tłumaczenia
Eugeniusz Trubieckoj, Sens Życia, Rozdział IV. Objawienie dnia Bożego.
2013-10-25
I. OBJAWIENIE SOFII W STWORZENIU. ŚWIATŁOŚĆ

 

To, co powiedziano o okazaniu chwały Bożej w tęczy, przywołuje słynne słowa Apostoła Pawła: albowiem od stworzenia świata niewidzialne Jego przymioty – wiekuista Jego potęga oraz bóstwo – stają się widzialne dla umysłu przez Jego dzieła (Rz 1, 20). W tęczy objawia się to, co Apostoł powiedział o całym świecie. Cały świat jest według Apostoła objawieniem chwały Bożej, które może być znalezione przez mających oczy, aby widzieć[1] dla tych, którzy rozpatrują stworzenie.

Jak rozumieć te słowa? Przecież świat i w stosunku do Boga, i w stosunku do przedwiecznego zamysłu Boga jest „inny”. Nie jest to proste logiczne, a realne negowanie idei Bożej, czyli pewna realna nicość, która nie tylko nie jest, ale ujawnia też swoją różność od niej przez przeciwdziałanie. Jak idea może okazać się spojrzeniu w tym przeciwdziałającym, buntującym się żywiole innego?

Odpowiedź objawienia chrześcijańskiego na to pytanie jest zawarta w słowach Ewangelii: a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła (J 1, 5).

Jeśli Bóg jest światłością, to w porównaniu z Nim wszystko, co Nim nie jest, czyli wszelki możliwy „inny”, jest ciemnością. Ponieważ świat jest rzeczywistością poza Bogiem, jest ciemnością nie w sensie prostego logicznego negowania światłości, a w sensie sprzeciwu. Świat jest środowiskiem sprzeciwiającym się światłości, a tym samym zacytowane słowa Ewangelii według Jana powinny być rozumiane w sensie zwycięstwa nad sprzeciwem. Pełne zwycięstwo wcale nie polega na zlikwidowaniu sprzeciwiającego się środowiska, a na tym, żeby sprzeciw przezwyciężyć od wewnątrz. Istota sprzeciwiająca sama napełnia się światłością i w ten sposób sprzeciw staje się sposobem wyjawienia światłości. „Inny” pozostaje przyjacielem także wtedy, gdy sprzeciwia się połączeniu ze światłością. Zwycięstwo światłości nie polega na zlaniu się ze światłością, a na wewnętrznym połączeniu się z „innym”, a w tym połączeniu „inny” zachowuje swoją różnicę, napełnia się światłością.

Mówiąc inaczej, zwycięstwo światłości nad ciemnością powinna wyrazić się w prostym usunięciu granicy, czyli nie w usunięciu ciemności, a w tym, żeby środowisko sprzeciwiające się światłości samo stało się środowiskiem objawienia pozytywnych możliwości zawartych w światłości.

Obrazem tego zwycięstwa, jak już powiedziano, jest tęcza, ale nie tylko ona. Intuicja religijna odkrywa to zwycięstwo w najróżniejszych zjawiskach świetlnych – w świeceniu gwiazd, w światłości księżyca, w porannej zorzy i w zachodzie słońca. Wszystkie te znaki niebieskie napełniają duszę mistycznymi odczuciami, które w pogańskich mitologiach znajdowały swój wyraz w obrazie jaśniejących bogów, dziennych i nocnych. W chrześcijaństwie ta wiara w objawienie Boga w zjawiskach niebieskich nie została odrzucona, a uduchowiona i pogłębiona. Zjawiska te są rozpatrywane nie jako bezpośrednie wcielenia Bóstwa, a jako odbicia, odblaski innego nieba.

Przytoczyłem już natchniony wiersz pieśni z Pieśni o niebieskiej księdze:

 

Noce ciemne od myśli Bożych[2].

 

W tym wierszu wyrażona została cała głębia i cała poezja chrześcijańskiego rozumienia nocy. Skoro światłość świeci w ciemności, tym samym noc przestaje być ciemnością absolutną. My, ludzie, nie odnajdujemy się w mroku nocy i błądzimy w nim. Natomiast Boski rozum widzi w nim wszystko. Rozsypane na niebie gwiazdy, migające na wysokościach, aluzyjnie mówią nam o niewyjawionym jeszcze w naszej rzeczywistości wznoszącym się nad nią słonecznym zamyśle Bożym na temat świata, czyniącym z nocy dzień. Właśnie dlatego patrząc na te niezliczone światła, jaśniejące na niebie, wnikamy w tajemnice Boże. Tego typu rozumienie nocy znalazło swój jasny wyraz w staroruskiej ikonografii. W niej Sofia-Mądrość Boża jest przedstawiana na ciemnogranatowym tle nocnego, gwiaździstego nieba. Jest to zrozumiałe: Sofia oddziela światłość od ciemności, dzień od nocy.

Jak powiedziano, wszystko, co jest stworzone, na mocy samego kontaktu ze stworzeniem, z niebytem, z którego jest powołana i z pełnym bytem, do którego jest powołana, ma swoje nocne i dzienne oblicze. Najlepszym wyrazem nocnego oblicza w przyrodzie jest specyficzna nocna światłość księżyca. W nim wyraźnie ujawnia się właściwa nocy dwoistość: jest ona wyczuwana w samym wyrażeniu światłość nocna, gdyż noc z samej swej definicji jest negowaniem światłości. Taka jest wewnętrzna sprzeczność nocnego oblicza stworzenia. Samo z siebie to oblicze jest nicością. Jednak z drugiej strony staje się ono jasne, gdyż świeci ono światłem odbitym, zapożyczonym z autentycznego dnia i z autentycznego słońca. Jako odbita, światłość księżyca nie ma pieczęci autentyczności, a oszustwa, o czym mówi francuskie przysłowie: Trompeur comme la lune[3]. Wszystkiemu, co jest oświetlone przez tę światłość księżycową nadaje ona marzycielski, fantastyczny wymiar, na skutek czego niekiedy trudno jest odróżnić sowę od diabła leśnego, a ogólnie rzeczywistość od widm. Nocne oblicze stworzenia jest właśnie takie ze swej metafizycznej natury, jest czymś pośrednim między rzeczywistością i widmem: oblicze te nie odnosi się bowiem ostatecznie do wiecznej rzeczywistości, ani do wiecznych widm. Stąd charakterystyczne dla księżycowej nocy połączenie i pomieszanie piękna oraz monstrum.

Stąd dwoiste odczucia, które wywołuje w nas światło księżyca. W nim jest coś mami i równocześnie przeraża. Ono odkrywa przed nami jakąś czarującą rzeczywistość marzeń i dziwnych, bajkowych widzeń. Te widzenia straszą i odpychają przez swoje nieprawdopodobieństwo. W tym jaśnieniu, które świeci, ale nie grzeje, wyczuwa się jakieś oszustwo powodujące lodowacenie duszy. Księżycowa noc pełna jest pokus, które pobudzają i niepokoją[4]: jest w niej hipnoza i ułuda tego żywiołu poza Bogiem, który chce żyć swoim własnym życiem, ale pozbawiony jest wewnętrznego ciepła i pełen fałszywych odbić innej, dziennej rzeczywistości. Z tego powodu blednie nieautentyczna światłość nocna ze wszystkimi jego widzeniami, rusałkami i duchami wodnymi w obliczu radosnej i autentycznej zorzy porannej. Światło słoneczne demaskuje jego widmowość.

Ciemność nocna i światło nocy dają wyraz wielkiej i strasznej zagadki świata. My, ludzie dorośli i kulturalni, przeważnie straciliśmy zdolność jej rozumienia. Jesteśmy zbyt oślepieni przez nasze nawyki życiowe i w zasadzie słabe przekonanie co do szybkiego powrotu dnia. Przeciwnie, dziecko, które doświadcza nocnych strachów i boi się samo zostać w ciemności, doświadcza zmroku jako tajemniczego przejścia z bytu do niebytu. To dziecięce przerażenie wobec wielkiej i nierozwiązanej tajemnicy nocy jest bardziej mistyczne i głębsze od naszego lekkomyślnego i bezpiecznego spokoju: ten „dzień”, który nastąpi jutro, w samej rzeczy jest kontynuacją nocy i dopóki bazujemy na naturalnym przewidywaniu, nie wiemy na pewno, jak ostatecznie zostanie rozwiązany zmierzch życia, czy świat zakończy się zwycięstwem porannej zorzy, czy też nocnych widm, czy zatryumfuje w nim wieczny dzień Boży, czy też fałszywe światło księżyca.

Nocne strachy znajdują swoje autentyczne i godne zaufania odrzucenie tylko w wierze. Przedwieczna tajemnica nocnych rozmyślań Bożych jest myślą o nadchodzącym zwycięstwie światłości dnia. Nie przypadkiem dzieło pierwszego dnia stworzenia tak zostało opisane w Biblii: Wtedy Bóg rzekł: „Niechaj się stanie światłość!” I stała się światłość (Rdz 1, 3). W ezoterycznej sferze bytu Bożego i świadomości to zwycięstwo światłości, doskonałe i pełne, jest od wieków dane bez żadnych przejść. Natomiast w egzoterycznej sferze istnienia czasowego jest on zmianą momentów, przejściem od jednego do drugiego: I tak upłynął wieczór i poranek – dzień pierwszy (Rdz 1, 5).

