na podłogę, która jest podnoszona i naciągana na dłoń oficera i na dłoń studenta. „Sprzedajna miłość” jest obrzydliwością, która powinna być zlikwidowana przy pomocy armat (moje marzenie gimnazjalisty), prochem i nożem. Należy na nią patrzeć, jak na produkcję „fałszywych monet”, podrywających „finanse państwa”. Ponieważ te wszystkie „lunapary” i w nocy ulice pełne wałęsających się prostytutek – „podrywają finanse rodziny”, „obalają rodzinę”, czynią „małżeństwo (wręcz doświadczalnie) niepotrzebnym”. A przecież „małżeństwo” i „rodzina” nie są mniej ważne dla narodu, niż fiskus, niż kasa.

 

Ale „prostytucja wcale nie ustępuje”: świadectwo historii. A to znaczy, że „niech będzie”, ale w zupełnie innej postaci, niż teraz: nie w postaci wałęsających się po ulicy brudnych suk „dla każdego”, nie w postaci „kramu sprzedającego na sztuki”, w którym każdy bierze „ziarenka za trzy kopiejki”. Potrzebna jest inna jej postać: niezbezczeszczona, nie rozpustna.

Coś przyszło mi do głowy: Wieczorem, między 7 i 9 godziną (i tylko), wszystkie wolne kobiety (bez mężów i nie „księżycowej poświaty”) wychodzą i siadają na drewnianych ławeczkach, każda przed swoim domem, skromnie ubrane – każde trzyma w ręku kwiatek. Ich oczy powinny być skromnie spuszczone ku ziemi, nie powinny śpiewać i mówić. Nikogo nie powinny też wołać. Przechodzący mężczyzna zatrzymywałby się przed tą, która mu się spodobała, i mówił: „Witaj. Ja dzisiaj będę z tobą”. A ona by wstała i nie patrząc na niego weszła do swego domu. Tego samego wieczoru zostałaby jego żoną. W tym celu należałoby wyznaczyć określone dni w tygodniu, w każdym miesiącu i w całym roku. Niech to będą dni „rozgrzeszonej grzesznicy” – na jej pamiątkę…………..………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………….…….. Do tej grupy powinny należeć wszystkie kobiety kraju – lub miasta, dużej wsi – niezdolne do monogamii, niezdolne do prawdy, wzniosłości i mocy monogamii. One nie powinny być ani ganione, ani chwalone. One są po prostu – faktem. Ale one powinny strzec swojej czystości i swojego spokoju. Powinny być ciągle świeże: dlatego powinno się wypędzać wszystkie te, które przyjęłyby w jeden wieczór dwóch (teraz ogromne ilości) mężczyzn, które przyjęłyby kogokolwiek w dni swojego „oczyszczenia miesięcznego” i w ogóle w „niedozwolone dni”. Tym samym „knajpa” prostytucji zostałaby zlikwidowana, a „dusza prostytucji”, która istnieje, zostałyby oczyszczona z brudu. Oczywiście, one powinny mieć dzieci, one powinny być płodne. Powinny prowadzić życie rodzinne, ale byłyby „wdowami” z każdym porankiem i każdego wieczora „znowu wychodziłyby za mąż” (psychologia, poczucie własnej godności, wcale nie są w nich zabite, lub zmniejszone).

Pewien krawiec opowiedział mi historię swojego brata: on nawet „nie widywał swojej żony”, córki szwajcara w niezwykle wysoko postawionym domu. Ona miała tylko 18 lat i, jak później się dowiedział, rodzice mówili jej: „Ty wytrzymaj chociaż do ślubu” (to znaczy, „a potem – rób, co chcesz”). Ona była zupełnie nieopanowana w „oddawaniu się” i nie mogła nie oddać się każdemu, kto się jej spodobał. Mąż (ponury mieszczuch, gorliwy, „sama proza”) był jej zupełnie obcy i ona schodząc ze schodów zaraz po ślubie nie pozwoliła, żeby podał jej palto, z pogardą odwróciła się od niego. „Do mojego domu sprowadziła swoją ciotkę, która z nią spała w noc poślubną”. Po 5 dniach żona wróciła do rodziców. Codziennie z kuzynką męża szła do kawalerki swojego własnego kuzyna, który przez godzinę był jej „mężem”. Rodzice już jej nie powstrzymywali, nic nie dało się zrobić. Jest godne uwagi, że policja była po jej stronie (była oczarowana?) i posadziła męża „w celi” lub „u siebie” i trzymała go tak długi, „póki nie da jej pozwolenia na oddzielne życie”. Nie dawał tak długo, póki nie przyszedł do mnie poradzić się (wtedy pisywałem o rozwodach). Powiedziałem mu to, co wiedziałem, to znaczy, że „Kościół nie da mu rozwodu („brakuje świadków”) i on musi cierpieć”. On przede wszystkim był zdenerwowany faktem, że żona przeszkadza mu w pracy, zakłóca porządek dnia i to tak, że on „nie może spokojnie myśleć” i sam już nie rozumie, czy „jest jej mężem, czy też nie jest”. Taką kobietę spotkałem raz sam – wykształconą, piękną, z doskonałymi manierami – i ona opowiedziała mi o swoim życiu, a poza tym zdumiewającą historię o kobiecie tego typu opowiedziała mi Eugenia Iwanowna, i dodała: „Nie mogłem jej nie lubić, tak bardzo była sympatyczna i miła”. Sama Eugenia Iwanowna jest kobietą niezwykle cnotliwą. Oto fakty.

 

* * *

 

797. …Jak tłok działa w cylindrze pompy? – Pod tłokiem tworzy się pustka. I natura z jej terror vacui dąży do jej wypełnienia. Występują i podnoszą się wody ziemi, zbierają się wody ziemi (gruntowe) i dążą do uciekającego tłoka… I życie, i siły, i krew. Oto, dlaczego „cały organizm” jakby zbiera się w jednym punkcie. Ten punkt jest równocześnie „ogniskiem organizmu i życia” – podobnie, jak „ognisko” w szkłach optycznych.

 

* * *

 

798. Zrodzenie dzieci w nieopisany sposób wchodzi w rodziców: „Oto jestem przymocowany do ziemi”, „ziemia stała mi się pokrewną”, „teraz z ziemi (planety) nic mnie nie usunie”, nie zgładzi, nie zlikwiduje.

Stąd u wszystkich narodów obrzęd, pieśni, kwiaty, a u nas – ślub, biała suknia, korony na głowach zawierających małżeństwo.

Jest to jednak coś głębszego, niż obrzęd; obrzęd „pojawił się później” i nie wskazuje na ważność samego obrzędu, a ma ważność tego, do czego został dodany.

Stąd w Starożytności „uczta zaczynała się”, kiedy młodzi zostali odprowadzeni do sypialni (w Jerozolimie – do „chuppy”) i zaczynali współżyć ze sobą w czasie samej uczty. W Rosji do niedawna „na ucztę” wynoszono i pokazywano gościom zdjętą po akcie seksualnym koszulę panny młodej, ze wszystkimi znakami jego siły i jej czystości. Nie jest to jednak „sprawdzenie”: Czyż psychologia uczty jest taka, żeby „sprawdzać podpis na kwicie dłużnym”? Początkowo było to dokonywane z naiwnej i szczerej radości rodziców, że nastąpiło „zmieszanie krwi”, dwa rody – jego ród i jej ród – połączyły się w jedną rzekę, zrosły się w jeden konar Wiecznego Drzewa, „Drzewo Życia” zwyciężyło i zrodziło nowe jabłko. Andrzej Bołotow w swoich „Notatkach” szczegółowo opisuje wyniesienie koszuli panny młodej. W guberni smoleńskiej tryumf splamionej krwią koszuli zachował się do dzisiaj wśród prostego ludu, u mieszczan w miastach i wszędzie po wsiach.

Wszystko to – „dodatki”. U podstaw leży uczucie rodziców, że oni jakby powtórnie i w pełniejszy sposób rodzą się w świecie. Połączenie się dzieci jest dla rodziców ich własnymi powtórnymi narodzinami. Gdy tylko krwi – przerwawszy tkanki – połączą się, w rodziców wchodzi metafizyczna wiedza, że od nich oddzieliła się nić, która związała się w węzeł z nicią wychodzącą z pępowiny „kogoś innego”, „zupełnie nowego”, „obcego dla naszego rodu”. Jest to bliskie do tego, jak owad-najeźdźca opuszcza swój narząd rozrodczy, przebija skórę gąsienicy i składa w jej ciele swoje jajeczko, z którego rozwinie się „ja” tego najeźdźcy i będzie się żywić ciałem gąsienicy. W tym wypadku jest to okrutne i zabójcze, a w wypadku małżeństwa przyjemne, ku rozkoszy „składających jajeczka” i na życie wieczne. Stąd starożytne obyczaje: Fenicjanki wychodziły na brzeg morza i oddawały się przybyłym cudzoziemcom, to znaczy – „jak ciało gąsienicy”, ale z rozkoszą, „przyjmując jajeczko najeźdźcy”, aby zanieść je do swego domu, urodzić i wychować. Stąd prawie wszędzie w Starożytności istniejąca „prostytucja rodzinna”, która wcale nie była wstrętną formą zarabiania pieniędzy, ale „przyjęciem w siebie jajeczka” jako pewnej absolutnej wartości światowej, co jest zresztą prawdą. Dlatego ta „prostytucja” nikogo nie znieważała, przeciwnie – znieważała rezygnacja cudzoziemca, wędrowcy lub gościa, który nie chciał dać swojego „jajeczka”. „Jak kura – była przez dobę w domu, ale nic nie zostawiła”. Właśnie to znieważało, zniechęcało, dzieliło, sprawiało smutek i wywoływało łzy. Przeciwnie, po „przyjęciu jajeczka” cieszono się i krzyczano, jak kura po zniesieniu jaja. Dlaczego kura krzyczy? Gdyż „przyniosła pożytek światu”, nie jest już „obca światu”, więc krzyczy: „Świat jest – mój”, a „Ja jestem – świata”, to znaczy należę do świata, jestem teraz „istotą światową”, w „centrum świata”, a nie gdzieś na jego „pobrzeżach” (na końcu świata).

Jeśli odczuwa to kura, to ileż wyraziściej i silniej odczuwa człowiek!

