tłumaczenia
Eugeniusz Trubieckoj, Sens Życia, Rozdział I. Światowy bezsens i sens świata
2013-10-25
I. BEZSENS ISTNIENIA

 

Przez wszystko, co zostało powiedziane, przygotowano postawienie podstawowego problemu tej pracy – problemu sensu istnienia w ogólności i życia ludzkiego w szczególności.

W szerokim sensie słowa wszystko, co rzeczywiste i możliwe, ma swój sens, czyli swoje znaczenie i miejsce w bezwarunkowej myśli. Natomiast pytanie o sens stawiane jest nie tylko jako problem prawdy, ale także w specyficznym znaczeniu problemu wartości. Tak postawiony problem nie został jeszcze rozwiązany, gdyż sens-prawda nie zgadza się z sensem-celem lub wartością.

Wszystko, co możliwe i rzeczywiste, ma swoje bezwarunkowe zakorzenienie w prawdzie, lub w bezwarunkowej myśli. Jednak to „zakorzenienie” nie jest jeszcze bezwarunkowe „dla czegoś”. Koniecznym założeniem logicznym wszelkiej myśli i świadomości jest wszechogarniająca absolutna myśl i wszechogarniająca absolutna świadomość. Tym samym jesteśmy zmuszeni logicznie zakładać sąd absolutnej myśli o świecie, w którym żyjemy – nie tylko sąd o jego istnieniu, ale także o jego wartości. Jednak nie wiemy, jaki jest werdykt tego sądu o wartości świata, czy jest on usprawiedliwieniem lub osądzeniem: logicznie negatywna ocena istnienia jest równie możliwa, jak i ocena pozytywna.

Problem sensu-celu nie tylko nie jest rozwiązany, ale nawet nie jest postawiony przez teorię poznania jako taką i przekracza jej granice. Jak już powiedziano, gnozeologiczne badanie „doprowadza nas do wniosku, że absolutna świadomość jest tą prawdą wszystkiego, która jest zakładana jako poszukiwana w procesie poznania. Pozostaje ona dla nas w pełni nieznana jeśli chodzi o życiowy sens tej prawdy, a tym samym o religijną wartość absolutnej świadomości. Czymże jest to „światowe oko”, które wszystko widzi, przenika dobro i zło, prawdę i nieprawdę? Czy ujawnia się w tym pozytywny, dobry sens świata, czy też, przeciwnie, to duchowe słońce jedynie wyjawia i oświeca jasnym światłem otchłań powszechnego bezsensu?[1].

Wszechjedna myśl zawiera w sobie od wieków bezwarunkowe „coś” wszelkiego możliwego przedmiotu poznania i świadomości, to jedyne, co może być wyjaśnione w granicach gnozeologii. Pytanie o to, czy zawiera ona w sobie coś bezwarunkowego dla wszystkiego, co istnieje i może istnieć, wchodzi do zadania innego, ontologicznego badania relacji wszechjednej świadomości i wszechjednej myśli do tej realnej treści, którą ona ogarnia. Jaki jest ten stosunek? Czy wyraża się on jedynie w tym, że bezwarunkowa myśl wszystko w sobie zawiera, wszystko sobą ogarnia, wszystko widzi, czy też ponadto nadaje temu wszystkiemu, co ogarnia, określony, pozytywny i bezwarunkowy cel? Mówiąc inaczej, czy zawiera ona w sobie ponad sensem logicznym także sens realny, życiowy sens lub też życiowe usprawiedliwienie zawartej w niej powszechności?

W zacytowanym powyżej przykładzie wędrowcy na brzegu rzeki zadają sobie pytanie, czym jest postrzegany przez nich poruszający się na horyzoncie dymek – obłokiem nie mającym żadnego odniesienia do ich celu i dążenia – czy też jest to środek transportu, który doprowadzi ich do celu podróży? To samo pytanie stawiamy sobie także my – uczestnicy i widzowie światowego procesu w stosunku do całego tego procesu. Czy jest to proces znikający i ulatujący jak dym przemijającego zjawiska, bez żadnego odniesienia do naszej drogi i celu, bez względu o jaki cel chodzi, czy też istnieje wszechjeden, bezwarunkowy cel, ku któremu jest ukierunkowany i który osiąga?