Jeśli noc jest względną sferą niewyjawionej światłości, to poranek i wieczór, te dwie granice oddzielające noc od dnia, stanowią sferę względnego, niepełnego jego objawienia. Zamiast pełni światłości południa mamy w tym wypadku purpurę zorzy. Niekiedy ten brak pełni światłości wychodzącej z mroku lub pogrążającej się w mrok, wyraża się w zjawisku tęczy na nieboskłonie. Rano często widzimy na horyzoncie barwy pomarańczowe, zielone i fioletowe, zwłaszcza, gdy słaby promień słoneczny gra nie tylko na niebie, ale także na wodach. Zawsze rano odczuwa się pewną obietnicę. W tych osłabionych tonach światła przewidujemy pełnię nadchodzącego słońca, skutkiem czego brak pełni światła porannego i wieczornego nie narusza, a podkreśla radosne odczucie nadchodzącego zwycięstwa. Ono jest nadchodzące wyłącznie dla nas, gdyż w prawdzie, czyli w świadomości wszechjednej pełne zwycięstwo dnia jest od wieków widoczne w całej nieskończonej serii tonów przechodzących z mroku do światłości. Cała gama barwna tych tonów jest tam rozwinięta i doprowadzona do jedności niezachodzącego dnia.

Właśnie w ten sposób zwycięstwo twórczego dnia ukazuje ikonografia prawosławna. Pośród nocnego gwiaździstego nieba pojawia się, jak Boża zorza, purpurowe oblicze stwarzającej Sofii. A nad nią ostateczne zwycięstwo światłości jest przedstawione przez słoneczne oblicze stwarzającego Chrystusa. W ten sposób wszystkie trzy momenty – ciemnogranatowa noc, purpura zorzy i złoto słonecznego dnia – które w naszym życiu są odrębne, podzielone przez czas i dlatego nie do pogodzenia we wspólnym przeżyciu, w ikonografii są przedstawiane jako wiecznie współistniejące i stanowiące jedną harmonijną całość. W ten sposób Boża Sofia przez rozpatrywanie stworzeń staje się widzialną.

Możemy jednak usłyszeć, że barwy widzianego przez nas nieba, o których mówimy, są w istocie subiektywne. Są to nasze, czysto ludzkie przeżycia i odczucia: jako takie nie mają one nic wspólnego nawet z obiektywną rzeczywistością tego nieba, które codziennie widzimy. Jakie mamy więc prawo przenosić nasze subiektywne odczucia na kontemplowanie świata innego, świata Bożej Sofii?

Obawy te wydają się przekonujące do tej chwili, póki trzymamy się czysto antropologicznej teorii poznania, według której wszystkie nasze zmysłowe przeżycia są wyłącznie subiektywne. Ta teoria wyklucza z obiektywnej prawdy wszystko, co jest zmysłowe, i traktuje prawdę na wzór i podobieństwo naszej abstrakcyjnej myśli. Niewystarczalność tej teorii ujawniłem w innej swojej pracy. Skoro prawda jest wszechjedną świadomością, to ogarnia wszystko, co jest poznawane, w tym także moją świadomość. W niej znajdę moją każdą myśl, gdyż w prawdzie dana jest obiektywna, absolutna ocena wszystkich moich myśli jako fałszywych lub prawdziwych, ale znajdą się też w niej wszystkie moje odczucia, wszystkie przeżycia mojej świadomości – w kontekście absolutnej syntezy. Jeśli moje myśli wyrażają w sobie absolutną syntezę, to absolutna świadomość widzi je jako autentyczne, a jeśli są fałszywe, to widzi je jako fałszywe. To samo odnosi się też do moich przeżyć. Ja widzę piękno, a jeśli jest to halucynacja, to wszechjedna świadomość widzi to piękno jako moją halucynację. Jeśli natomiast wyraża to piękno obiektywną rzeczywistość niezależnego ode mnie przedmiotu, czyli pewną prawdę transsubiektywną, to wszechjedna świadomość tak właśnie postrzega moją percepcję piękna jako wyrażającą pewną rzeczywistość obiektywną.

Jednym słowem, o czym już mówiłem w innym miejscu, absolutna świadomość (ona jest zarazem prawdą wszystkiego) „nie jest abstrakcyjną myślą, a duchową kontemplacją, czyli widzeniem. Nie jest z niego wyłączone to, co jest zmysłowe, przeciwnie, jest w nim zawarte i na wskroś przeniknięte myślą”. „Myśl o tym, że w prawdzie nie ma ani obrazów, ani dźwięków, ani barw, powinna być porzucona jako zabobon racjonalistyczny, jakoby dla Absolutu powinny być ukryte te kontemplacje, które dla nas, ludzi, w naszym konkretnym stadium istnienia są uwarunkowane naszymi organami zmysłowymi. W rzeczywistości dla bezwarunkowej świadomości jako takiej jawne są nie tylko słabe i blade barwy naszej niedoskonałej rzeczywistości i naszej słabej kontemplacji. Przed nią jest jawna także cała nieskończenie bogata gama barw i dźwięków, które w warunkach naszej rzeczywistości i naszej świadomości, jaką ona jest teraz, nie może być ujawniona. To, co jest absolutne, nie jest mroczną otchłanią, która z biegiem czasu zostanie oświecona i napełniona nagle rodzącą się i to niewiadomo skąd światłością. W tym, co jest absolutne, od początku wieków jasna południowa światłość wszechjednej świadomości. Bez względu na to, jak słabe są odblaski tej światłości, które jednak sięgają naszej myśli i w jej świetle widzimy wszystko, co widzimy”[5].

Wszystkie moje przeżycia i odczucia, a tym samym cała moja percepcja barw świata jest ogarnięta przez absolutną świadomość i jest w niej zawarta w kontekście wszechjednej prawdy. Tym samym w tym kontekście wszelkie moje odczucia stają się elementem wszechjednego objawienia. Należy tylko umieć je odczytać w tym kontekście, umieć znaleźć to objawienie. Objawienie to nie zawiera się w samym moim odczuciu, nie w subiektywnym przeżywaniu mojej psychiki, a w metapsychicznym sensie tego, co jest przeżywane. Natomiast ich sens nie ujawnia się każdemu, a temu, kto ma oczy, żeby widzieć. W celu zrozumienia znaczenia tych barw, które widzimy, potrzebny jest poryw ponad bezpośrednie dane innego we wszechjednej i pierwotnej światłości, która w nim się odbija.

Właśnie tego porywu brakuje popularnej w naszych czasach nauce o poznaniu, które widzi w zmysłowości jedynie subiektywną iluzję i rozumieją prawdę jako myśl odciętą od wszystkiego, co jest zmysłowe. W tej teorii występuje ten sam psychologizm, z którym ona walczy: właśnie ona bierze coś psychologicznego (myśl abstrakcyjną) za to, co jest absolutne i prawdziwe. Ten psychologizm szczególnie wyraźnie ukazuje się w tych naukach, według których cała prawda odczuć światła, dźwięku i ciepła sprowadza się do dowolnego ruchu nieskończenie małych cząstek materii.

Te nauki, które sprowadzają istotę światłości i dźwięku do ruchu pozbawionego barwy i dźwięku, utożsamiają z obiektywną prawdą moje abstrakcyjne wyobrażenia o ruchu. Tymczasem prawda obiektywna wznosi się ponad tą czystą subiektywną, psychologiczną sprzecznością abstrakcyjnej myśli i odczuć. W prawdzie ruch molekularny z jednej strony, światłość i dźwięk z drugiej strony, są terminami koniecznie powiązanymi związkiem przyczynowym, ale niesprowadzalne jedno do drugiego. Ruch rodzi światło, a dźwięk jest jego koniecznym warunkiem, ale same z siebie nie są ani światłością, ani dźwiękiem: światło w odniesieniu do fal ruchu jest jakością jakościowo od nich różną, inną. Światło i dźwięk bywają w ruchu, w warunkach naszego doświadczenia są w nim realizowane i przez niego. Nie znaczy to, żeby między ruchem z jednej strony i światem lub dźwiękiem z drugiej strony, było jakieś podobieństwo, a tym bardziej tożsamość. Mamy w tym wypadku z istoty różne szeregi, różne treści świadomości. Myśl abstrakcyjna może je oddzielić, myśleć o samym ruchu, odrzucając światło lub dźwięk. Jest to jednak abstrakcja metodologiczna, nic więcej, wspomagający sposób myśli ludzkiej, konieczny dla nas na mocy określonych uwarunkowań naszej myśli, która musi abstrahować od jednej strony prawdy, aby wyjawić inną. W metapsychologicznej sferze prawdy ta konieczność psychologiczna odpada: prawda jest konkretna, a nie abstrakcyjna. Tam fale dźwiękowe i świetlne nie zlewają się z falami ruchu, ale wiążą się razem jako warunek i są uwarunkowane. Jest to taki sam związek absolutnej syntezy, jaki istnieje między zjawiskiem tęczy i lejącymi się z nieba potokami deszczu. Jest to przenikanie światła w coś innego, połączenie w jedno dwóch różnych elementów bytu! To, że światło w żaden sposób nie może być sprowadzone do ruchu fal, jest widoczne w fakcie, że różnica w szybkości i intensywności ruchu tych fal jest różnicą czysto ilościową, podczas gdy między różnokolorowymi promieniami światła – żółtym, zielonym, czerwonym – istnieją różnice jakościowe. Żadne zmiany ilościowe nie mogą same z siebie wyjaśnić tej jakościowej różnorodności. Ruch materii w formie fal nie jest substancją światła, a jedynie warunkiem jego wyjawienia. W tym połączeniu dwóch elementów bytu mamy żywy obraz połączenia nieruchomej światłości Bożej z pełną ruchu mroczą sferą, do której przenika ta światłość.