Dzieci – nie wierzcie rodzicom, oni coś ukrywają.

Przeklęte zmęczenie skłoniło ich czoła ku ziemi. Ale to jest – tęsknota czasowa i ona przeminie.

Podnieście oczy: wschodzi słońce.

Słońce życia…

Słońce uśmiechów…

(odkrycie Rozanowa)

 

* * *

 

799. Związek płciowy – każdy jeden i małżeństwo jako nić i łańcuch tychże związków – ma określony wiek. Rok, miesiąc i dzień. Ten wiek równa się połowie sumy lat życia obu małżonków. Jeśli on ma 24 lata, a ona 16 lat, to związek jest dwudziestoletni: (24+16):2 = 40:2 = 20.

A tym samym, związek ma lat 25 – jeśli on ma 34 lata, a ona 16 lat.

I dalej: związki mają po 25 lat, jeśli:

on ma 32 lata, a ona 18 lat

on ma 30 lata, a ona 20 lat

on ma 28 lata, a ona 22 lat

on ma 26 lata, a ona 24 lat

on ma 24 lata, a ona 26 lat

on ma 22 lata, a ona 28 lat

on ma 20 lata, a ona 30 lat

on ma 18 lata, a ona 32 lat

on ma 16 lata, a ona 34 lat

on ma 14 lata, a ona 36 lat.

Lub:

30, jeśli małżonkowie mają 16 i 44 lat

35, jeśli małżonkowie mają 16 i 54 lat

40, jeśli małżonkowie mają 16 i 64 lat,

i tak dalej…

Wyjaśnia to dziwne małżeństwa, nawet zdumiewające miłości, jak i gwałtowne związki, na przykład:

45 i 16 daje wiek małżeństwa – 30 lat, ale:

45 i 14 daje wiek małżeństwa – 29 lat,

45 i 12 daje wiek małżeństwa – 28 lat,

i tak dalej…

Wyjaśnia to, na przykład, fakt o pobitym (zdaje się przez Tagijewa) inżynierze. Czytałem wtedy: starzec Tagijew miał syna, który ożenił się z jakąś dziewczyną. Nagle młodsza siostra mówi do swojej zamężnej siostry:

– Wiesz, Zelmo – wkrótce zostanę twoją matką.

Ta zdziwiła się i nie uwierzyła, ale szybko wyjaśniło się, że jest to prawda. Okazało się, że starzec Tagijew (Tatar-milioner w Baku – ropa naftowa) oświadczył się i ożenił z młodszą siostrą żony swego syna. To znaczy, jakby pojął za żonę wnuczkę. Był surowym i kochającym mężem. Nie da się zaprzeczyć, że ona go kochała, zgodnie z instynktem podrostków: „Jak najszybciej być – dorosłą”, „Jak najszybciej – wyrosnąć”. Zdarzyło mi się obserwować (w Niemczech) kochającą się parę, w której ona miała 24 lata (wysoka, piękna i zdrowa), a on miał nie mniej, niż 66 lat (tym samym związek miał 45 lat). Ona powiedziała w towarzystwie, że razem z mężem zimą jeżdżą na łyżwach przy księżycu, ciągle jest przy mężu i nie szuka innego towarzystwa. Po roku urodziło się im dziecko.

(w klinice Heleny Pawłownej)

 

* * *

 

800. …już sam dotyk sprawia przyjemność, a nawet myśl o dotyku. Dotykanie kogokolwiek, myśl o dotykaniu kogokolwiek. Jak więc można uniknąć „grzechu”?

Człowiek jest otoczony dotykiem, jak morzem.

Dlaczego to ma być „grzech”? Jakie są na to dowody? Gdzie?

Z powodu braku dowodów morze jest jeszcze bardziej mętne, a człowiek jeszcze bardziej zagrożony.

Nie mówiąc o mężczyźnie, któremu w tajemnicy „wszystko wolno”, ale jak przekonać dziewczynę, że jej „nie wolno” i ona nie może mieć dzieci „nie doczekawszy się” męża? A ona „czeka na niego” do 25, do 30, do 37 lat, a w końcu jak długo jeszcze „ma czekać” – do ustania miesiączki, kiedy urodzenie dziecka nie jest już możliwe???

Do jakiego wieku należy czekać – to powinno być określone w prawie państwowym i w prawie kanonicznym. Przecież jest zupełnie jasne, że kobieta przed ustaniem miesiączki powinna „wypełnić prawo ziemi” (Księga Rodzaju, zdaje się, 17 rozdział – słowa wypowiedziane przez samotne, z powodu zniszczenia miasta, córki Lota, niemające ani narzeczonych, ani też nadziei na pojawienie się narzeczonych.

Nie należy drażnić psa na łańcuchu. Pies może zerwać się z łańcucha. Może człowieka przewrócić do rynsztoka, a dodatkowo pogryźć stróża.

(w klinice Heleny Pawłownej)

 

* * *

 

801. Bez wiary w siebie nie można być silnym. Ale wiara w siebie rozwija w człowieku nieskromność.

Zlikwidowanie tej sprzeczności jest jednym z najtrudniejszych zadań życia i osoby.

 

* * *

 

802. Polne i leśne części człowieka nigdy nie zanikną i raczej nie jest wskazane, żeby całkowicie zaniknęły.

Wszyscy byliby w smokingach, jak Skałkowski – Nie! Nie!

(zakładając płaszcz w klinice)

 

* * *

 

803. Zbyt mało słońca – oto wyjaśnienie całej historii Rosji.

I długie noce. Oto wyjaśnienie rosyjskiej psychologii (literatura).

 

*

*

*

 

My nie stworzymy cywilizacji. Ale za to stworzymy zarząd więzień – całe ministerstwo.

(paląc papierosa po wyjściu z kliniki)

 

* * *

 

804. Socjaldemokrata ma tylko jedną troskę: kto wziąłby go na utrzymanie. Stara dama, bardzo popularny pisarz, mający „potrzebę popierania młodzieży”, śpiewak – każdy jest dobry.

Nie wiem, jakie zagrożenie dla rządu stanowią ci panowie.

(paląc papierosa po wyjściu z kliniki)

 

* * *

 

805. Serce i ideał mam monogamiczne, ale ciekawość i wyobraźnię mam poligamiczną.

Stąd bolesne rozdarcie mojej osobowości i biografii.

Byłem i szamocący się i niezachwiany.

(jadąc do kliniki)

 

* * *

 

806. Kobieta – to istota spódniczkowa.

Dodaje się do tego: „I – piekielna”.

– Nie! Kobieta jest istotą niebiańską.

(jadąc do kliniki)

 

* * *

 

807. Cultus phalii jest niezrozumiały i niemożliwy poza pokrewieństwem, w pokrewieństwie natomiast jest zrozumiały i nieunikniony jako centrum tego pokrewieństwa, jego źródło i pobudziciel, jego tajemna poezja i, w końcu, religia.

„Cultus phalli” został nakazany przez kogoś bardzo starego, „starodawnego”. Młodemu człowiekowi nie może on nawet przyjść do głowy, w młodym człowieku może on wywołać jedynie „śmiech lub zabawną reakcję”.

Ten kult jest śmieszny dla braci i synów, ale nie jest śmieszny – dla rodziców. Jest śmieszny dla córek i dla sióstr – ale nie jest śmieszny „dla świekra i świekrowej, dla teścia i teściowej” Jest w pełni zrozumiały dla każdego dziadka i babci. Ten, „kto pierwszy dał ten kult” (ludzkości) – na pewno miał „rozwiane na wietrze siwe włosy”, był okiem (widzenie, widzenie wszystkiego).

 

* * *

 

808. Kto zapładnia dziewczynę, ten czyni to, co należy czynić.

(kanon Rozanowa, 28 listopada)

 

* * *

 

809. Ostatni moment – wzburzenie duszy, wzburzenie żywiołu.

Przecież powiedziano, że on jest „w burzy”.

 

* * *

 

810. Małżeństwo jest jak zamek i klucz – jeśli coś nie pasuje, można wyrzucić. „Nie da się otworzyć”, „Nie da się zamknąć”, „Nie da się chronić majątku”. Jedynie wyrzucić ( rozwiązanie małżeństwa, rozwód).

Ale Rosjanie strasznie lubią chronić swoje majątki przy pomocy zamków, do których nie pasuje „klucz”. „Złodziej nie domyśli się i nie tknie”. I są szczęśliwi.

(listopad) (w klinice Heleny Pawłownej)

 

* * *

 

811. Uczenie się – to subtelna muzyka i nauczanie – to subtelna muzyka.

Nie na każdym instrumencie da się je zagrać.

Mamy jedynie schematy szkół. Ciągłe ich mnożenie według szablonów. Jedynie w rzadkich wypadkach coś się zmienia. Daje się „oświecić” 2-3 na 500 uczniów, a „oświeca” chyba tylko jeden na 15 nauczycieli.

Pozostałość – szablonowe przygotowywanie szablonowych inteligentów, a to jest raczej minus dla oświaty, niż plus.

(w klinice Heleny Pawłownej)

 

* * *

 

812. Tak, jest Pisariew i „Sowriemiennik”, jest też Nat-Pinkerton. Tak samo prosto, płasko, ta sama „nowa cywilizacja” i zastosowanie „ostatnich osiągnięć nauki”. Wszystko – odważnie i śmiało. Nie można zrozumieć, dlaczego Czukowski zaczął się dziwić.

(klinika Heleny Pawłownej. Rok temu Czukowski

miał wykład „Dlaczego wszyscy zachwycają się

Nat-Pinkertonem”?)

 

* * *

 

813. I niechaj wśród zieleni młodej

Nad grobem moim igra życie,

I obojętnej blask przyrody

Pięknością wieczną lśni w rozkwicie.

 

Ktoś usłyszał ten wiersz i zapłakał.

Pisariew wstał:

– NIE RO-ZU-MIEM.

Nieopisany zachwyt ogarnął społeczeństwo. A Profesorowie, studentki – wszyscy zagwizdali, zaśmiali się i powiedzieli:

– GŁU-PIO.

 

*

 

Jak można obronić „Poetę i czerń”? Pisariew ciągle bronił chłopów przed Puszkinem, podczas gdy Puszkin nigdy nie rozumiał chłopów. „Czerń” chodzi w lakierowanych butach i ciągle wygłasza oświecające lekcje.