Pytanie to narzuca się nam, gdyż całe nasze życie jest dążeniem do celu, a tym samym poszukiwaniem sensu. Właśnie dlatego jest to problem dręczący: po pierwsze, w czym przejawia się właściwe człowiekowi poszukiwanie sensu-celu życia, czy istnieje okrutne cierpienie, wywołane przez otaczający nas bezsens. Ten sens, którego poszukujemy w codziennym doświadczeniu nie jest nam dany i nie jest przez nas postrzegany. Całe codzienne doświadczenie świadczy o czymś przeciwnym – o bezsensie. Z tymi świadectwami doświadczenia powinno się liczyć wszelkie rozwiązanie problemu sensu życia. Powinniśmy zacząć od zbadania tych negatywnych poszukiwań, kwestionujących naszą wiarę w sens. Pytamy więc: z jakich elementów składa się ta przygniatająca nas myśl o powszechnym bezsensie istnienia i cóż w niej mamy?

Od tego czasu, gdy człowieka zaczął rozmyślać o życiu – bezsensowne życie zawsze przedstawiało się jemu w postaci zamkniętego w sobie błędnego koła. Jest to dążenie, które nie osiąga celu i dlatego w fatalny sposób powraca do swego punktu wyjścia i bez końca się powtarza. O takim rozumieniu bezsensu wspaniale świadczą liczne wyobrażenia piekła u ludzi starożytności i u chrześcijan. Król Iksjon, wiecznie obracający się w ognistym kole, beczka Danaid, męki Tantala, praca Syzyfa – oto klasyczne przykłady przedstawiania bezsensu życia przez Greków. Analogiczne wyobrażenia mąk piekielnych można znaleźć u chrześcijan. Na przykład Swedenborg widział w piekle Kalwina, skazanego na wieczne pisanie książki o predestynacji. Każda napisana przez niego strona spadała do otchłani, przez co Kalwin był zmuszony bez końca zaczynać pracę od początku. W piekle wszystko jest wiecznym powtarzaniem, które nie osiąga końca i celu: dlatego nawet samo zniszczenie jest w piekle widmowe i przyjmuje formę bezsensownej nieskończoności, magicznego kręgu bez wyjścia. Jest to robak, który nie umiera i ogień, który nie gaśnie[2] – dwie siły, wiecznie niszczące i zarazem bezsilne, żeby zniszczyć do końca. Wąż, który gryzie własny ogon, oto symboliczne przedstawienie tego symbolicznego koła.

To koło nie jest jedynie czymś, co sobie tylko wyobrażamy. Piekło kryje się już w tej rzeczywistości, którą widzimy i obserwujemy. Wrażliwe dusze w samym naszym codziennym życiu rozpoznają to koło w jego niewątpliwych zjawiskach. Nie przypadkiem intuicja błędnego koła, leżącego u podstaw światowego procesu, jest patosem wszelkiego pesymizmu religijnego i filozoficznego. Czy weźmiemy pesymistyczny światopogląd starożytnych Indii, naukę Heraklita i Platona o wiecznych i tych samych przemianach kosmosu, czy Nietzschego o wiecznym powrocie (niem. die ewige Wiederkehr), wszędzie znajdziemy wariacje na ten sam temat: światowy proces jest nieskończonym, wiecznym powtarzaniem tego samego – jest dążeniem bezsilnym do stworzenia czegoś nowego w świecie. Ta myśl znalazła genialny wyraz w wypowiedzi „diabła” w „Braciach Karamazow” Dostojewskiego.

„Ależ ty myślisz ciągle – mówi diabeł do Iwana Karamazowa – o naszej obecnej Ziemi! Przecież obecna Ziemia sama może bilion razy się powtarzała; no, wskrzeszała się, lodowaciała, pękała, rozsypywała się, rozkładała na cząstki elementarne i znowu wody pokryły Ziemię, potem znowu kometa, znowu Słońce, znowu ze Słońca Ziemia… przecie ten proces może już nieskończoną ilość razy się powtarza, i wciąż tak samo do najmniejszego szczegółu. Arcynieprzyzwoite nudy…”[3].