 

II. WSZECHJEDNOŚĆ W BUDOWIE KOSMOSU

 

Z zacytowanych przykładów wynika, jak odnosi się do naszego codziennego doświadczenia to objawienie Bóstwa w stworzeniu, o którym mówił Apostoł Paweł. Jest to objawienie Bóstwa w Jego innym, czyli w niedoskonałym, oszukańczym, mętnym zwierciadle. Jest ono nam objawione i równocześnie jest przed nami ukryte i ludzie patrzą na ten obraz Stwórcy, ale w większości go nie rozpoznają: jest on dla nich zasłonięty przez to środowisko, które go odbija i przełamuje. W postrzegalnym rozdrobnieniu i pomnożeniu tego obrazu ludzie tracą jego jedność i zachwycają się oszukańczym podobieństwem stworzenia do Boga, biorą odblask, odbicie Bożej chwały za jej autentyczny przejaw. Apostoł Paweł właśnie tym faktem wyjaśnia powstanie bożków: I zmienili chwałę niezniszczalnego Boga na podobizny i obrazy śmiertelnego człowieka, ptaków,, czworonożnych zwierząt i płazów (Rz 1, 23). Jest to niebezpieczeństwo, przed którym nie ratuje żaden poziom wykształcenia i rozwoju intelektualnego. Podobieństwo stworzenia do Boga jest wielkie i oszukańcze. Z tego powodu subtelna pokusa idolatrii ciąży nad wszystkimi stopniami ludzkiej kultury. Uważna analiza ujawni obecność bożków nawet w naukach filozoficznych, które wyrzekły się wszelkiego związku z jakąkolwiek religią, zrezygnowały z próby podania jakiegokolwiek metafizycznego wyjaśnienia świata.

Objawienie Bóstwa w świecie może być znalezione tylko przez taką myśl, która zdaje sobie sprawę z warunków tego niepełnego i niedoskonałego objawienia. Mówiąc słowami Apostoła, teraz widzimy Go jak „przez mętne zwierciadło” (1 Kor 13, 12). Pod określeniem „mętne zwierciadło” w tym wypadku jest rozumiane, oczywiście, nasze niedoskonałe ziemskie doświadczenie. Wykazaliśmy już na szeregu przykładów, że w dostępnym nam świecie objawienie Mądrości Bożej i mocy realizuje się przez zwycięstwo nad sprzeciwem.

W tym zawarte jest ogólne prawo objawienia. W świecie wszystko jest dwoiste. Z jednej strony w nim wszystko – od najniższych do najwyższych jego stopni – jest ogarnięte dążeniem do wszechjedności. W tym powszechnym dążeniu poszczególnych jego części odbija się ta wszechjedność bytu, doskonałego i pełnego, która jest zrealizowana w Bogu. Natomiast z drugiej strony w świecie działają sprzeczne siły odśrodkowe: w świecie wszystko sprzeciwia się wszechjedności, wszystkie jego części wzajemnie się wykluczają i odpychają.

W tym świecie wszechjedność jest i zarazem jej nie ma. Gdyby jej po prostu nie było, to w ogóle nie byłoby świata materialnego, gdyż nie byłoby żadnej jedności wiążącej materię, nie byłoby jedności w samym jej dążeniu, nie byłoby powszechnego i koniecznego związku w różnych zjawiskach, nie byłoby ogólnych praw jego ruchu.

Z drugiej strony wszechjedność jest obecna jedynie w dążeniu materii, a skoro nie osiąga ona końca tegoż dążenia, w świecie nie ma doskonałej wszechjedności. Przeto w ruchu materii jest niewidoczna i zarazem jest widoczna zawsze obecna moc wszechjedności, która chaos przemienia w kosmos.

Stosunek świata materialnego do tej siły może być określony przez dokładną i krótką formułę. Ten świat nie jest jeszcze wszechjednością, gdyż wszechjedność nie jest w nim zrealizowana, ale jest podporządkowany wszechjedności, gdyż wszechjedność jest powszechnym prawem jego dążeń, wspólną formą jego istnienia. Cząstki materii, nie zjednoczone od wewnątrz przez ogólne centrum wszechjedności, są powiązane zewnętrznie przez powszechne ciążenie do centrum. Nie przenikając się wzajemnie w sposób wewnętrzny, pozostając nieprzeniklanymi, są one zjednoczone zewnętrznym związkiem współdziałania. Wieczny pokój Wszechjedności, który nie jest realizowany w powszechnym ruchu, jest źródłem całej energii tego ruchu. Jest tym, czym jest to, ku czemu wszystko zmierza.

W tym ruchu mas materii częściowo odbija się Istota nieruchoma, początek ruchu materii. Masy materii łączą się w gwiazdy, planety i mgławice. Pojawienie się tych niebieskich świateł jest widzialnym zwycięstwem wiecznego dnia Bożego nad nocą.

W życiu kosmicznym pojawienia się światła i ciepła jest jakby wstępem do pojawienia się życia wokół tych świateł. W tym znaczeniu życiodajnego światła zawarte jest nowe odbicie wyższej, absolutnej rzeczywistości i tym samym nowa alegoria. W mitologiach pogańskich nie zostało ono zrozumiane i podobieństwo słońca do Boga dającego życie na ziemi zostało wzięte za bezpośrednie objawienie Boga. Stąd wielość bogów solarnych – Zeus, Apollon i zrodzony z głowy Zeusa promień jego mądrości – Atena. Jak chrześcijaństwo odnosi się do kultu słońca jako źródła życia i radości? Odrzucając idola nie odrzuca wskazówki zawartej w widocznym podobieństwie słońca do Boga. Słońce, a zarazem wszystkie gwiazdy i planety są traktowane jako odbijające w sobie inną, wyższą moc, powołującą świat do życia przez swoje promieniowanie łaski.

 

III. DZIEŃ I NOC. ŚWIAT ROŚLIN I ZWIERZĄT

 

W Ewangelii cały proces stwórczy jest rozumiany jako działanie światłości, która świeci także w ciemnościach. W Biblii każdy akt stwórczy jest przedstawiony jako Boży dzień, czyli znowu jako światłość oddzielająca się od ciemności. I tak upłynął wieczór, a po nim poranek, dzień drugi… dzień trzeci… W tym wskazaniu na wieczór i na poranek, czyli na zjawiska niepełnego światła, zawsze poprzedzającego dzień i zawsze kończącego dzień, zawarta jest głęboka intuicja mistyczna. O jakimkolwiek akcie stwórczym jest mowa – o stworzeniu świateł, ziemi lub żyjących na niej stworzeń – zawsze powtarzają się te same momenty światła: najpierw niepełne światło, graniczące z nocą (wieczór, poranek), a potem pełna światłość dnia. Jedynie noc nie ma miejsca w tym następstwie momentów stwórczych, gdyż noc zostaje zwyciężona przez akt stwórczy i przez tenże akt zanegowana. Jest tylko wskazanie na działanie światła, które wchodząc w ciemność początkowo jakby się zmniejszało (wieczór, poranek), a następnie zwyciężało (dzień). Bez względu na to, o jakim akcie stwórczym jest mowa, zwycięstwo światła jest w Biblii niezmiennie podkreślone tymi samymi słowami: A Bóg widział, że były dobre. My, ludzie, kontemplujący po części nocny widok stworzenia, niepełny odblask światła wieczornego i porannego, niepokoimy się tym widokiem niedoskonałości lub nawet zła. Natomiast dla rozumu Boga, który widzi nie tylko ostateczną postać stworzenia, ale także ujawnienie jej doskonałego praobrazu w niedoskonałych stadiach czasu – noc jest zapomniana, czyli pozostawiona poza granicami istnienia, a promienie wieczorne i poranne są widoczne w promieniach południa. Stąd niepokojące nas niedoskonałość i zło są zlikwidowane w Bożym widzeniu świata. Kontemplując swoje stworzenie Bóg widzi, że jest ono dobre. Wieczór i poranek jest tym, co było. Natomiast dzień Boży jest tym, co jest wiecznie. Wszystkie dni we wszechwiedzy Bożej są doprowadzone do siódmego dnia wiecznego pokoju.