„Czerń” – to Grzegorz Pietrow, B. i Akademia Nauk z jej honorowym członkiem Anatolem Fiodorowiczem.

(w klinice Heleny Pawłownej)

 

* * *

 

814. Czy to prawda, że wszyscy, którzy chodzą po ulicach, też umrą?

Co za okropność.

(przechodząc przez plac przed cyrkiem, w lęku)

 

* * *

 

815. Ona ulitowała się nade mną, jak nad sierotą.

I ja ulitowałem się nad nią, jak nad sierotą (ówczesna historia). Obydwoje byliśmy zgaszeni, poniżeni.

Oto cała nasza miłość.

 

*

 

Kościół powiedział: „Nie”. A ja mu pokazałem figę z makiem.

Oto cała moja literatura.

(siedząc przy łóżku mamy w klinice Heleny Pawłownej)

 

* * *

 

816. Rzadko, rzadko pojawia się myśl, że mocą swojej psychologii przezwyciężę literaturę. To znaczy, że „potem” wszyscy będą psychologami – jak ja i „nasi” (Rcy, Fl., Szperk i jeszcze kilku, niewielu).

Co to byłoby za szczęście! Przeminęliby ci „bałwani”. Przecież istota nie w tym, że są „lewicowi”, a w tym, że są bałwanami.

 

* * *

 

817. Poza bandycką (obecnie) nie ma żadnej prasy. Nie wiem, co robić z tą „6-tą władzą” (Napoleon).

 

* * *

 

818. Główne hasło prasy: przeklinaj, nienawidź i kłam.

(wspominam artykuły po † Suworina)

 

* * *

 

819. Dostojewski, który ocierał się o rewolucjonistów (Pietraszewski) – miał odwagę powiedzieć o nich: „Łajdacy”. „Rosyjska rewolucja została dokonana przez łajdaków” (Nieczajew, „Biesy”).

Przy tym zdaniu należy postawić wielkie

SIC.

 

* * *

 

820. Człowiek ma tylko jeden godny siebie pomnik – mogiła i drewniany krzyż.

Złoty pomnik można postawić tylko nad psem.

 

* * *

 

821. Gwiazdko zamglona, gwiazdko blada,

Ciągle płoniesz przede mną jedna.

Ty jesteś chora, ty drżysz,

Niedługo znikniesz zupełnie…

(w klinice Heleny Pawłownej, palarnia)

 

* * *

 

822. Żeby duszę przeniknął Chrystus, musi teraz przezwyciężyć nie jakieś tam doświadczenie „rybaków” i wrażenia morza z jego ani „tak”, ani „nie” w stosunku do Chrystusa, a należy przeniknąć całą bryłę wrażeń „współczesnego człowieka”, cały ten brud i dobro, przezwyciężyć gimnazjum, przezwyciężyć uniwersytet, przezwyciężyć służbę państwu, odpowiedzialność wobec władz, jakieś tańce, jakieś flirciki, znajomych, przyjaciół, książki, Büchnera, Lermontowa…, i – powrócić do prostoty rybaków, w celu zdobycia chleba. Czy to jest możliwe? Jak „umorusanego człowieka” przemienić w „zjawisko naturalne”? Chrystus miał do czynienia ze „zjawiskami naturalnymi”, a chrześcijanin (Kościół) ma do czynienia ze zjawiskami brudnymi, ze zjawiskami połamanymi, ze zjawiskami skażonymi – ma do czynienia z owocami rozkładu, zwichnięcia, oszpecenia. Oto, dlaczego Kościół (między innymi) tak mało ma sukcesów, a Chrystus miał ich tak dużo.

Chrześcijaninowi jest znacznie trudniej, niż Chrystusowi. Kościołowi jest obecnie trudniej, niż Apostołom.

(w klinice Heleny Pawłownej) (30 listopada 1912 r.)

 

* * *

 

823. Stare, sympatyczne babcie – chrońcie prawdę ruską. Chrońcie, nie ma komu jej chronić.

 

* * *

 

824. Robaki pogryzły wszystko – i marmur, kiedyś biały, teraz jest żółty, jak kość wyjęta z grobu. Wszędzie ciernie, śmiecie i plewy.

– Cóż to? Czy to jest Partenon?

…nie, to jest Kościół.

…to nasz stary, zapijający się duchowny. I ołowiana taca z kopiejkami…

 

*

*

*

 

…zwiększyć opłaty – potworność, nie odnowić – wszystko się rozsypie… nienawidzę, kocham…

…ciągle mam nadzieję…

…wszystko jest beznadziejne…

 

*

*

 

…ale tutaj, przyjaciele, tylko tutaj żyje nieśmiertelność duszy.

(jadąc nocą dorożką do redakcji)

 

* * *

 

825. Kościół jest duszą społeczeństwa i narodu.

Czy można podnieść rękę na duszę? Choćby nawet ta dusza miała wady?

 

*

 

Wierni, idąc spać, powinni odmawiać modlitwę: „Boże, nie zabieraj nam świętego Kościoła. Zachowaj go w prawdzie i nieskalaności jako swoją Oblubienicę”.

To wszystko. Nie należy Kościołowi mówić grubiaństwa, lamentów i cynizmu.

(listopad)

 

* * *

 

826. Co znaczyłby Chrystus bez

MIŁOSIERDZIA?

Nic.

Czy w Kościele jest miłosierdzie?

O, gdyby było!

(nocą w redakcji) (oderwałem się od „wstępniaka”)

 

Pociechy! Pociechy! Pociechy!

– Gdzie jest Pocieszyciel?

(nocą w redakcji)

 

* * *

 

827. „Umarł! On umarł”! – wyje człowiek-zwierzę.

Kościół podszedł i cicho powiedział:

– Nie, on zasnął w Panu.

I pogłaskał ręką twarz zwierza, i zwierz stał się człowiekiem.

 

*

 

Cała ludzkość odstąpiła od Kościoła.

I określiła Kościół strasznymi nazwami.

I przeklęła Kościół.

W nocy do zamkniętej cerkwi podszedł staruszek i zastukał kosturem w drzwi. Drzwi otworzyły się. Ten „staruszek w cerkwi” jest jaśniejącym Kościołem, Kościołem w pełni.

A cała „ludzkość” to – nicość.

(po powrocie do domu, w łóżku)

 

* * *

 

828. Ona zawsze wzruszała się wzruszeniem innego i zawsze miała trudności, kiedy ktoś miał trudności.

(o mamie – w teatrze,

kiedy ona leży w klinice)

 

* * *

 

829. Zhańbione, drapieżne, z ogolonymi plecami, na które przez pomyłkę można usiąść zamiast na kanapie…

(11 godzina; mama na pewno już śpi

w klinice Heleny Pawłownej, a ja w teatrze)

 

* * *

 

830. Proszę sobie wyobrazić, że „Główny zarząd przygotowania prochu dla armii” wszędzie, gdzie tylko by spotkał, likwidowałby: 1) siarkę, „bo ona nieładnie pachnie”, 2) węgiel, „bo jest czarny” i 3) saletrę, „bo ona nie ma żadnego znaczenia”. Tak właśnie postępuje Kościół, „matka małżeństwa”, lub duchowieństwo: 1) nienawidząc aktu płciowego dlatego, że „nie wygląda on tak, jak powinien wyglądać”, 2) miłości – gdyż jest „ona różana” i 3) strojów świata, gdyż one „są marnością”.

Małżeństwo powinno być nakazem, bez miłości, nawet bezpłodnym, ale za to bardzo dochodowym.

(w teatrze, z dziećmi) (na plakacie)

 

* * *

 

831. „Kochajcie waszych wrogów. Błogosławcie tym, którzy was przeklinają”…

– Nie mogę. Boli mnie ropień podokostny szczęki.

(w holu teatru, wychodząc)

 

* * *

 

832. – „Ty teraz nie doświadczasz już szczęścia. Dlatego wspominasz przeszłość”.

(mama, po przeczytaniu w „Śmiertelnym”

fragment o Iwanie Pawłowiczu

i „całej sprawie” w Jelcu)

 

* * *

 

833. Mama to – geniusz moralny, oto istota wszystkiego.

Z tego powodu tak się do niej przywiązałem, tak bardzo jestem od niej uzależniony.

(po jej rozmowie z lekarzami,

po której szybsze bicie serca, roztargnienie

i całkowity upadek sił)

 

– Ty im wszystko opowiedziałaś, jak mnie? – zapytałem, porażony jasnością i dokładnością.

– Tak.

„Doktor (profesor) wstał, z radością poklepał po plecach i powiedział:

– Patrzcie, ona żyje, a nie opowiada. Każde słowo zabiera jej siły.

Właśnie na podstawie tego objawu Sirotinin pięć lat temu określił chorobę:

– Zmęczenie serca.

To określenie mnie poraziło. Nigdy nie słyszałem. I nawet nie zakładałem, że istnieją takie choroby.

Serce jest „zmęczone” dlatego, że 19 lat na moich oczach, a w istocie od 14-go roku życia (jej pierwsza miłość), ona już „wkładała całe serce” (w ludzi, w swoje czyny, w swoje stosunki z ludźmi).

 

* * *

 

834. Dopijam 1-1 ½ szklanki kawy. Odrzucam gazetę i energicznie mówię:

– Do cerkwi!

– Do cerkwi, Wasylu Wasiljewiczu, jesteśmy spóźnieni. Dwunasta godzina. – (Domna Wasiljewna). – „Dwunasta godzina!!! Wszystko jedno – cerkiew Aleksandra Świrskiego pod bokiem”. Wchodzę do cerkwi. Śpiewają Wyznanie Wiary.

Nie słucham. „Oj, ta bizantyjska teologia”. I nagle słuch zostaje porażony:

„Oczekuję wskrzeszenia umarłych”… Podszedłem do skrzynki ze świecami:

– Proszę dwie świeczki „za wieczny odpoczynek”. I jedną – dla ikony święta (imieniny).

(4 grudnia 1912 r.)

 

* * *

 

835. Nigdy nie widziałem tej staruszki. Napisała do mnie list 4 grudnia, w dniu wielkiej męczennicy Barbary:

 

…”W tym drogim dla pana dniu pragnę pozdrowić wszystkich i życzyć wszystkiego najlepszego pańskiej drogiej Solenizantce-„Przyjacielowi” i całej pańskiej rodzinie.