W tym wyobrażeniu już nie piekło, a sam świat wydaje się być nieskończoną „Syzyfową pracą”. Jednak wrażenie „nudy” to błędne koło wywołuje jedynie do tego czasu, póki chodzi o martwą rzecz. Nudnym wydaje się nieskończone następstwo przypływu i odpływu morza, bezsensowne i wieczne tworzenie się i niszczenie systemów słonecznych, a w końcu bezsensowne obracanie się ziemi wokół swojej osi na podobieństwo bąka. Kiedy jednak od martwej rzeczy przechodzimy do życia, odczucie powszechnej marności staje się nieporównanie bardziej dręczące, gdyż wiąże się z wrażeniem porażki. Mamy do czynienia nie tylko z prostym brakiem celu, ale celem, którego się nie osiąga, zniszczoną iluzją sensu. W życiu żywych istot wszystko jest celowe, wszystko jest ukierunkowane ku celowi. Kiedy spostrzegamy, że i to dążenie jest marnością, że krąg życiowy w całości powtarza w bardziej skomplikowanej postaci obroty bączka wokół własnej osi – odczuwamy duszności. Doświadczamy duszności na widok powtarzania się niższej formy istnienia w wyższej…

Każdy z nas, bez wątpienia, miał okazję oglądać lasy ze zjedzonymi liśćmi podczas gorącego lata. Jest to dzieło gąsienicy motyla szkodnika lasów. Wiosną wykluwa się ona z jajeczek złożonych u korzeni drzew i wspina się na gałęzie, żeby jeść liście. Później, kiedy lasy są już zniszczone, ona przekształca się w poczwarkę, a potem w motyla. Ten motyl, fruwając nad ziemią, przeżywa swój jedyny radosny moment miłości, aby następnie umrzeć w strasznych mękach nad zrodzonymi przez siebie jajeczkami, które zostają przykryte na zimę jak futrem ciałem motyla. Następnie wiosną znowu rodzą się gąsienice, znowu pełzną, jedzą, stają się motylami, kochają i umierają. Poczwarki, motyle, gąsienice, poczwarki, motyle, gąsienice i tak dalej, do nieskończoności… Oto w najbardziej brutalnej postaci przedstawienie „kręgu życia”, tego samego, w którym w tej lub innej formie kręci się na ziemi każde życie. Jest on doskonale wyrażony w słowach modlitwy cerkiewnej: „z ziemi powstałeś i do ziemi powrócisz”[4]. Każdy obserwowany przez nas krąg życia na ziemi z fatalnym determinizmem kończy się śmiercią i przybiera formę bezsensownej nieskończoności, nieustannie powtarzających się narodzin i śmierci. Każde życie dąży do wzniesienia się nad ziemię i w nieunikniony sposób spada na ziemię, miesza się z prochem, a skrzydła, na których wzlatuje, okazują się być jedynie widmowy i znikającym pięknem poetyckim.

Czy zasługuje na nazwę „życie” to bezsensowne następstwo urodzeń i śmierci, ta ciągła zmiana wymierających pokoleń? Sama celowość budowy żywych organizmów, nadająca jej pozory rozumności, w istocie jedynie podkreśla marność ich istnienia, gdyż celowość ta jest ukierunkowana wyłącznie na jedno, co nigdy nie zostaje osiągnięte, a mianowicie na zachowanie życia. Umiera każde żywe indywiduum, a życie gatunku składa się z nieskończonej serii śmierci. To nie jest życie, a pozór życia. Równocześnie towarzyszy temu nieustanna „walka o byt”. Dla zachowania każdego indywidualnego życia potrzebna jest zguba innych indywidualnych istnień. W celu zachowania życia gąsienicy konieczne jest zniszczenie lasów. Krąg każdego życia jest podtrzymywany kosztem życia sąsiednich, tak samo zamkniętych kręgów, a bezsensowna nieskończoność życia polega na tym, że wszyscy się wzajemnie pożerają i nigdy nie są nasyceni. Jedno słońce świeci wszystkim żywym istotom, wszystkie je ogrzewa i wszystkie tak lub inaczej powtarzają w swoim życiu krąg solarny z jego okresowymi zmianami powszechnego wiosennego ożywienia i powszechnego zimowego umierania. Ogrzewając się zewnętrznymi promieniami wszyscy ożywiają się dla wzajemnego pożerania się, wszyscy walczą o lepsze miejsce pod słońcem, wszyscy chcą żyć i dlatego wszyscy podtrzymują bezsensowną nieskończoność śmierci i zabójstwa.