To święto siódmego dnia świeci także nam, ludziom, w tych wieczornych lub porannych promieniach, które są nam okazane. Kto ma oczy, żeby widzieć, ten rozpoznaje Boży wieczór i poranek nie tylko we wschodzie i zachodzie słońca, nie tylko w następstwie dnia i nocy w dosłownym sensie słowa, a na wszystkich stopniach rozwoju stworzenia. wszystko to, co jest niedoskonałe, ale się doskonali, wszystko to, co po części jest, a po części nie jest, nosi na sobie znamię wieczornego lub porannego przejścia od ciemności do światła.

To przejście, okazujące się nam w grze i zmianie barw spektrum słonecznego na wieczornym lub porannym niebie, znajduje swój wyraz także w zjawiskach życia. Zacznijmy od najbardziej elementarnych, od pojawienia się życia roślinnego. Przejście od niebytu do bytu okazuje się nam w tej samej funkcji życiowej rozwijającego się świata, od którego otrzymuje swoją nazwę – we wzroście. Przypatrując się uważnie procesowi rozwoju ujrzymy w nim bardziej skomplikowany przejaw podstawowego objawienia słonecznego, o którym była już mowa.

Zgodnie z tym, co zostało już powiedziane, całe nasze ziemskie życie planetarne jest w mniejszym lub większym stopniu podporządkowane słońcu i dlatego stanowi otoczenie słońca. Najwyraźniej wiąże się to z życiem roślin, z ich okresowym jesiennym więdnięciem, śmiercią w zimie, wiosennym odrodzeniem i letnim rozkwitem. W tym życiu wszystko jest kierowane energią słoneczną, wszystko sprowadza się do jej pochłaniania i życiowego przemieniania. Ujawnia się nam w tym wypadku ta sama gra światła, jak i w lejących się z nieba potokach deszczu. Przenikając do ciemnej głębi ziemi promień słońca wywołuje stamtąd żywy wzrost, który w rozkwicie traw i drzew tworzy na powierzchni ziemi żywą tęczę.

W tym odtworzeniu tęczy w życiu jest zawarte głębokie objawienie tej samej istoty dnia Bożego, która ujawnia się w tęczy na niebie. W przedwiecznym zamyśle Bożym światło, które świeci w ciemności, jest światłem życiodajnym. Jego zwycięstwo nad ciemnością powinno wyrażać się nie w powierzchownej grze fal świetlnych, a w uduchowieniu materii i w wewnętrznym, organicznym zjednoczeniu z nią. We wzroście nie widzimy już tylko mechanicznego działania światła, a poszukiwanie światła, co staje się celem, gdyż w do przyjęcia promienia słonecznego dostosowana jest cała teleologia życia roślinnego, cała celowa konstrukcja łodygi i liści rośliny, całe jej dążenie z ciemnej głębi gruntu ku górze. Sam wzrost rośliny jest podporządkowany temu celowi, wychwyceniu promienia słonecznego, wydłużaniu się lub skracaniu w zależności od warunków jego wychwycenia. Najbardziej wyraźnym przedstawieniem tej teleologii jest naiwne i pełne uporu zwracanie się kwiatu do słońca.

W budowie rośliny wyraźnie są widoczne wszystkie przejścia od ciemności do światła, w których odbijają się momenty stwórcze dnia Bożego. Jego nocna postać wyraża się w krzywym, krętym i szkaradnym korzeniu, wpijającym się w ciemną głębię gruntu. Zielone liście, wychodzące z ziemi na spotkanie promieni słonecznych, przedstawiają radosny poranek życia roślin. W końcu jej punkt kulminacyjny i szczyt – kwiat – wyrażą specyficzną słoneczną postać danej rośliny i tym samym symbolizuje jasne południe życia roślin. Natomiast okwitły owoc, który stracił czarujące barwy, jest zjawiskiem życia w stanie zmierzchu. Kiedy patrzymy na roślinę w polu, początkowo nie widzimy jej zagłębionej w ziemi nocnej postaci, przed nami jest wyłącznie Boży dzień z porannymi i wieczornymi przejściami do tego dnia i od tego dnia, o których mówi Biblia. Uważne spojrzenie szybko odkryje w roślinie moc nocy, która nie została zwyciężona. Zwycięstwo dnia Bożego i w tym wypadku okazuje się być jedynie niedoskonałym odbiciem i odblaskiem pełnej światłości, ale ciągle dalekiej, innej wysokości.

Życie roślin, jak dawno zauważyło to wielu filozofów, między innymi Schelling, jest życiem „,marzycielskim”. Włodzimierz Sołowjow mówi o okazaniu mocy stwórczej „w sennych i pozbawionych związku przejawach życia roślinnego”[6]. W tych słowach jest wielka prawda. Życie roślin jest w istocie życiem, które się jeszcze nie przebudziło, gdyż nie czuje ono tej twórczej mocy i Bożej idei, ku której zdąża i od której czerpie swoje barwy. Dlatego też cała celowość życia roślinnego nosi na sobie znamię jakiegoś automatycznie spełnionego nakazu. Zgodnie z tym także całe piękno rośliny istnieje nie dla niej, a dla innego, dla widzącego to piękno i kontemplującego je oka.

To życie jest jakby skowane przez sen i już z tego powodu nie jest wyzwolone z ciemnego żywiołu nocy. Zależność roślin od tego ciemnego żywiołu nie wyraża się jednak wyłącznie w braku zmysłów. Piękno jego poetycznego marzenia o świetle jest naruszone przez ciężką walkę o światło. Stąd fatalne skażenie i dwoistość całej teleologii życia roślin, o czym była już mowa: jest to teleologia światła i zarazem teleologia walki o byt. Jest ona ukierunkowana nie tylko na połączenie danego życia ze światłem, ale także na to, żeby odebrać światło innemu, sąsiedniemu życiu. W tej teleologii ciemności ujawnia się nocna, ciemna postać stworzeń, która demaskuje oklepany fizyko-teleologiczny dowód na istnienie Boga. Błąd tego prostolinijnego wniosku z celowości stworzenia do mądrości Stwórcy polega właśnie na tym, że nie bierze on pod uwagę dwoistości przyrody. Przyroda nie tylko świadczy o Bożym dniu, ale także o jego przeciwieństwie, o jeszcze nie zwyciężonej nocy. W mylących odbiciach tego zwierciadła nie moglibyśmy poznać obrazu Boga, gdybyśmy nie mieli innego, autentycznego jego objawienia ponad pomieszaną teleologią dnia i nocy.

Życie roślin, okazując w swoim rozkwicie ziemskie święto światła, równocześnie wyraźnie demaskuje brak pełni i niemoc odbitego światła. Wszelkie życie, które jest przez nie oświecane i ogrzewane, w nieunikniony sposób wrzuca w ciemności, zaciemnia i gubi inne życie, a ostatecznie samo odchodzi w ten fatalny cień. Potrzebny jest inny, doskonały akt stwórczy, żeby zrealizować marzenie o świetle.

W życiu przyrody to marzenie stanowi wstęp do pojawienia się życia zwierząt. W tym przebudzeniu mamy już wyższy – w porównaniu z kwitnieniem roślin – poryw życia, a tym samym wyższe okazanie dnia stworzenia. Roślina stanowi w promieniach słońca piękny widok dla innego, natomiast zwierzę nie tylko pasywnie odbija i okazuje dzień: ono go czuje i odczuwa, jest nie tylko widowiskiem, ale i obserwatorem. Skute przez sen życie roślin jest przymocowane do określonego miejsca. Życie zwierząt zrywa te okowy i wolnym ruchu czworonogów oraz locie ptaków odnosi zwycięstwo nad przyciąganiem ziemskim. Nie ograniczając się do pasywnego odbioru promieni słonecznych w skrzydłach motyli o upierzeniu odpowiada zwierzę odpowiada okrzykiem żywej radości. W tym okrzyku mamy do czynienia z psychicznym pogłębieniu promienia słonecznego. Mało tego, w życiu zwierząt jaśnieje nowy promień, którego nie ma w spektrum słonecznym. Królestwo zwierząt w odróżnieniu od milczącego królestwa roślin jest światem dźwięków. Gama dźwiękowa, która po raz pierwszy pojawia się świecie nie jest prostym odbiciem gamy świetlnej, a jej organicznym dopełnieniem. Wydając głos w odpowiedzi na wschodzące słońce, zwierzę informuje, że nie jest jedynie pasywnym przewodnikiem światła, a samodzielnym głosicielem i uczestnikiem Bożego poranka.

W radości porannej symfonii, którą codziennie słyszymy wiosną i latem, zawarte jest nowe i wielkie objawienie wszechjedności. Muzycy dawno już temu zauważyli pokrewieństwo między damą dźwiękową i gamą świetlną. Słuchając odtworzenia głosów ptasich w „Symfonii pastoralnej” Beethovena lub w „Zygfrydzie” Wagnera, wyraźnie widzimy grę promieni słonecznych w gęstej zieleni lasów. Pokrewieństwo nie jest jednak tożsamością. Odpowiadając na grę światła słonecznego, opiewając jego zjawienie się, tym samym głosy ptaków wyraźnie podkreślają swoją jedność ze słońcem i swoją od niego różnicę. Ten głos, który jakby wtóruje słońcu, nie jest jego zjawiskiem, a towarzyszącym mu działaniem i wysławianiem innego. On nie powtarza objawienia tworzącej światłości, a jakby współuczestniczy w niej i dopełnia ją, przemienia tęczę światła w symfonię.