Wcale nie chcę niepokoić pana korespondencją, ale nie mogę nie powiedzieć, jaką radość sprawiły mi „Kiriejewscy” i maleńka notatka o Villarim! On en mangerait avec délice! Co za miód! Bądźcie zdrowi, wszystkiego najlepszego, z szacunkiem S. Szcz.

 

P. S. Moja córka miesiąc temu była w Kijowie i podała w pańskiej intencji prosforę w monasterze św. Michała!”

 

W monasterze św. Michała spoczywają relikwie wielkiej męczennicy Barbary: gdzie i ja się modliłem, gorąco się modliłem, a tam też modliła się – Aleksandra Adrianowna Rudniewa, 49 lat temu.

Dla takich staruszek, jak S. Szcz., piszę moją „literaturę”. Młodzi czytelnicy w ogóle nie są mi potrzebni. Sam jestem stary (57 lat) i chcę być ze starymi.

 

* * *

 

836. Średni wiek człowieka, od 30 (nawet od 24) lat do 45 lat, nazywam fizycznym.

Tu wszystko jest zrozumiałe, racjonalne. Idzie praca. Idzie służba. „Dzień po dniu”, „nie ma się co oglądać”.

Mechanika. W której nie wspomina się i nie przeczuwa.

Nigdy nie interesował mnie ten wiek i nie lubiłem ludzi w tym wieku.

Za to szaleńczo kochałem staruszków i dzieci.

Ich wiek jest – metafizyczny. Pełen zainteresowania i znaczenia. Tu wyczuwa się „Hades” i „Niebo”. Wyczuwa się „mojry”.

(6 grudnia 1912 r.)

 

* * *

 

837. Sztunda – to marzenie, żeby „przemieniwszy się w Niemca” stać się jeśli nie „świętą” – to marzenie zarzucono – to przynajmniej dobrze wymytą Rusią, bez wszy, bez oszustw oraz bez przekleństw w domu i na ulicy.

– Zabierajcie stąd ikony!

– Dajcie miotłę!

Ruś z „miotłą” i „bez ikon” – to właśnie jest sztunda.

Jest to zjawisko ogromne, nieuchwytne i powszechne.

 

* * *

 

838. Sztunda – to nie tylko zjawisko protestancko-kościelne. Sztunda – wszystko to, co robił Piotr Wielki, co zamierzał, co widział w snach. Sztunda – to Winawer i Miljukow, to Struwe i jego „Oswobożdienije”. Gdyby Piotr Wielki wiedział wtedy, że jest sztunda i jest możliwa, znał ją, to by zawołał: „Tak! Tak! To jest to! Ja nie potrafiłem tego nazwać! Róbcie to i tak wierzcie, to najważniejsze!!”

To – wyczyszczone do „blasku złota” stare klamki w klinice Heleny Pawłownej przed obchodem profesora Jawejna, „oświatowe i kulturalne wysiłki” gimnazjum Stojuninej, cały Tołstoj z jego „czytajcie wszyscy Ewangelię, czytajcie ciągle” i pędzący przez Syberię kurierzy, informujący o dniu przybycia i wygłoszenia wykładu przez ex-kapłana Pietrowa. To wszystko są – drogowskazy.

(na kopercie zaproszenia na wystawę)

 

* * *

 

839. Tak, istnieje cynizm polityczny. Dlatego, że polityka jest cynizmem. A jeśli jeszcze dodać do tego tragizm – zbyt wiele honoru.

(7 grudnia) (jadąc dorożką do kliniki) (o sobie)

 

Ja nie myślę o królestwach. Dlaczego, że dusza moja jest ważniejsza od królestw.

Ona jest wieczna i Boża. A królestwa „tak sobie”.

(Królestwa to – bazar).

(jadąc do kliniki)

 

* * *

 

840. Przez 1 900 lat po Chrystusie spośród głosicieli Jego słowa (kapłanów) na dziesięciu jest jeden porządny, a na stu – jeden bardzo porządny. A jednak w ciągu tych 1 900 lat trafiali się ludzie zdumiewający. Natomiast w ciągu 50 lat po śmierci Hercena, który był próżny, ambitny i ogólnie człowiek z wadami, nie ma ani jednej takiej (jak Hercen) postaci, to znaczy dość niedoskonałej.

Jest to bowiem – Rewolucja, a nie – Kościół.

Jakże można nie powiedzieć, że Kościół jest bardziej stabilny, a tym samym wewnętrznie wartościowszym od Rewolucji? Że z dwóch wrogów stojących naprzeciw siebie – Kościoła i Rewolucji – Kościół jest idealniejszy i bardziej wzniosły.

Co będzie z Hercenem po 1 900 lat? – Z Wolterem i Rousseau, ojcami Rewolucji? Taki okres czasu – tysiąc dziewięćset lat – przerazi najbardziej płomiennego ich zwolennika, który zawoła:

– Co wyście sobie wymyślili za okres czasu?!! Za 1 900 lat, być może, nie będzie już Francji, Europa przemieni się w to, czym stała się „Atlantyda”, a zresztą nie da się nic zgadnąć na tak długi okres czasu… „Wszystko się zmieni” – sama nazwa „rewolucja” stanie się śmieszna, ledwo przypominana, przypominana sobie tak samo, jak „żegluga Priama do Lacjum od królowej Dydony (załóżmy).

Tymczasem kapłan podnosząc Ewangelię nad ludem, gorliwie wygłasza modlitwy, z poczuciem niezwykłego realizmu, jako coś „ciągle żywego”. A diakon donośnym głosem woła: „Bądźmy uważni!” Diakon mówi z taką mocą, że drżą szyby w oknach: jak Wolter – w Ferney, ale nie jak Wolter w 1840 r., kiedy już go jadły myszy. Nasuwa się więc myśl o całej Rewolucji, „o nich wszystkich”, że są pokarmem dla myszy.

Na 300 lat starczy im pary, porywu i sensu, ale nie na dłużej.

 

*

 

Dlaczego diakon tak donośnie woła, a Wolter tak zgasł?

Już za życia Woltera, w jego żywych ustach, słowo nie było szczególnie cenne. Proszę powiedzieć od razu, bez zastanawiania się, co Wolter powiedział człowiekowi wartościowego, na całe życie i całą historię? Nic nie przychodzi do głowy. A Chrystus: „Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości”. Nie po prostu „oni dobrze czynią”, lub „należy kochać sprawiedliwość”, albo „trzeba cierpieć dla sprawiedliwości”, – a inaczej:

„BŁOGOSŁAWIENI, KTÓRZY CIERPIĄ PRZEŚLADOWANIE

DLA SPRAWIEDLIWOŚCI,

ALBOWIEM DO NICH NALEŻY KRÓLESTWO NIEBIESKIE”.

Jak wyrzeźbione. I trwa 1 900 lat. I będzie trwało jeszcze 1 900 lat, a co może powiedzieć ten sam zwolennik Woltera, który powiedział:

– Co wyście sobie wymyślili za okres czasu?!…

 

*

 

Ewangelia jest wieczna. A wszystko inne czasowe – oto, w czym rzecz.

 

*

 

A diakon woła. I ja, zakurzony pisarz, z kurzem i błahostkami w duszy i na duszy, stojąc w kącie cerkwi, uśmiechając się i ocierając łzy, powiem wesoło i smutno:

– Wołaj, ojczulku, ile sił w płucach. I „bez wahania” po przyjściu do domu, zmęczony, zjedz kaszę gryczaną i kapustę, i wszystko, co należy, jedz razem ze swoją matuszką-diakonową, z dziećmi i z wnukami. Stoicie na trwałym miejscu i budujecie w życiu wieczną prawdę.

(17 grudnia 1912 r.)

 

* * *

 

841. Autonomia uniwersytetów, o której kiedyś byłem tak przekonany, teraz wydaje mi się zupełnie niemożliwa i niepotrzebna, haniebna dla państwa rosyjskiego (które, jak sobie chcecie, panowie, ale istnieje, przyznajmy się do tego, choćby i „ze wstydem za Rosję”). Autonomia wcale nie oznacza wolności nauczania, niezależności korporacji profesorskiej i likwidacji „cenzury nad nauką”. Wcale nie. O takiej naiwności można było myśleć, a nawet byłoby to prawdą, gdyby profesorowie in corpore (poza niezwykle rzadkimi wyjątkami, w rodzaju czarnych łabędzi) nie pokazali haniebnej nicości moralnej, całkowitego tchórzostwa wobec studentów i pełnej od nich zależności.

Ani swojego „credo”, ani swojego „amo”.

W takiej sytuacji „autonomia uniwersytetów” byłaby autonomią studentów.

Wołodzia („wędrujący” socjaldemokrata) mówi” „Oczywiście, uniwersytet należy do studentów, gdyż stanowią oni większość, jest ich więcej, niż profesorów, a poza tym uniwersytet istnieje dla studentów”

Rzeczywiście: causa materialis i causa finalis (cel i materia instytucji). Jest to dla Rosjan taki sam aksjomat, jak – „ziemia Boża”. „Uniwersytet to – własność studentów, jest w ich władzy”, jak ziemia jest – Boża, co znaczy – niczyja. Aksjomat i piosenka są nie do przezwyciężenia. W takim wypadku na próżno coś się rozważa.

„Autonomia uniwersytetów” znaczyłaby więc „autonomia studentów” i ustanie wszelkich działań państwowych i praw w odniesieniu do uniwersytetów. „Dlatego, że tam nauka”. Przy tym chodzi o „naukę” lub „ja – to nauka”, a o tym nie może decydować ktoś inny, poza właścicielem, to znaczy studentami. „Nie wtykaj tu swego nosa” – w tym istota zaproponowanej autonomii.

„Jesteśmy eksterytorialni”, jak papież w Watykanie.

Dla celów nauki i wolności nauczania można byłoby to dopuścić na podstawie absolutnej, można tak powiedzieć, nieszkodliwości i bezinteresowności nauki. Jeśli jednak „nauka” jest spokojna, to uczący się nie muszą być spokojni. Jak kiedy. Gdyby jednak nasi profesorowie byli z „amo” i „credo”, to nawet wśród „niespokojnych” studentów można by dopuścić autonomię: doszłoby wtedy do walki między profesurą i nauką oraz studentami i polityką. Żądza tej walki jest nieskończona. Od niej w znacznym stopniu zależy szczęście Rosji, możliwy jej „sens”.