Im wyżej wspinamy się po drabinie istot, tym bardziej dręczące i gorszące jest kontemplowanie powszechnej marności.

Kiedy dochodzimy do najwyższego stopnia stworzenia – do człowieka – nasz ból z powodu nieskończonej męki żywego stworzenia, poddanego marności, komplikuje się przez odczucie smutku i graniczy z czarną rozpaczą, gdyż jesteśmy obecni przy rozkładzie najlepszej istoty, jaka jest w świecie. Zmęczony widowiskiem bezsensownej wegetacji świata roślin i pełnego marności życia zwierząt, nasze oko poszukuje odpoczynku w kontemplowaniu najwyższego stopnia, dusza chce się radować człowiekiem. Okazuje się to jednak pozorem. To, co najdoskonalsze w świecie, spada w otchłań, człowiek powtarza w swoim życiu najniższe formy istnienia, bezsensowny obieg martwej materii, wegetacja roślin i wszystko to, co nas odpycha w świecie zwierząt. Oto on przemyka się, pełza, je, przewyższa swoją pasją niszczenia najbardziej krwawego drapieżnika, jest wcieloną negacją wszystkiego, co święte, i ostatecznie umiera.

W tym wypadku widzimy coś większego, niż prosty brak sensu życia lub porażkę w jego osiąganiu. Przerażają nas negatywne drwiny z sensu, przerażająca parodia sensu życia człowieka i ludzkości.

Przede wszystkim w życiu ludzkości znajdziemy dowolną ilość bezsensu. We „Wspomnieniach z domu umarłych” Dostojewskiego wciąż ta sama bezsensowna, powtarzająca się praca jest przedstawiona jako okrutne drwiny z godności człowieka. Według Dostojewskiego jedną z najbardziej okrutnych kar dla człowieka jest powtarzanie bez końca jednego i tego samego szeregu czynności, na przykład „przenosić kupę ziemi z jednego miejsca na drugie i z powrotem”[5]. Koszmar życia tkwi w tym, że ono w zdumiewający sposób przypomina niepotrzebne i znieważające godność człowieka zajęcie. Proszę wziąć pod uwagę życie robotnika pracującego w fabryce, które przebiega pod znakiem powtarzania tych samych czynności przy warsztacie tkackim, życie urzędnika pocztowego, które sprowadza się do stemplowania i podpisywania niezliczonych dowodów nadania listów poleconych, a w końcu życie chłopca obsługującego windę w dużym hotelu, który od rana do wieczora i od wieczora do rana wozi gości z dołu na górę i z góry na dół, a zobaczymy, że istnienie tych ludzi, w ogóle życie wszystkich ludzi, przypomina nieskończone bieganie wiewiórki po kole. Każde bowiem życie w ten lub inny sposób odtwarza w sobie ruch jakiegoś bez końca powtarzającego się obrotu koła, któremu jest podporządkowane. Życie rolnika, który sieje, kosi, kosi i znowu sieje bez końca, jest podporządkowane kręgowi solarnemu, życie robotnika jest podporządkowane fabrycznemu kołu, życie urzędnika pracy ogromnego mechanizmu administracyjnego. W tym kręgu sam człowiek staje się kołem nieznanej mu maszyny. Jego różnica od wiewiórki jest jedynie taka, że posiada rozum zdolny do uświadomienia sobie własnego poniżenia oraz serce, które cierpi.

Proszę przypatrzeć się uważnie toczącemu się obok nas życiu, jak raduje się ten wystawiający dowody nadania urzędnik, kiedy zwrócimy się do niego z serdecznym słowem, albo ten chłopiec w windzie, kiedy porozmawiamy z nim o jego rodzinnej wsi lub rodzinie, proszę popatrzeć jak w przerwach swojej pracy z żarem czyta książkę, każde wydrukowane zdanie, które trafia w jego ręce, a zrozumiemy całą głębię ludzkiego dramatu marności istnienia. Ten chłopiec, jak i ten urzędnik chce być człowiekiem z indywidualnym imieniem, istotą jedyną w swoim rodzaju, a życie uczyniło z nich bezosobowe numery – jednego piszącą maszyną, a drugiego chłopcem przy maszynie. Cała ich istota buntuje się przeciwko tej niewoli, poszukuje ratunku w innym świecie, w książkach, być może w świecie równie fałszywym i iluzorycznym.