Nietrudno się przekonać o tym, że mamy w tym wypadku dalszy objawienie tego samego zamysłu stwórczego, tego samego dnia Bożego, który rozwija się w czasie jako następstwo, jako narastająca seria następujących po sobie dni.

Boży dzień jest tęczą, takie jest objawienie dnia w materii nieorganicznej. Boży dzień jest żywą tęczą kolorów, takie jest to objawienie w przełożeniu na niemy język roślin. W końcu Boży dzień jest powszechną zgodą, symfonią życia, odpowiadającą światłu, takie jest objawienie tej radości w świecie zwierząt. Jest godne uwagi, że w tej wizji Bożej chwały, która objawiła się Prorokowi Ezechielowi, on zobaczył właśnie to objawienie – jaśnienie tęczy wokół tronu Bożego i chóry sławiących stworzeń – woła, orła, lwa i człowieka oraz słyszał ich głosy. W tradycji chrześcijańskiej sama myśl o Ewangelii łączy się z tymi obecnymi w niebie praobrazami świata zwierząt. Ikonografia niezmiennie wiąże je z Ewangelistami. Nie powinno to dziwić: symfonia jednocząca cały świat niebieski i ziemski dźwięczy już na samym początku Ewangelii, w opowiadaniu Ewangelisty Łukasza o Narodzeniu Chrystusa. Dobra Nowina, głoszona całemu stworzeniu, jest właśnie obietnicą tej symfonii.

Ten, kto ma uszy do słuchania, rozpozna jej różnorakie odbicia dźwiękowe nie tylko w świecie ludzkim, ale także w świecie zwierząt. Podobnie, jak w bezdźwięcznym świecie roślin, tak i tu objawienie zaciemnieją zjawiska jeszcze obecnej ciemności: wszystkie stadia walki dnia i nocy znajdują żywy oddźwięk w pełnym dźwięków świecie zwierząt.

Istnieje jakiś szczególny nocny szept ptaków i owadów, ciężkie, nieokreślone, głuche głosy, które pogrążają nas w tajemnicy gwiaździstej nocy. Są i takie, które stanowią dźwięczącą ciemność, wstrętne zjawisko nocnego oblicza stworzenia: na przykład metaliczne cykanie sów, śmiech puchaczy, długie wycie wilków i krzyki zakochanego kota na dachu. Jest też poemat słowika zachwyconego księżycem. Dalej, są też głosy specyficznie poranne, kwakanie kaczek przed wschodem słońca i okrzyk koguta, ogłaszający pojawienie się zorzy. Są też wieczorne, jak radosna symfonia jaskółek ku czci zachodzącego słońca. Jest też, w końcu, szczególny, słoneczny hymn skowronka, wyrażający pełne zwycięstwo południowego słońca i oślepiający jego blask. W tym świecie istnieje niezliczona ilość aluzji do pełnej światła i dźwięków harmonii przyszłego świata. Aluzje te są tym bardziej przekonujące, że symfonia jest pełna porywów erotycznych: napełnia dźwięki i barwy rajskimi obietnicami… Jednak te obietnice ziemskiego erosa niosą głębokie rozczarowanie. Rzeczywistość naszego życia jest nieskończenie daleka od jej realizacji: w niej symfonia jest jedynie słabym odbiciem świata innego, odblaskiem świata przyszłego, dalekiego jak gwiazdy migocące na nieboskłonie.

W świecie zwierząt nie ma tego, co jest najistotniejsze, i o czym mówi symfonia. Współ-brzmienie, zgoda, okazują się powierzchowne, widmowe. Podobnie, jak kolorowa tęcza w świecie roślin, przykrywa ona rozpad i chaos, powszechną wrogość i spory. Równocześnie okazanie rozpadu w świecie zwierząt jest głębsze i bardziej znaczące, niż w świecie roślin. Powszechna walka w zmysłowym świecie zwierząt wiąże się z wstrętnymi przejawami łakomstwa i nienawiści zwycięzców z jednej strony oraz z cierpieniami zwyciężonych z drugiej strony. Zgodnie z tym zwierzęca teleologia walki o byt przybiera formy nieporównywalnie bardziej szkaradne i odpychające, niż teleologia królestwa roślin. W tym wypadku mamy do czynienia z większym okazaniem twórczego dnia. Pazury i zęby drapieżników są przystosowane do tego, żeby rozrywać żywe ciało, co stanowi wcielenie negowania zgody i współczucia. Wraz z wstępowaniem stworzeń na wyższe stopnie ich nocne oblicze pogłębia się i nasila w takim stopniu, jak i oblicze dzienne. To oblicze przejawia się w wyższym okazaniu siły życiowej, w erosie płciowym, który sam ze swej strony staje się motywem powszechnej konkurencji, wzajemnej nienawiści i zabijania.

 

IV. DZIEŃ I NOC W CZŁOWIEKU

 

Przechodząc od niższych stworzeń do człowieka, widzimy w nim z jednej strony pogłębienie i ukoronowanie tego samego zamysłu twórczego, a z drugiej strony tę samą porażkę. Rozpatrując objawienie dnia Bożego w niższych stopniach stworzenia, widzimy jakby peryferie zamysłu Bożego, otoczenie chwały Bożej. Jego centrum pojawia się jedynie na wyższym stopniu. W konsekwentnym wstępowaniu ze stopnia na stopień, obserwujemy stopniowe wzrastanie aktywności stworzeń, wzrost ich współpracy z tworzącą światłością, przy czym wzrost współpracy energii stworzeń jest bezpośrednio związany z pogłębieniem i poszerzeniem samego objawienia. Brak pełni współpracy czyni samo objawienie cząstkowym, niepełnym. Bez względu na to, jak piękne są te odblaski dnia Bożego w naszej ziemskiej przyrodzie, ich pełnia nie może się ukazać ani w pasywnym jaśnieniu materii nieorganicznej, ani w sennym wzroście roślin, ani też w nieodpowiedzialnym współ-czuciu i współ-radości świata zwierząt. Wszystkie stopnie stworzenia są jakby narastaniem porannego tonu wschodu słońca. Tymczasem pełnia dnia Bożego może ujawnić się jedynie w pełnym przebudzeniu stworzenia, gdyż w przedwiecznym zamyśle Sofii świat nie jest pasywnym środowiskiem, nie jest cierpiącym narzędziem objawienia, a powszechną przyjaźnią. Takie objawienie może ogarnąć jedynie istota, która nie tylko odbija i przełamuje światło, nie tylko podąża do niego, nie tylko współ-czuje, ale także uświadamia sobie te fakty.

Świadomość ludzka jest wyraźnym zapaleniem się światła słonecznego, która oznacza na ziemi objawienie dnia Bożego, oddzielając je od niepełnych promieni porannych i wieczornych. W czym tkwi ta osobliwość, ten królewski przywilej, który wyznacza ostrą granicę między człowiekiem i jego „mniejszymi braćmi”, niższymi stworzeniami? Zwierzę pozostaje we władzy swoich zmysłów, żądz. Tylko człowiek dysponuje zdolnością wznieść się ponad bezpośrednie przeżywanie psychiczne do sfery absolutnego i metapsychicznego sensu. Jest on jedyną istotą zdolną uświadamiać sobie swoje przeżycia, a tym samym może rozwiązywać problem ich bezwarunkowego znaczenia. Poza bezpośrednim przeżyciem psychicznym poszukuje bezwarunkowej prawdy o tym, co jest i co być powinno. W tym poszukiwaniu prawdy wyraża się istota świadomości. Przejawia się ona we właściwym człowiekowi sądowi o tym, co jest bezwarunkowe, dzięki czemu można poznać sąd prawdy o wszystkim, co jest przeżywane. Świadomość i sumienie w potocznym znaczeniu tych słów wyrażają teoretyczny i praktyczny aspekt tego samego bezwarunkowego sądu myśli. W językach romańskich oba te pojęcia są oznaczone tym samym terminem conscientia, conscience. W tej tożsamości nazwy ujawnia się intuicyjne wniknięcie w jedność metafizycznego znaczenia świadomości i sumienia.

Na mocy tej zdolności człowiek jest jedyną istotą na ziemi, które może przyjąć objawienie myśli bezwarunkowej. Jest to nie tylko zdolność ludzkiego rozumu, gdyż świadomość obejmuje i rozum, i serce. W niej wyraża się duchowy poryw całej ludzkiej natury. Właśnie na mocy tego porywu ponad uczucia i afekty człowiek może połączyć się z Bogiem nie tylko więzami instynktownego dążenia, ale także świadomej duchowej solidarności, które przemieniają życie duszy.