Ale profesorowie nagle uciekli, zdaje się, że jeszcze przed możliwością ich pobicia. Uciekli, gdy tylko rozległo się „trzaskanie drzwiami”. Zresztą profesorowie wszystko i wszystkich sprzedali, sprzedali i uciekli, a raczej zgodnie z faktami – wymknęli się. „Oto Iwan Iwanowicz” i pracownica prosektorium „Katarzyna Siemionowna”. Właśnie w tym momencie, kiedy oni „wymknęli się” – na „autonomię uniwersytetów” na wieki spadła kurtyna.

Jej jedyny motyw – wychowanie nieuczących się i niewychowanych, po prostu niedojrzałych ludzi, przez wywieranie wpływu i walkę (odwieczną) dojrzałych, wychowanych i uczonych ludzi – ten motyw przepadł.

Ale i studenci, ze swej strony, nie są samodzielni: są poruszani nitkami Żydów i zagranicznych emigrantów. Nitkami „mojego Wołodzi”, którego też „pociągają”. Obecnie w całej Rosji „autonomia uniwersytetów” przemieniłaby się w „rosyjskie wydarzenia” – które wybuchłyby w każdym mieście, w którym jest wyższa szkoła, „niedostępna cytadela” do walki z „nieznośnym starym porządkiem”, który to porządek nie ma żadnego odniesienia do uniwersytetu. „Niedostępna twierdza”, jak Watykan, rzeczywiście jest niezwyciężona, gdyż Watykanu nie mogą zdobyć całe Włochy. W Rosji byłoby (wszystkie szkoły wyższe) około czterdziestu „Watykanów”, z prawem robienia wypadów i wypowiadania wojny.

Bowiem „ściany” uniwersytetu są niedostępne, ale studenci wcale nie żyją w ścianach uniwersytetu, uniwersytet wcale nie jest pensjonatem, jak Watykan dla papieża, uniwersytet wędruje. Wędruje po całej Moskwie, po całym Petersburgu, jeździ „z lekcjami” po całej Rosji. Ich „młodsi” koledzy to gimnazjaliści, a „starsi” – społeczeństwo. Jednym słowem, uniwersytet jest jak kłębek, a jego nici są rozciągnięte po całej Rosji.

„Autonomia uniwersytetów” wcale nie oznaczałaby „wolności nauczania”, ale coś zupełnie nowego i zdumiewającego: wydzielenie czterdziestu niedostępnych dla nikogo miejsc, „nie do zdobycia” (i co – najważniejsze) i oddanie ich ludziom, którzy wypowiedzieli „wojnę współczesnemu społeczeństwu i współczesnemu ustrojowi”.

Właśnie oto toczy się wojna. Wszystko pozostałe – to sos. „Oddaj nam twierdzę, wrogu!” Po pierwsze, dziwne jest prosić o coś „wroga” – powołując się na „oświatę” i „przyjaźń”, ogólnie na „sympatyczną młodzież”. Była to więc nie tylko sprawa „wojenna”, ale w najwyższym stopniu wiarołomna. Państwowość rosyjską atakowali Batu-Chan, kapral i Talleyrand.

Kapral – żołnierz, „bezlitosny wróg”.

Butu-Chan – nasza pierwotna dzikość.

Talleyrand – to obłuda wszelkich Burcewów i Bakajów.

Kapral nie jest straszny dla Rosji, ale mogli jej w najwyższym stopniu zaszkodzić Batu-Chan i Talleyrand. Poza tym niektórych „nie można wyciągać” z samego „serca Rosji”, gdyż chronią ich „święte ściany instytucji naukowej”.

…jak jakieś świątynie-obserwatoria Babilonu lub Teb – z Timiriazewem i Miljukowem, jeden w smokingu i drugi w surducie, ale w perukach siwowłosych „najwyższych kapłanów” i z „pastorałami”.

 

Cień Hercena mnie usynowił

I w rewolucję tryumfalnie wprowadził.

Wokół mnie robotników zbuntował

I wszystkie trony skazał na śmierć.

 

Blef, opera i oszustwo. „Fałszywa tragedia klasyczna Kniaźnina” nie udała się. Zapachniało wódeczką i dziewczynkami, przyszedł policjant i wszystkich spałował. „Tak kończą się rosyjskie historie”.

 

* * *

 

842. Dajesz pieniądze i prosisz, a mimo to rosyjska świnia zrobi tobie świństwo.

(jakaś „Katiusza” lub „Mariusza” zerwała z wezgłowia

mamy łóżka cudowny obrazek, „zmieniając pościel”.

Obrazek rozbił się)

 

O czym ona myślała? O kochanku, czy o zjedzonym ciastku?

„Niech pani wybaczy. Co za nieszczęście! Zupełnie nie zauważyłam”.

Podczas gdy On patrzy nawet na wchodzącego do pokoju.

(8 grudnia 1912 r.)

 

* * *

 

843. Najwięcej myśli przychodzi do głowy w konnym tramwaju. Konny tramwaj trzęsie, sam się trzęsę, mózg się trzęsie, z mózgu wytrząsają się myśli.

 

* * *

 

844. Rewolucjoniści zdobywają ludzi tym, że są otwarci. „Chcę strzelać w brzuch” – i strzela.

Nikt inny nie ma takiej odwagi. Dlatego rewolucjoniści zwyciężają.

Gdyby jednak przedstawiciel „czarnej sotni” (załóżmy, że generał M., będący na procesie Gerszuni) strzelił w sądzie w głowę Gerszuni nie czekając na „wydanie wyroku” – gdyby publiczność na procesie uczestników 1 marca przeskoczyła przez barierki i powystrzelała bandytów od Żelabowa do Kibalczyna („taki uczony”), to rewolucjoniści, oczywiście, wszyscy co jednego dawno już byliby zlikwidowani.

Karpowicz strzelił Bogolepowowi w gardło – „nie wahając się”, nie pytając, czy ma on dzieci, żonę. „W Szlisselburgu zjawił się taki radosny i wszystkich nas ożywił” – pisze we wspomnieniach Figner. Gdyby jednak owej Figner straż więzienna „otwarcie i z fizjologiczną radością” powiedziała, że pani jako człowiek jest już skończona, ale ciągle jest pani kobietą, a nasi żołnierze mają pewne potrzeby, ze wszystkimi skutkami – to, po pierwsze, co powiedziałaby o tym cała prasa, ciesząca się ze strzału Karpowicza? A po drugie, jakby poczuła się w roli rewolucjonistki Figner i czy rewolucjoniści byliby tak odważni jak teraz, spotykając taką „otwartość” na swoją „otwartość”.

Raczej nie.

I zwycięstwo rewolucjonistów, lub ich 50 letnie powodzenie, bazują na tym, że są oni nieludzcy, a „stary reżym”, który oni chcą zniszczyć, pamięta o krzyżu i nie chce pozbawiać się człowieczeństwa.

Rewolucjoniści są – goli. Stary reżym – w ubraniu. Rewolucjoniści mogą „oddychać spokojnie” dopóty, dopóki stary reżym nie pozwoli sobie na „rozebranie się”, czyli odrzucenie człowieczeństwa.

(9 grudnia, dzień)

 

* * *

 

845. Fonwizin próbował być okcydentalistą w „Niedorostku” i słowianofilem w „Brygadierze”. Nie udało się ani jedno, ani drugie. On bywał w Paryżu „jako rosyjski szlachcic” – ale nie był bardzo wykształcony. Dziecię czasów Katarzyny, jeszcze bardzo grubiańskich. Bez subtelności.

Jego komedie są, oczywiście, błyskotliwe i dla swoich czasów genialne. Pogodin słusznie powiedział, że „Niedorostek” należy w całości przedrukowywać w podręcznikach historii Rosji XVIII w. Bez „Niedorostka” historia ta jest niezrozumiała. Bezimienna. Jednak w głębi rzeczy Fonwizin jest powierzchowny, grubiański i, w istocie, nie rozumie tego, co lubi, jak i tego, czego nie lubi. Jego wpływ na współczesnych był zdumiewający, ale później – zgubny. Powierzchowne umysły podchwyciły jego formuły, słowianofile „Wralmana”, a okcydentaliści i bardzo szybko nihiliści „Czasosłow” i pod tym pozorem rosyjskie lenistwo nie chciało zachodnich nauk i wyśmiewało swój Kościół (liturgię, modlitwy). To do zwrotu „No, poczytamy Czasosłow, Mitrofanuszko!” sięgają dzikie określenia Szczedrina i całe lokajskie zacięcie ducha rosyjskiego, którego nie miał sił zwyciężyć wykształcony Raczinski, a także Odojewski i Kiriejewscy.

(10 grudnia, czytając artykuł Cwietkowa)

 

* * *

 

846. Ledwo zna geografię w granicach drugiej klasy gimnazjum, ale w prasie daje rady rządowi – jak rządzić Rosją. Zadziwiająco utalentowana jest natura rosyjska.

 

Może wszelakich Newtonów

I bardzo rozumnych Platonów

Rosyjska rodzić ziemia.

 

I tak dalej. Można by w to wątpić, ale jest przecież Hofszteter.

(10 listopada)

 

* * *

 

847. Chruszczow, jak martwa głowa Rusłana, rozdziawił wargi i wyrzucał z nich w powietrze słowa:

– Metody pedagogiczne, metody pedagogiczne.

Miałem wtedy ochotę wsunąć mu kołek w gardło.

(kurator charkowski u Berga w latach 1894-5)

(10 grudnia, czytając artykuł Cwietkowa)

 

* * *

 

848. Kiedy słyszę o „demonicznej” i „szatańskiej” zasadzie w świecie, to dla mnie ma to takie znaczenie, jak czarne karaluchy w naszej wannie (zawsze są i ja je lubię): ani strachu, ani troski. „Jest ta zasada” – i Bóg z nią, „nie ma jej” – i nie ma sprawy.

To nie jest moja sprawa, moja dusza, to nie jest mój interes.