Po raz pierwszy w człowieku i w jego świadomości pojawia się na ziemi wolność samookreślenia, możliwość wyboru, w której ujawnia się sens całego stworzenia, całej ewolucji świata w czasie. Jedynie na mocy tej wolności człowiek może wznieść się ponad bezpośrednią rzeczywistość, ponad fałszywe odbicia światła Bożego w innym i poznać bezpośrednio Boży zamysł w nim samym. Dlatego człowiek jest na ziemi jedynym możliwym pośrednikiem, medium absolutnego objawienia. Ujawnić w sobie pełnię tego, co Boże, może jedynie istota zdolna wybierać między dniem i nocą: wyższym wyrazem tego dnia nie jest pasywne oświecenie stworzenia, nie jest bezwolne współczucie lub pociąg, a wolna przyjaźń. Aby dzień Boży zajaśniał na ziemi w całej swojej pełni, na wieki, powinien zostać spotkany nie przez bezwolną radość, jaką jest spotykany przez ptaka na gałązce wschód słońca, a przez ostateczną, świadomą zgodę na połączenie się z światłością, która dźwięczy w odpowiedzi Bogurodzicy, danej aniołowi: Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według słowa twego (Łk 1, 37).

Dzień Boży jest okazaniem wyższej energii jako samej stwarzającej światłości oraz samego środowiska stworzonego, w której ona się pojawia. Światłość nie tylko sama stwarza, powołuje z ciemności kryjące się w niej pozytywne możliwości, ale także pobudza (aktywizuje) drzemiące w stworzeniu moce twórcze. Ta energia zwiększa się ze stopnia na stopień, przechodząc od materii nieorganicznej do człowieka. W końcu w człowieku energia życiowa osiąga swoje największe napięcie. Człowiek jest nosicielem myśli powszechnej, wszechjednej w formie, gdyż każdy akt jego świadomości jest odniesieniem tego, co jest uświadamiane we wszechjednej prawdzie, wszystko ogarniającej. Ta świadomość jest wszechjednością potencjalną, ponieważ ona poznaje i ogarnia w sobie prawdę, staje się wszechjednością rzeczywistą. W ten sposób realizuje się w człowieku obraz i podobieństwo tej wszechjednej świadomości, która wszystko w sobie zawiera i jest prawdą wszystkiego. Jest to ziemskie podobieństwo Pantokratora.

Świadomość człowieka jest organem objawienia wszechjednego sensu istniejącego i wszechjednego zamysłu Bożego na temat świata. Mało tego. Zamysł powszechnej przyjaźni realizuje się przez dobrowolne samookreślenie się innego. W tym samookreśleniu człowiek staje się aktywnym uczestnikiem aktu stwórczego. Jeśli w jego uniwersalnej co do formy świadomości ujawnia się postać Pantokratora, to jego wolna, samookreślająca się wola jest realizowanym na ziemi obrazem Stwórcy. W człowieku i przez człowieka ujawnia się twórcza energia ziemi w jej wyższym wyrazie. W nim całe stworzenie dochodzi do twórczego samookreślenia. Od niego świat oczekuje ostatecznego wyzwalającego słowa, które ujawnia tajemnicę całego stworzenia, wyrazić sens powszechnej harmonii światła i dźwięku.

W tym wypadku mamy do czynienia ze zgodnością naturalnego objawienia, które może być odkryte przez dociekania filozoficzne z objawieniem religijnej intuicji absolutnej prawdy, które jest wyrażone w Biblii. Wszechjedna i bezwarunkowa świadomość jest koniecznym logicznym założeniem każdej ludzkiej myśli, a wszechjeden Bóg jest koniecznym założeniem każdego ludzkiego życia. Tym samym badania gnozeologiczne i analiza filozoficzna życia ludzkiego w jego całości wskazują na człowieka jako na głosiciela wszechjedności na ziemi. To samo mówi Biblia: w niej uświadamiający sobie i samookreślający się syn ziemi jest przed upadkiem centrum kosmicznej zgody. Władza człowieka nad stworzeniem, o czym mówi Księga Rodzaju (1, 26), jest właśnie ziemskim obrazem wszechjedności. Biblia wskazuje na metafizyczne osnowy tej kosmicznej roli człowieka. Ulepiwszy z gleby wszelkie zwierzęta ziemne i wszelkie ptaki powietrzne, Pan Bóg przyprowadził je do mężczyzny, aby przekonać się, jaką on da im nazwę. Każde jednak zwierzę, które określił mężczyzna, otrzymało nazwę „istota żywa” (Rdz 2, 19). W tym wypadku nazwa nie jest pustym dźwiękiem, a otoczką sensu i dlatego nadanie nazwy stworzeniu przez człowieka nabiera mistycznego znaczenia. Człowiekowi zaproponowano, żeby wobec Boga nazwał każdą „istotę żywą”, gdyż człowiek zna to słowo, które wyraża Boży sens każdej istoty. Człowieka nazywa stworzenia i panuje nad nimi jako nosiciel powszechnego sensu, jako istota ogarniająca swoją świadomością ideę wszystkiego, co żyje.

Skoro objawienie Bożej idei pojawiło się w świadomości człowieka i stało się początkiem powszechnej przyjaźni na ziemi, dzień Pański osiąga swój zenit. Mamy do czynienia z absolutnym objawieniem stwórczego zamysłu, który koronuje jego ujawnienie. W kontemplowaniu osiągniętej doskonałości religijne poszukiwanie znajduje swój cel. Zgodnie z tym w Biblii całe opowiadanie o stworzeniu świata kończy siódmy dzień odpoczynku, który następuje bezpośrednio po stworzeniu człowieka. Przed nami nowa głębia intuicji religijnej. W myśli o człowieku religijne poszukiwania nie mogą znaleźć swego celu ostatecznego. Idylla ziemskiego raju nie zadawala człowieka, wydaje się czymś niedoskonałym, naiwnym, dziecięcym. To instynktowne niezadowolenie, które wiąże się z myślą o ziemskim raju, ma głębokie podstawy metafizyczne i religijne. Jasna świadomość człowieka poznającego stworzenia i nadające mu nazwy, nie jest jeszcze ostatecznym, pełnym ujawnieniem dnia Bożego: kryją się w nim sprzeczności, nie są przezwyciężone mroczne możliwości i ciemne siły nocy. Właśnie świadomość wolnej, samookreślającej się istoty wnosi w świat nową możliwość buntu i sprzeciwu.

W tym wypadku wewnętrzne świadectwo uczuć religijnych pozostaje w pełnej zgodzie z obiektywnym objawieniem Biblii. Siódmy, nadziemski dzień wiecznego spoczynku nie zgadza się z szóstym, ostatnim dniem ziemskiego stworzenia. Ten wieczny pokój okazuje się być poza tym światem. Bóg znajduje ten pokój w samym sobie, a nie w człowieku. Przepaść nie zostaje zapełniona: raj zostaje zniszczony przez grzech, a świat pogrążony w chaosie zostaje oddzielony się od dziennej sfery wiecznego pokoju przez ognisty miecz cherubina.

Znowu w tej oddzielonego od swego kresu i sensu, szarpiącego się w czasie życia świata znajdujemy dobrze nam znane nocne oblicze stworzenia: przeklęcie ziemi pełnej gadów oraz rodzącej osty i ciernie, ciężka walka o byt i ciężki grzech bratobójstwa, a więc obraz zniszczenia harmonii i sensu świata, okropne królestwo bezsensu jako logicznie konieczny rezultat utraty przez człowieka sensu świata. W człowieku ten chaos pogłębia się, gdyż w jego wolności po raz pierwszy ujawniła się cała pełnia właściwej stworzeniu zdolności bezmiernego sprzeciwu wobec zamysłu Bożego, cała dostępna jemu bezdenna głębia upadku. W tym wypadku bezsens nie jest prostym brakiem sensu, gdyż człowiekowi są dostępne szatańskie głębie świadomego negowania i walki z Bogiem. Noc nie jest więc prostym brakiem światła, a katastroficzną ciemnością, która może być zwyciężona jedynie przez cierpienie drogi krzyżowej.

Kiedy czytamy opowiadanie biblijne o stworzonym Adamie, to czujemy, że w nim jest mowa o każdym z nas, że przed nami jest przedstawione ogólnoludzkie doświadczenie duchowe. Przede wszystkim pełne ogólnoludzkiego sensu jest wskazanie na podobieństwo Boże świadomości człowieka, pieczęć wyższego powołania człowieka, tytuł jego panowania na ziemi i równocześnie źródło największej pokusy, pokusy odstępstwa od Boga, która dźwięczy w słowach: Będziecie jako bogowie znający dobro i zło (Rdz 3, 5). Jest wieczna pokusa istoty noszącej pieczęć podobieństwa do Boga, ale jeszcze nie połączonej z Bogiem więzami nierozerwalnej jedności, nie jest jeszcze ostatecznie określona ku dobru lub ku złu. Podobieństwo do Boga jest źródłem przeciwstawnych możliwości: istota podobna do Boga może afirmować się w Bogu lub przeciwko Bogu, służyć do zrealizowania autentycznego zamysłu twórczego w świecie lub też jego bluźnierczej parodii.