Dlatego też myślę, że w ogóle we mnie nie ma pokrewieństwa z „demonizmem” (jeśli on istnieje). „Do-o-o-bro-o-duszny człowiek”. Piotr Piotrowicz Pietuch „ z nieciekawymi pomysłami”.

Ponieważ równocześnie jest we mnie bezsporny fallizm i ja lubię „wszystko to” nie tylko w idei, ale także w naturze, więc wnioskuję, że w fallizmie nie ma nic demonicznego i biesowskiego. A określenia „ciemna siła” i „nieczysta siła” (same epitety wskazują, że odnoszą się do sfery fallicznej) są opiniami apokryfów, a nie Pisma Świętego.

Ejże, zapach róż nie jest cechą kozłów, a w takiej postaci przedstawia się biesów. Zapach róż wydzielają róże i olejkiem różanym namaszcza się święty całun.

Aromat olejku różanego napełnia świątynie, ale w świeckich pałacach byłby obcy.

Będziemy, panowie, wąchać róży.

 

* * *

 

849. Coś ważnego na temat dziewczyn „bez historii” napisała w liście do mnie od wielu lat chora, piękna kobieta (32 lata):

 

„Bardzo, bardzo dziękuję panu za przysłaną mi książkę Opadłe liście. Proszę wybaczyć, że nieco spóźniam się z podziękowaniami, ale chciałam napisać do pana przeczytaniu książki. Przeczytałam książkę z wielkim zainteresowaniem i, oczywiście, nie mogę jej krytykować, ale chcę powiedzieć panu, że przy czytaniu jednego fragmentu „płonęło mi serce”, a mianowicie, gdy pisze pan o „Pocieszycielu”. Czuję, że pan – chociaż prawie zawsze Go prześladuje – to jednak kocha, być może bardziej od tych, którzy nie prześladują. Wiem, jak niekiedy panu bywa ciężko, całą duszą życzę panu, aby jak najczęściej pan Go odczuwał tak, jak wtedy w nocy, a wtedy Jego brzemię będzie dla pana lekkie, a śmierć nie będzie tak straszna. Drogi Wasylu Wasiljewiczu, wyraził pan nadzieję, że w drugiej połowie mego życia czeka mnie coś świetlistego. Ja pragnę tylko Jego światłości i myślę, że pozostała mi już mniejsza część życia.

Powiem panu jeszcze jedno słowo: za co pan, taki dobry, sprawia przykrość biednym dziewczynom, które nie mają dzieci lub nie są zamężne? Czy wiele z nich ponosi winę za tę sytuację?

Przecież pan nie zna ich duszy: ani jedna z nich nie otworzy przed panem, przez wstydliwość, swojej duszy do końca, a jak często ich życie jest ciągłą ofiarą, której nikt nie docenia. Uważam, że wydawanie za mąż bardzo młodych dziewczyn, które nawet nie mają świadomości samych siebie – to zabijanie w nich Boga. Zawsze jest mi ciężko, kiedy w pana książce czytam na ten temat, nawet staram się opuszczać te fragmenty, gdyż one przeszkadzają mi lubić pana jak człowieka, a tego nie chcę[5]. Proszę wybaczyć, wielce szanowny Wasylu Wasiljewiczu, jeśli napisałam coś nieprzyjemnego, ale co robić – przecież są to główne problemy mego życia. Proszę przekazać serdeczne pozdrowienia W. D., A. M. i całej pańskiej rodzinie. Pozostaję z szacunkiem i oddaniem – M. P. I-wa.

 

* * *

 

850. No, i cóż robić, jeśli kobieta „pod”, a chevalier „nad”: każda inna pozycja niewygodna, niezręczna i zaraz jest zamieniana na „normalną”. Kobiety, które poszalały z Aspazją i Cebrikową, znowu wracają do „pozycji wyrażającej podporządkowanie”.

 

*

 

Jakże nie uznać w tym” wielkiej metafizyki, jeśli nawet takie głupstwa, jak situatio in actu, podyktowały plan historii powszechnej – ściślej, tę podstawową w niej linię, że „Rzymianki były wierne mężom”, „Greczynki tępo rodziły dzieci” w swych legowiskach, chrześcijanki nie mogą wchodzić do prezbiterium, a ja czytałem w gimnazjum (książeczkę): „Comte, Mill (i jeszcze ktoś) o podporządkowaniu kobiety”.

(jadąc dorożką w deszczu)

 

* * *

 

851. Rozciągliwa materia obejmuje przedmiot nierozciągliwy, bez względu na jego wielkość. Ona – zawsze jest „większa”…

Wąż grubości ręki, a największy grubości nogi, połyka koźlę.

Na tym bazują różne dziwne zjawiska. Także apetyt węży i kóz.

– Tak, oczywiście, nieco boli i ciasno, ale – poszło…

Wydaje się, że nie da się naciągnąć na dłoń rękawiczki leżącej na wystawie – taka wąska i „niewinna”. A da się, i dobrze obejmuje dłoń.

Istnieje metafizyczne ciążenie świata ku „mocnemu uściskowi”.

W „mocnym uścisku” Bóg trzyma świat…

Wszystko dąży nie tylko do wolności i „otchłani”, ale istnieje także całkowicie przeciwstawny apetyt – wejść na „wąską drogę”, drogę, która się zwęża.

(w tramwaju)

 

* * *

 

852. To, co mocne, właśnie – to, co mocne – poszukuje wąskiej drogi. A „otchłań” – u staruszków, staruszek oraz w starczym wieku planety.

 

*

 

Świat ożenił się ze staruszką: to rewolucja francuska i jej wszystkie trzy hasła.

 

* * *

 

853. Kościół śpiewa: „Święty Boże, Święty Mocny…”

…………………………………………………………………………………..

Coś błąka się w myślach, że te słowa już śpiewano, w czasie pogrzebu faraonów w piramidach.

………………………………………………………………………………….

Również inne określenia jakże podobne: „Potężny”, „Pan”, „Ojciec wszystkiego”, „Dawca życia”…

Co za starożytność.

 

* * *

 

854. Cała historia społeczeństwa rosyjskiego w XIX w. wydaje mi się nieustannym szaleństwem.

(18 grudnia)

 

* * *

 

855. Założyli mu mundur.

Ten mundur to czarna bluza, rzemienny pas i stalowy łańcuszek do zegarka, grubości prawie łańcucha dla psa („pies” na łańcuchu).

Tak ubrany, siedział on przy stole i pił herbatę. Był stary, słaby i siwy. Ponieważ był bezdzietny, w domu gospodarzyła krewna z zepsutymi zębami, też zwolenniczka radykalizmu, ale nosząca złote binokle. Zawsze długo stoi w korytarzu, poprawiając swoje niemoce.

On długo pracował w departamencie liberalnego ministerstwa, miał 35 lat wysługi i otrzymywał emeryturę w wysokości 2 000 rubli.

On mówił, a słowa jego były jasne, wyraźne i przekonujące:

– Jak mogę określić mój stosunek do rządu? Jestem zbyt słaby, aby odwołać się do realnego protestu, który bym zastosował, gdybym był młodszy… gdybym był silniejszy. Ale jako obywatel i to szlachetny obywatel, byłbym winny, gdybym dopuszczał myśl, że jestem spokojny, że jestem zadowolony, podczas gdy kipi we mnie niezadowolenie. Zrobiłem, co było w mojej mocy: przeszedłem do Kościoła protestanckiego. Poszedłem do ich pastora i wszystko mu opowiedziałem. Pastor dał mi katechizm, abym mógł się zapoznać z nowym wyznaniem. Muszę powiedzieć, że podczas lektury ten katechizm wydał mi się godny uwagi i rozumny… Wszystko jasne, zdrowe – pod wieloma względami zdrowsze, niż u nas… Potem zostałem protestantem.

Pomilczał. My też pomilczeliśmy.

– Tym aktem dokonałem zerwania z rządem, którego nie mogę szanować nie tylko moralnie, ale także pod każdym innym względem.

Wyraźne, jasne, umotywowane. On sam siebie słuchał i, jak się zdaje, był z siebie zadowolony – odniósł się do aktualnej sytuacji społecznej.

Wszyscy milczeli, opuściwszy oczy.

„A emeryturka?”. Nie można jednak było tego powiedzieć prosto w oczy.

(na ławie oskarżonych, 21 grudnia,

proces w sprawie „Odosobnionego”.

Ludzie z łańcuchami, którzy nie czytali

książki, kazali usunąć niektóre strony,

a mnie skazali na 2 tygodnie aresztu)

 

* * *

 

856. Niczego tak nie cenię u duchowieństwa, jak dobrego…

(po powrocie z sądu)

 

* * *

 

857. Płódźcie święte nasienie, przecież naród zdziczał.

(o wielodzietności duchowieństwa)

 

Wszystkim matuszkom dałbym taki tytuł honorowy: „Jej Wysoko Błogosławioność” – po mężu, gdyż żony są przecież tytułowane według zawodu męża.

Matuszki należy bardzo cenić, one chronią wiarę.

(po powrocie z sądu)

 

* * *

 

858. Właśnie to, właśnie to, Dymitrze Siergiejewiczu, pana nigdy, nigdy nie zrozumieją ci, z którymi…

Pan wyczuł słowo „car”, a oni nie wyczuli… Ale zostawmy piekący obie strony postrach…

Pan kiedyś lubił Puszkina, no – i dobrze.

I nigdy, nigdy, nigdy pan nie obejmie świńskiego ryja rewolucji… Chyba, że ze względu na „złożoną taktykę”, której jednak nie rozumiem.

Mój przyjacielu: proszę objąć i pocałować Włodzimierza Nabokowa. Mdli? – No, a Grzegorza Pietrowa? Nie można? No, ale przecież jest to konkretny, dotykalny, a nie oszukańczy termometr odczuć skórnych. „Ideowo” może pan mówić, co pan chce, ale gdyby pana ułożyć w jednym łóżku ze „studentką” – to wypchnie ją pan nogą. Właśnie to – o wszystkim decyduje. Ale wczepi się pan w warkocz „popadii” i będzie z nią krzyczał na swoje ulubione tematy, pokrzyczy do 4 rano, a w końcu połączy się z nią o 4 godzinie, jeśli tylko pan w ogóle jest zdolny do takiego połączenia (wątpię w to).