Ostateczne objawienie sensu wszechjedności nie tkwi w jeszcze nie zwyciężonej dwoistości podobieństwa Bożego, a w Bogoczłowieku. W nim jest zrealizowanie wiecznego dnia odpoczynku soboty. Wszystkie pozostałe dni, jakie jawią się nam w doświadczeniu są w porównaniu z dniem niczym więcej, jak odbiciem poranku i wieczoru, gdyż są osłabione przez pojawienie się w czasie niepełnej światłości.

Skrajnym wyrazem nocy jest każda śmierć – duchowa i cielesna, a ostatecznym wyrazem dnia – pełnia życia wiecznego, afirmowana w odpoczynku soboty. W Starym Testamencie ten dzień jest afirmowany w niedostępnej człowiekowi i światu wysokości ponad stworzeniem. W Nowym Testamencie, przeciwnie, objawia się on w świecie, jest określony jako dzień zwycięstwa nad śmiercią, dzień zmartwychwstania. Przez zmartwychwstanie wieczny pokój staje się jawny i dostępny dla wszystkich stworzeń. W tym dniu, który uczynił Pan[7], spełnia się cel i sens wszystkich dążeń świata. Dlatego w jasności tego dnia świat odnajduje pełnię objawień porannych i wieczornych, które już zostały objawione w odbitym świetle niedoskonałych ziemskich dni.

Kiedy religijna nauka wyraża intuicję wiecznego dnia w terminach światła fizycznego, nie powinno być to rozumiane w sensie prostego upodobnienia lub metafory. Skoro zmartwychwstanie jest doskonałym, rzeczywistym odrodzeniem nie tylko duchowej, ale także cielesnej natury, to światło przyszłego uduchowionego ciała nie powinno być rozumiane wyłącznie jako duchowe, ani też jako zjawisko wyłącznie fizyczne, ale jako doskonałe połączenie jednego i drugiego, jako objawienie przyszłej cielesności duchowej. Dzień Boży jest wyrazem pełnej adekwatności całego przemienionego stworzenia, a tym samym nie tylko świata duchowego, ale także świata cielesnego. Dlatego światło jako wyraz wyższej aktywności uduchowionej istoty powinien być pomyślany jako doskonale realne zjawisko fizyczne. Jako takie jest przedstawione w Ewangelii w opisie twarzy i szat przemienionego Chrystusa. Słowa Marka Ewangelisty w szczególny sposób podkreślają tę bez wątpienia zmysłową, materialną postać wizji. Jego odzienie stało się lśniąco białe tak, jak żaden folusznik na ziemi wybielić nie zdoła (Mk 9, 3). Również w licznych żywotach świętych mamy opisy oblicza człowieka, które stało się pełne światłości[8]. Ikonograficzne przedstawienia jaśniejącego oblicza Chrystusa i świętych w tym wypadku idą za Ewangelią i żywotami.

Wraz ze światłością w powszechnym zmartwychwstaniu przywrócona zostaje nieskończona gama świetlna, przy czym po raz pierwszy objawia się pełen sens symfonii światła. W ziemskim zjawisku światła jest pełna niezgodność między tym, co fizyczne, i tym, co duchowe, między materialnym zjawiskiem światła i jego znaczeniem metafizycznym. Z jednej strony światła nie są uduchowione, a z drugiej strony wyższe przejawy ducha są przyobleczone w niemoc i ciemność. W ostatecznym i pełnym objawieniu powszechnego zmartwychwstania widzimy coś innego: światło fizyczne staje się wyraźnym wyrazem sensu duchowego. Stąd stopnie chwały, zgodnie ze słowami Apostoła, wyrażane są przez różne tony i niejednakowe napięcie światła. Inny jest blask słońca, a inny księżyca i gwiazd. Jedna gwiazda różni się jasnością od drugiej (1 Kor 15, 41). To samo rozróżnienie stopni jest przedstawione w ikonograficznej hierarchii różnorodnych barw.

Wraz z barwami zmartwychwstają głosy i dźwięki. To, co już zostało powiedziane w wiecznej Bożej symfonii, może być dopełnione jedynie kilkoma uwagami. Chwała otaczająca tron Najwyższego jest przedstawiana zgodnie z proroctwami Starego Testamentu i tekstami Nowego Testamentu jako świat dźwięków. Nie powinno być to rozumiane jako przenośnia. Dźwięk, jak i światłość w tym otoczeniu Wcielonego Słowa, powinny być rozumiane w podwójnym sensie, jako wyrażenie pełni energii życia, otaczającej tron Najwyższego, a zarazem jako przejaw energii uduchowionej materii. Cały ten świat dźwięków jest wcieleniem jednego sensu duchowego i zamysłu, nie zlewa się w chaotyczny szum, jak w naszym świecie, a tworzy harmonię dźwięków, które zachowują samodzielność oraz pozostają różnymi i rozdzielonymi, ale połączonymi wspólnotą jednego motywu życia wiecznego i tworzą chór, symfoniczna całość.

W tym wypadku pojawia się naturalna wątpliwość. Czy można przyszły świat wyobrażać sobie w obrazach muzycznych? Czy nie jest to wnoszeniem czasu do wieczności? Przecież symfonia jest następstwem dźwięków w czasie. O jakiej symfonii może być mowa, gdy czasu już nie będzie? Jak pogodzić możliwość symfonii z myślą o wiecznym pokoju?

W istocie czas nie wprowadza do wieczności ten, kto wierzy w wieczną Bożą symfonię, a ten, kto się temu sprzeciwia. W rzeczywistości niezdolność słuchania symfonii inaczej, jak tylko przechodząc w czasie od dźwięku do dźwięku, jest psychologiczną osobliwością naszego słuchu, a nie cechą symfonii jako takiej. Mówiłem już o symfonii Beethovena, że możliwe jest inne, metaczasowe percypowanie muzycznej całości, gdy świadomość od razu ogarnia jej całość, w jednej chwili, bez żadnych przejść[9]. Tego typu percepcja nie tylko jest możliwa, ona istnieje: sami dysponujemy taką zdolnością. Nie moglibyśmy połączyć odbieranych przez nas dźwięków w symfonię, gdybyśmy nie dysponowali metaczasową jej percepcją.

Gdyby nasza percepcja muzyczna miała do czynienia jedynie z dźwiękiem zapełniającym obecną chwilę, to poszczególne dźwięki nie łączyłyby się w muzyczną całość, nie moglibyśmy usłyszeć symfonii. Percypujemy symfonię w takim stopniu, w jakim od razu ogarniamy jej całą złożoność następujących po sobie akordów i łączymy te dźwięki, które brzmią aktualnie, z tymi, które już zadźwięczały lub zadźwięczą. Mówiąc inaczej, dla percypowania jedności dźwiękowej całości, której mnóstwo dźwięków tworzy symfonię, należy wznieść się ponad czas, wszystkie dźwięki muszą zostać zafiksowane w wieczności i stać się jedną metaczasową całością. Tym samym symfonia nie tylko jest do pogodzenia z absolutnym pokojem metaczasowej świadomości, ona ten pokój zakłada. Jeśli jest metaczasowe piękno i prawda w niezliczonych głosach, napełnionych nieskończonym życiem Bożym, to prawda i piękno brzmią wiecznie jako oddźwięk niezachodzącego słońca.

Zmartwychwstanie jest zarazem uduchowieniem. Nie jest prostym przywróceniem świata cielesnego z jego gamą świetlną i dźwiękową, a jest zwycięstwem nad marnością, tryumfem sensu. Świat cielesny nie zostaje wskrzeszony w jego stanie chaotycznym i bez formy, a jako świetliste, piękne i dźwięczne wcielenie stwarzającego Słowa. Środowisko, które przyjmuje wcielone Słowo, osiąga w tym akcie najwyższą aktywność. Nie jest to tylko jasność i dźwięk, ono Nim żyje i w Nim afirmuje pełnię swojej świadomości i woli.

Dzień Boży nie jest tylko symfonią światła i dźwięku, gdyż nie jest tylko zjawiskiem obiektywnym. On jest pełnym przebudzeniem świadomości w stworzeniu, wejściem w pełnię wszechjedności, bezwarunkowej świadomości, gdyż głoszenie Ewangelii jest skierowanego do całego stworzenia (Mk 16, 15). W wiecznym pokoju dnia siódmego wszystko co żyje w niebie i na ziemi jest powołane do przyjęcia absolutnego objawienia, ujrzenia Boga nie w zwierciadle, a twarzą w twarz. Życie wieczne, do którego jest powołane stworzenie, nie jest senną wegetacją, a pełnią wiedzy. A to jest życie wieczne, aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga, oraz Tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa (J 17, 3).

W tym potrójnym tryumfie światła, dźwięku i świadomości realizuje się zamysł powszechnej przyjaźni i wcielenia Boga-Miłości w ukochane stworzenie. Doskonała miłość ujawnia się nie tylko w pełni chwały, ale także w doskonałym pięknie. Dlatego cały zamysł przedwiecznej Sofii w Piśmie Świętym jest przedstawiony jako zamysł artystyczny.