W tym rzecz, mój miły – „z kim możesz się połączyć”. A rozmowy – to po prostu głupoty, „tam”, „siam”, „i to, i sio”…

Jest pan wykształconym, oświeconym człowiekiem, nie pozornie oświeconym, ale wewnętrznie. Niech nawet będzie – głupi, zimny (jak i ja), kochający pieniądze (jak i ja), niech nawet obaj tkwimy w smrodzie, brudzie, grzechu.

Ale w panu jest westchnienie.

A w tych, którzy też są „wyuczeni w uniwersytecie” i „piszą książeczki”, jak się zdaje, są do nas podobni, gdyż są nawet od nas bardziej czyści, bezinteresowni, bez kochanek, „spłacają długi we właściwym czasie”, „nie są zadłużeni w sklepie”, a także mają inne cnoty…

Ale nie mają westchnienia.

To wszystko: ale – niebiosa otworzyły się i rozwarła się ziemia, na jednym skraju otchłani oni, a na drugim skraju otchłani – my.

My – święci.

Oni – nicość.

Złodzieje i święci, prostytutki i święci, przestępcy i święci. Oni są „w pełni porządnymi ludźmi” i już.

Struwe śpi tylko z żoną, a ja ze wszystkimi kobietami (załóżmy): a tymczasem on nawet nie jest mężem swojej żony i nawet nie jest mężczyzną, a – transparentem, na przykład, można „coś na nim napisać”, lub jest ciężarkiem na szali, „dzięki któremu można dobrze ważyć”. A ja – mimo wszystko jestem mężem, a pomimo „wszystkich kobiet” – najwierniejszym tylko jednej.

On „nikomu nic nie jest winien”, a ja tylko myślę, żeby komuś coś „zabrać” (załóżmy): a jutro-pojutrze mogę otworzyć światowy bank z uczciwymi kontami.

To wszystko – w „westchnieniu”… W „tchnieniu”, „duchu”. „Ludzie porządni” są po prostu nieuduchowionymi istotami – „linijka” i „transparent”, „redaktor” i „kantora”: z tego nie da się zrobić ani królestwa niebieskiego, ani nawet banku światowego, albo też jakiegoś znośnego męża.

W moim westchnieniu jest wszystko. „Westchnienie” jest bogatsze od królestwa, bogatsze od Rothschilda, nawet jeśli chodzi o pieniądze: z „westchnienia” popłyną złote rzeki, i tron, i królestwo, i wszystko.

Westchnienie – historia powszechna, jej początek. A „porządny człowiek” jest porządnym człowiekiem, na którym wszystko się kończy i on sam jest już Śmiercią i Grobem.

„Prochem jesteś i w proch się obrócisz”…

Natomiast „westchnienie” – Życie Wieczne. Niegasnące.

Bóg przyjdzie do „westchnienia”: ale proszę powiedzieć, czy Bóg przyjdzie do porządnego człowieka? Jego można posłać jedynie do tych dwóch liter, przez które zakazano druku „Odosobnionego” i dlatego nie mam prawa pisać tych dwóch liter, ale mogę odesłać do tego, „co nie wydrukowane”.

No, Bóg z panem – do widzenia. Pan to zrozumie. Pan sam już wzdycha w duszy, wiem o tym.

(przeczytałem o referacie Fiłosofowa

i polemice ze Struwem, 22 grudnia)

 

* * *

 

859. Ocean – to kobieta. Ląd – to mężczyzna.

Burze i cisza, wilgoć i niebezpieczeństwo.

Moc, pierwotny byt i potop…

(24 grudnia, jadąc do kliniki)

 

*

 

Żona swoim zapachem wchodzi w męża i sprawia, że on cały nią pachnie, jak i cały dom.

 

*

 

Bismarck, który powiedział, że „Teutończycy to – mąż, a Słowianie – żona” (co ma być jakoby „nawozem dla kultury niemieckiej”), nic innego nie stwierdził poza tym, że kiedyś Niemcy zostaną zalane rosyjskim smrodem, rosyjskim błotem, rosyjską mętami, rosyjską knajpą. Wszędzie pójdą „rosyjskie kobiety” i „rosyjscy studenci”, z anarchią, „kolektywnymi” łóżkami i pięściami.

Wspaniale.

Rozanow z zadowoleniem postawi kalosze na tronie Hohenzollernów, splunie w stronę gronostajowego płaszcza i wszystko przykryje swym chałatem.

 

*

 

Widziałem pewnego Niemca z Saksonii, bardzo uczonego, ożenionego z „rosyjską (jak sądzę) studentką”. On chodził po pokojach na palcach, a gdy ona tylko powiedziała:

– Fryc! Pora do domu! –

natychmiast przerwał uczone rozmowy na temat chemii, poszedł do przedpokoju i założył jej kalosze. Bardzo pięknie „podniosła nóżkę” (podstawiła w celu założenia kalosza).

Ona nie była dobra, było w niej coś drażniącego. Ale jak on pobiegł za tym czymś „drażniącym”…

Potem słyszałem, że ona się pudruje i maluje. Ogólnie – pełne świństwo. Przyjęła jego cudzoziemskie obywatelstwo, a on sam został w Rosji i nawet przeniósł się do Moskwy.

 

*

 

Znałem jeszcze dwóch Niemców, na wysokich stanowiskach, ożenionych z Rosjankami. Byli to panowie godni, aktywni i bogaci. Rosjanki nic nie robiły (bardzo „utalentowane”): i znowu, jaka głęboka pokora tych Niemców wobec rosyjskich bab!

 

*

 

A wszystko – zapach.

 

*

 

Jak Szperk kochał swoją Annę Ławrowną! Co za pokora! Ona, jak się zdarzało, nie powie ani jednego słowa, ciągle coś szyje lub dzierga. Szczupła twarz, wysoki wzrost i bardzo duży biust.

„Nic szczególnego”.

On stał się słowianofilem. Zmienił przekonania. Zachwycał się, gdy jakiś chłop zrzucił kapelusz i złamał parasol panu na Newskim, gdy przejeżdżał car i zawołał: „Ty mi zasłaniasz cara!”

O żonie mówił:

„Ania – niezauważalna i miła”.

Ona skończyła 4 klasy gimnazjum. Jak się zdaje, nie bardzo zapamiętała „kurs lekcji”.

Ciągle szyła. I „przyszyła” do siebie ciało męża, jego duszę, jego biografię, „wszystko”.

„Nie ma Szperka, a jest Anna Ławrowna”.

Właśnie za to tak szaleńczo go kochałem („wyrzeczenie się siebie”, „egoizmu”, pychy i miłości własnej).

 

* * *

 

860. Styl jest wtedy, gdy Bóg pocałuje rzecz.

(25 grudnia, Boże Narodzenie)

(u mamy, w klinice)

 

*

 

Patrzę na świat jakimiś zamglonymi oczyma. Nic nie widzę.

I paralelnie we mnie wieczna zabawa. Ognie. Błyski. Rozmowy.

Szum narodów. Szum balu.

I jak krople rosy skądś padają łzy.

To moja dusza płacze nad sobą.

(przy łóżku chorej mamy)

 

*

 

Rzeczy stylowe są rzeczami doskonałymi.

I dlatego już są martwe. I dlatego nie są wieczne.

Dlatego, że nie mogą się zmienić. Zawsze są takie same.

 

*

 

Równocześnie styl jest czymś zewnętrznym. Jest to powierzchowność rzeczy. Skóra rzeczy. Ale przecież człowieka całujemy w usta i nikt nie pomyśli, że trzeba go pocałować w jakże ważne i potrzebne serce.

(w klinice, u mamy, wieczorem 25 grudnia)

 

* * *

 

861. Struwe ostrożnie, krokami długości jednego werszka – myślę, że nie jest szczery w tej ostrożności – podchodzi do tezy, która nadciąga jak obłok na nas wszystkich: Należy uznać rząd.

Troska o Południe, o narody bałkańskie, o „interesy na Morzu Czarnym”… Ostatecznie – odrodzone przez Rosję, to znaczy in concreto przez rząd rosyjski, życie narodów bałkańskich: Proszę powiedzieć, jaką rolę odegrały w tym wszystkim „listy Bielinskiego”, „Michel” (Bakunin), Hercen z jego „Natalie”, Czernyszewski, piszący z małej litery „Ty” do swojej żony, i cały ten galimatias, cała ta, zaiste, życiowa trywialność, wszystkie te drobiazgi, do tego stopnia małe, że nie można ich zobaczyć pod mikroskopem – cała nasza literacka „obywatelskość”, która nie przekroczyła ram „Jak pokłócił się Iwan Iwanowicz z Iwanem Nikifirowiczem”. Nawet znaczące przemówienia Iwana Aksakowa i Komitety Słowiańskie – galimatias i galimatias, niknący w swej drobiazgowości wobec faktu: „Ten batalion wreszcie świetnie strzela”.

„Ten batalion świetnie strzela” – oto cała istota, oto ciężarek na wadze świata, wobec którego „Listy Bielinskiego do Hercena” nie są ważniejsze od „Listów Szponki do cioci” (u Gogola). Proszę popatrzeć, w jakiej pozie stoi Bielinski ze swoimi „listami” przed tym batalionem, a nie tylko Bielinski, a także rozsądny (teraz) Struwe z jego artykulikami i „my” wszyscy, „my” – a zresztą i „oni”, „oni” – gdyż ja zdecydowanie do tych wspaniałych „listów” nie przynależę.

Dawno już stała mi się głęboko obca ta chełpliwa i podła poza, w której społeczeństwo skręca się na widok „marnego” rządu, którego „marność” polega na tym, że zajmował się sprawą, a przy tym sprawą takich rozmiarów, do których świńskie społeczeństwo zdecydowanie nie miało sił podnieść swój chrząkający „ryjek” (koniec mordy). Społeczeństwo rosyjskie miało właśnie nie oblicze, a mordę, nie miało duszy, a świński ryjek, co w niczym się tak doskonale nie wyraziło, jak w najpodlejszym z podłych stosunkiem do swojego rządu, który społeczeństwo przez cały wiek biło po twarzy za to, że rząd nie czytał „listów Bielinskiego” i nie rzucił batalionów w obronie „listów Bielinskiego”.