W księdze „Przysłów Salomona” sama Mądrość świadczy o sobie ludziom:

Jestem zrodzona, gdy jeszcze bezmiar wód nie istniał, ani źródła, co wodą tryskają, i zanim góry stanęły. Poczęta jestem przed pagórkami, nim ziemię i pola uczynił, początek pyłu na ziemi. Gdy niebo umacniał, z Nim byłam, gdy kreślił sklepienie nad bezmiarem wód, gdy w górze utwierdzał obłoki, gdy źródła wielkiej otchłani umacniał, gdy morzu stawiał granice, by wody z brzegów nie wyszły, gdy kreślił fundamenty pod ziemię. Ja byłam przy Nim mistrzynią, rozkoszą Jego dzień po dniu, cały czas igrając przed Nim, i igrając na okręgu ziemi, znajdując radość przy synach ludzkich (8, 24-31).

Ta radość jest początkiem drogi Pańskiej (Prz 8, 22) i końcem, do którego zmierza krąg ziemi i cały świat w siódmym dniu zmartwychwstania, swego pokoju.

 

V. DZIEŃ BOŻY I OBJAWIENIE TRÓJJEDNI

 

Wszystko, co zostało powiedziane, można streścić w dwóch słowach: dzień Boży jest objawieniem Boga w Jego innym. Tal lub inaczej, Bóg objawia się we wszystkim i dlatego objawienie dnia Bożego można znaleźć w każdym zjawisku świata widzialnego i niewidzialnego. Wyższym stopniem tego objawienia, wyższym objawieniem Boga jest przyjście Chrystusa w ciele, gdyż tylko w Nim światłość do końca zwycięża ciemności, oświeca całą głębię istnienia duchowego i cielesnego.

Nazwa „Objawienie Pańskie” w szerokim sensie odnosi się do całego ziemskiego życia Zbawiciela. Jest jednak w tym życiu jedno wydarzenie, które w języku kościelnym nosi nazwę „Objawienie Pańskie” par excellence, gdyż jest to jedyne w historii nowotestamentowej objawienie nie jednej Osoby, a wszystkich Trzech Osób Trójcy Świętej.

Dlaczego to doskonałe objawienie Boga wiąże się właśnie z chrztem Chrystusa w Jordanie? Oczywiście dlatego, że w chrzcie wodą i Duchem jest wyraźnie przedstawiona tajemnica wzajemnych relacji dwóch światów. Słowo, które przyszło w ciele, pogrąża się w wodach Jordanu. Wiemy już, jakie jest znaczenie płynącej wody w symbolice objawienia starotestamentowego i nowotestamentowego. W pewien sposób cały proces światowy jest „wodą na zniszczenie wszelkiego ciała”. Dlatego chrzest z wody oznacza zanurzenie się w świecie, połączenie wieczności z czasem, z nieprzerwanie płynącym potokiem ziemskiego istnienia. Ten potok jest nieskończoną zmianą powstawania i likwidowania: w nim wszystko bez przerwy się rodzi i umiera. Tym samy każdy, kto zanurzył się w tym potoku, podlega śmierci. Właśnie tak rozumie znaczenie zanurzenia Apostoł: Czyż nie wiadomo wam, że my wszyscy, którzyśmy otrzymali chrzest zanurzający w Chrystusa Jezusa, zostaliśmy zanurzeni w Jego śmierci? (Rz 6, 3).

Łącząc się ze światem i tym samym skazując się na śmierć, Syn Boży spełnia wolę Ojca niebieskiego: tak godzi się nam wypełnić wszystko, co sprawiedliwe (Mt 3, 15). Dlatego Jego zanurzenie się w wodzie jest zarazem wyrazem Jego wspólnoty z niebiosami: chrzest wodą i Duchem jest w tym wypadku jedną i nierozdzielną całością. W tym akcie zostaje wyrażona cała pełnia woli Bożej w odniesieniu do świata i z tego powodu jest on doskonałym objawieniem Boga, ujawnia się w nim najgłębsza tajemnica życia Bożego – tajemnica Trójjedni.

W łączności Boga z rodzącym się w czasie światem ujawnia się wewnętrzna różnica samych Bożych Hipostaz. W tej łączności ze światem Bóg tym samym ujawnia się i jako praźródło, z którego wypływa wszystko, co jest, i jako kochający Ojciec całego stworzenia. wszystko, co płynie, w Nim się zaczyna i z Niego się rodzi. W tym osnowa i istota relacji religijnej: albo nic nie mamy w Bogu, albo mamy w nim zaiste Ojca wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych.

Nie wyczerpuje to religijnych relacji z Bogiem. Bóg dla nas jest nie tylko Ojcem, jest żywym centrum wszystkiego, co rodzi się z Ojca w całym stającym się świecie, który powinien stać się Jego konkretnym wcieleniem. Takim wcielonym centrum wszystkiego, co powstaje, może nie być sam Ojciec wszystkiego, co istnieje. Właśnie jako Ojciec wszystkiego, co jest, On nie może pojawić się w konkretnym cielesnym wcieleniu i być centrum bez przerwy rodzącego się potoku zjawisk. Pierwotna zasada wszystkiego, co jest widzialne, sama powinna pozostawać niewidoczną. Boga nikt nigdy nie widział. Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, o Nim pouczył[10]. Bóg, który przyszedł w widzialnym wcieleniu, jest tym samym Jego inną, różną od Ojca, zrodzoną przez Niego Osobą: To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie[11]. W końcu, w połączeniu się ze światem Bóg ujawnia jeszcze trzecią zasadę lub trzecią Osobę. Ona w stosunku do świata jest nie tylko inną, zrodzoną przez Ojca Istotą, zanurzającą się w potoku świata, ale zarazem jest wszystko napełniającym Duchem Bożym, zwyciężającym śmierć i przekształcającą to, co jest martwe, w żywe. Chrzest wodą jest początkiem życia. Z tego powodu w chrzcie staje się jawnym zstępujący na Syna w postaci gołębicy Duch Boży. Przez wodę dokonuje się chrzest ku śmierci, a przez Ducha ku zmartwychwstaniu: Jeżeli bowiem przez śmierć, podobną do Jego śmierci, zostaliśmy z Nim złączeni w jedno, to tak samo będziemy z Nim złączeni w jedno przez podobne zmartwychwstanie (Rz 6, 5).

Całe późniejsze życie Chrystusa na ziemi jest dalszym ujawnianiem tego początkowego objawienia Boga, dokonanego bezpośrednio przed Jego wystąpieniem publicznym. Całe dzieło Chrystusa na ziemi nosi znamię Jego chrztu. Później, na znane pytanie Jana Chrzciciela, który ochrzcił Chrystusa: Czy ty jesteś tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać? (Mt 11, 3), Chrystus odpowiada wyliczeniem oznak autentycznego objawienia Boga: Idźcie i oznajmijcie Janowi to, co słyszycie i na co patrzycie: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię (Mt 11, 4-5). Oto bezpośredni skutek chrztu wodą i Duchem: potok, w którym zanurzył się Syn Boży, przestaje być potopem na zniszczenie wszelkiego ciała. Połączenie się Syna Bożego ze światem staje się początkiem powszechnego uzdrowienia – zwycięstwa nad śmiercią. W nim – początek kosmicznej rewolucji, która pojawia się następnie w Przemienieniu i w pełnym jasności Zmartwychwstaniu Chrystusa, czyli w pełnym odrodzeniu i zmianie samych praw natury tak duchowej, jak i cielesnej. Nie tylko duch ludzki, samo ciało staje się środowiskiem światłości – przejrzystą otoczką światłości. W ten sposób dokonuje się w Chrystusie zwycięstwo dnia Bożego, ostateczne oświecenie i przemienienie nocnego oblicza stworzenia. Bez względu na cierpienia obecne i przyszłe, tej radości nikt i nic nie odbierze.

Wokół rozpada się świat, uderzają pioruny. Ciemność bez światła zakryła niebo. Zewsząd jęki i płacz ziemi porzuconej przez Boga. Tymczasem nasza wiara, pewność dla mających nadzieję, postrzega w obłoku Bożą tęczę.



[1] Por. Mk 8, 18 (uwaga tłumacza).

[2] Ten werset nie występuje w polskim przekładzie Pieśni o niebieskiej księdze (uwaga tłumacza).

[3] „Oszukańczy jak księżyc”.

[4] Nieprzypadkiem w Ewangelii same akty opętania są priuroczeny do nowołunjam (Mt 17, 15).

[5] Por. E. Trubieckoj, Mietafiziczeskija priedpołożenija poznanija, dz. cyt., s. 324-325.

[6] W. Sołowjow, Istorija i buduszcznost’ tieokratii, s. 304.

[7] Ps 117, 24 (uwaga tłumacza).

[8] Por. znany tekst Motowiłowa o jego rozmowie ze św. Serafinem [Św. Serafin Sarowski. Ogień Ducha Świętego, przekład, przypisy i posłowie H. Paprocki, Białystok, 1992 (uwaga tłumacza)].

[9] Por. tekst powyżej.

[10] J 1, 18 (uwaga tłumacza).

[11] Mt 17, 5 (uwaga tłumacza).

tłumaczenie Henryk Paprocki

Cała książka w pdf
Eugeniusz Trubieckoj