Jednak z „listami Bielinskiego” i żoną Czernyszewskiego, gdyby na nasze podobieństwo nurzało się w nich, powtarzając

 

Ach, żono, ty żono,

Ach, niebiańska ty moja, –

 

to Bałkany pozostałyby, oczywiście, Bałkanami, Serbia byłaby wioseczką u stóp Austrii, dziewczyny bułgarskie szłyby do haremów tureckich, mężczyźni bułgarscy ocieraliby łzy… A sam Struwe, SAM całuje pięty i kolana podłego Żelabowa, uważa go za geniusza politycznego”, a nie za chełpliwca-chłopa, którego w soboty należałoby douczać w gimnazjum, a przy braku poprawy po prostu powiesić, jak zadżumionego szczura wyrzuca się ze statku… Cóż to takiego, cóż to za mieszanina Szaleństwa i Podłości, że kiedy zabito Aleksandra II, który swoją Pracę i Pot oddał Bałkanom, ten sam Struwe nie wyciśnie z siebie ani jednej łzy za cesarza, nie powie ani jednego słowa nad jego grobem, a pochlebczo i jak lokaj przysiada przy Żelabowie, zdejmuje mu buty i myje mu stopy, jak pańszczyźniana dziewczyna swojemu rozczapierzonemu panu?

Tak, od czasów dekabrystów, a nawet już od czasów Radiszczewa Społeczeństwo rosyjskie nic nie robiło poza pisaniem „listów Szponki do swojej cioci”, a wszyscy ci „Herceni i Bielinscy” ćwiczyli się w kaligrafii znacznie mnie pożytecznej i głupszej, niż Akakij Akakijewicz…

 

Ten rękopis pisał

I treść onego nie pochwalił

Piotr Zudotieszyn.

Piotr Zudotieszyn.

Piotr Zudotieszyn.

 

Oto „dzieła wszystkie” Hercena, Bielinskiego i ludzi „lat sześćdziesiątych”.

Batalion i Elewator.

Ale kto je budował? Aleksander II i Kleinmichel. Tak, ten rzeźnik, którego przyszło carom wziąć w czarny czas historii – dlatego, że własne społeczeństwo, że sami Rosjanie wszyscy ukryli się w „liście cioci do Szponki”, w czarującej Natalie i w całym onanizmie literackim. Onaniści – oto właściwe określenie tego społeczeństwa i tej literatury. Onaniści pod watowaną prowincjonalną kołdrą, uszytą z „kawałków”, które potnieją i zajmują się swoimi nikczemnościami, oddając się fantazjom nad rozebraną popadią.

O, jacyż to powiatowi czuchłomscy zadżumieni, ci rosyjscy socjaldemokraci, wszyscy ci znakomici Marksiści, wszystkie te „Listy Bakunina” i ciągle wytrzeszczający oczy HERCEN. Czuchłoma. Wietługa, trywialna popadia – i nic więcej. Nikomu nie są oni potrzebni. Po prostu są – do niczego.

Ta zapocona Czuchłoma, przeoczyła pod swoim nosem Aleksandra II i Kleinmichela, którzy stworzyli Ermitaż, stworzyli Bibliotekę Publiczną, stworzyli Akademię Sztuk Pięknych, stworzyli jednak 8 uniwersytetów, które jeśli nawet są g…ne, to już nie z winy Kleinmichela i Aleksandra II, którzy są winni jedynie za to, że nie wychłostali skurczonych profesorów, jak należałoby.

– Baczność, zapocone nasienie – taki należałoby im wydać rozkaz.

– Wyłazić spod kołdry, wymyć się w studziennej wodzie i marsz dokonać z NAMI historyczną sprawę wyzwolenia Słowian i budowy elewatorów.

W tym momencie dokonuje się okrutna rozprawa ze słowianofilami:

– Ech, wszystko to – BEŁKOT, wszystko to – „Ptaszek Boży nie zna”, podczas gdy w Rosji

Nic nie ma.

Elewatorów nie ma.

Zboże gnije na polach.

Niemiec lub Japończyk jutro zetrze nas z oblicza ziemi.

– Profesorów do wojska!

Tak, to jest właściwy rozkaz, którego, choć retrospektywnie, należy oczekiwać jak manny z nieba…

Boże mój! Cały wiek pasożytnictwa i takiej chełpliwości.

W „Rzeczach minionych i rozmyślaniach” o zadżumionych szczurach opowiedziano „20 tomów”, czego nie opowiedziano o całej wojnie Rosji z Napoleonem, a tym bardziej o „wszystkich elewatorach” w Rosji, ani o Susaninie, ani o wszystkich „Iwanach”, którzy budowali Ruś i wyzwalali ją z niewoli tatarskiej.

Zaiste, carowie rosyjscy w XIX w. powtarzali wysiłek pierwszych carów moskiewskich – w warunkach niesprzyjających budowaniu czegokolwiek, a nawet zbierania i uchronienia czegokolwiek. W „niesprzyjających warunkach”, to znaczy, kiedy społeczeństwo nic nie robi i znajduje w tym powód dla swojej chwały.

Szaleństwo, szaleństwo, szaleństwo: szalone społeczeństwo.

Co tłumaczy i Arakczejewa i wybuchy okrucieństwa w rządzie rosyjskim:

– Dlaczego wy nic nie robicie?

O Arakczejewie ciągle krzyczą, że odgryzł komuś nos. Załóżmy, że odgryzł, ale z tego powodu cała Rosja nie została pozbawiona nosów i nie stała się „beznosa”. Podli: szlajając się po domach publicznych straciliście nie jeden „nos”, a 100 nosów, 1 000 nosów, powiadają, że nawet sam „finansista” nie ma nosa, a gdyby we właściwym czasie Zwierz-Arakczejew posłał do diabła te…, to tenże Zwierz-Arakczejew uratowałby 1 000 nosów, a 1 000 nosów można zamienić na jeden odgryziony nos. Należy.

ŻELAZO.

Tym żelazem był „Siła Andriejewicz”, którego czepiają się jeszcze za „Natalię”, chociaż „oburzony tym faktem profesor” sam lezie w nocy do swojej „Paraskiewy”, do kuchni, pod watowaną kołdrę. Przecież są to „światowi kochankowie”, a nie jest to cecha jednego tylko Arakczejewa.

JEDEN Arakczejew jest znacznie bardziej ważną i znacznie bardziej TWÓRCZĄ, a tym samym bardziej LIBERALNĄ („ruch NAPRZÓD”) Osobą, niż wszystkie marności 20 tomów „Rzeczy minionych i rozmyślań”, z Michajłowski – „dozorcą”, Trigoni i wszystkimi powieściami i bajkami o „wybuchu w Pałacu Zimowym”. „Kołokoł” Hauptmana – dzwoni nim Arakczejew, a nie Trigoni; Schiller i Shakespeare – pisali o Arakczejewie, a nie o Żełabowie. Poezja, filozofia historii rosyjskiej, jej święte miejsce – a znajduje się pod nogami…

…strasznie i łzawo powiedzieć, ale jak nie powiedzieć, patrząc na całe Bałkany, na ODRODZENIE 18 milionów ludzi, że

…ta święta ziemia Rosji – pod nogami, powiemy to okropne słowo,

KLEINMICHELA.

Tak. Luteranina i Niemca. Urzędnika, urzędasa. Nędznej duszyczki, która jedynie umiała się podporządkowywać.

Ale podporządkowywała się bez szemrania i idiotycznie, bez szemrania, jak latający w niebiosach anioł –

CAROWI,

który sam jeden wszystko wykonał. Oto odpowiedź na „Historię literatury rosyjskiej”.

(czytając artykuł Struwego na temat Bałkanów, grudzień)

 

* * *

 

862. Dziękuj za każdą chwilę istnienia i uwieczniaj każdą chwilę istnienia.

(dlaczego piszę „Odosobnione”)

 

Sens – nie w tym, co Wieczne, sens – w Chwilach.

Chwile są wieczne, a Wieczność jest jedynie ich „oprawą”. Mieszkanie jest dla lokatora. Chwila – to lokator, chwila – to „ja”, Słońce.

 

* * *

 

863. Świat żyje wielkimi oczarowaniami.

Świat zresztą jest oczarowaniem,

I „kręgi” historii, i epicykle planet.

 

* * *

 

864. Bóg jest chętny do świata. A świat jest chętny do Boga.

Oto religia i modlitwy. Świat „przyczesuje się” przed Bogiem, a Bóg mówi („Księga Rodzaju”, 1) „jakie to dobre”. Każda rzecz i każdy dzień.

Świat trochę „czaruje” Boga: i oddał swego Syna Jednorodzonego za świat.

Oto tajemnica.

Ach, nie wystyga, jeszcze nie wystyga świat. Tak się tylko wydaje. Jego istotą jest gorąco, jego istotą jest – miłość.

I smukły kwiat. I płonące policzki. I piersi świata. I tajemnice jego łona.

I maleńki Rozanow, który gdzieś się tuli przy jego piersiach. I wiecznie ssie z nich mleko. Lubię ten sutek świata, smukły i wonny, z włoskami wokół niego. Moje ręce obejmują prężne piersi i na mój temat Głowa świata ma jakąś mglistą wiedzę i strzeże mnie.

I daje mi mleko, a w nim mądrość i ogień.

Dlatego kocham Boga.

(24 grudnia 1912 r., u mamy w klinice)

 



[1] To znaczy bez pewnego jej cienia, realizacji jej na ziemi, jej „dotykalności”.

[2] Dziękuję staruszce (?) za Tanię, całuję jej pomarszczoną rękę. Moja (nasza) Tania – „chwałą Bogu”. Ale dużo wkuwa, wysusza rodzicielskie serce.

[3] To wszyscy anatemy-mężczyźni nie rozumieją, co robią. Żartują, „mają przyjemność”. Przecież przed spotkaniem czystej dziewczyny oni już „zabawiali się” z prostytutkami lub „sami”, wyniszczyli się w subiektywnych przyjemnościach.

[4] Profesor historii powszechnej w uniwersytecie moskiewskim.

[5] Jakie to głębokie i ważne! Jakie piękne! Tysiące dziewczyn podziękuje swojej szlachetnej „siostrze” za tę spowiedź-obronę.


tłumaczenie Henryk Paprocki

Cała książka w pdf
Wasyl Rozanow