Można powiedzieć, że te wszystkie nudne i pozbawiające osobowości zajęcia, z których składa się marność życia, nie są autentycznym życiem. Wszystko to nie jest samym życiem, a zdobywaniem środków do życia. Wspaniale, ale po pierwsze większość ludzi jest tak bardzo pochłonięta troską o środki, że niekiedy nawet nie myślą o celach życia. Po drugie, czym jest ten cel, ze względu na który człowiek jest zmuszony poddać się marności? Jeden musi jeść i pić, a inny poza tym wykarmić potomstwo. Należy podtrzymywać to widmowe życie, które nieustannie umiera, należy walczyć ze śmiercią, bez żadnej nadziei, że osiągnie się zwycięstwo, gdyż śmierć wcześniej lub później weźmie, co do niej należy. Krąg biologiczny, prawo biologiczne utraty i odnowienia, to ono powoduje ruch mechanizmu życia ludzkiego, oto dlaczego poruszają się nieskończone koła, a w nich sam zdetronizowany król-człowiek ze swoimi marzeniami, pragnieniami i nadziejami.

Niepokoi nas niewola ducha, podporządkowanie woli, myśli i uczuć fatalnemu determinizmowi praw przyrody. Kiedy ten determinizm czyni nasze życie nie do zniesienia, chcemy się od niego oderwać i zabawić, musimy zapomnieć o własnej porażce. W tym celu mamy do dyspozycji wszystkie czary sztuki – poezji, malarstwa, muzyki – i całą mądrość filozofii. Czy duch ludzki znajduje w nich wyzwalające słowo, mogące go wyrwać z ciężkiej niewoli?

Niestety, w wielkiej sprawie duchowego wyzwolenia piękność i mądrość okazują się w większości wypadków narzędziem równie słabym, jak „książka” w ręku „chłopca w windzie”. Sztuka, opiewająca marność życia lub też nie dysponująca wystarczającą mocą, aby je przemienić, podnieść, zbyt często jest takim samym oszustwem, jak skrzydła, które na moment przekształcają wstrętną gąsienicę w pięknego motyla. Również w najbardziej rozpowszechnionej w ciągu wieków filozofii, który apoteozuje marność i wygłasza nad nią swoje „Amen”, nie znajdziemy autentycznego porywu duchowego, a coraz to nowe pomniki niewoli ducha ludzkiego.

Każdego dnia możemy oglądać upadek duchowy w wyrazistych, chociaż nieco karykaturalnych postaciach.

Dlaczego tak często doświadczamy poczucia głębokiego poruszenia i bólu na widok orkiestry grającej w restauracji? Dlaczego motywy muzyczne, przeniknięte na wskroś zapachem smażonego mięsa, wydają się nam skrajnym wyrazem trywialności człowieka, a muzycy we frakach, wykonawcy tych restauracyjnych melodii, wywołują więcej współczucia, niż klowni w cyrku? Dlatego, że w tym przekształceniu muzyki w akompaniament dla trawienia pokarmu niewola ludzkiego ducha ukazuje się nam w całej swej nagości! Jedzenie i picie są czymś jedynie istotnym w świecie, a „dźwięki niebios” są niczym więcej, jak przyprawą, pikantnym sosem do posiłku, właśnie o tym mówi to widowisko. Jeśli prawo biologiczne jest wszystkim w życiu, jeśli w nim nie ma nic metabiologicznego, ta właśnie taka jest rola wszelkiej muzyki, jak i w ogóle sztuki. Wtedy jej autentyczne przeznaczenie i miejsce jest w restauracji. Wtedy także rola filozofii sprowadza się do zadania skromnego akompaniamentu do ludzkiego apetytu i staje się bardzo podobna do roli orkiestry cygańskiej podczas śniadania.

Dodatkowo ta uczta życiowa człowieka jest tryumfem zwycięzcy w walce o byt. Z jego powodu leją się strumienie krwi, gdyż w zamkniętym kręgu istnienia biologicznego każde życie jest podtrzymywane kosztem istnienia innego życia, każdy tryumf jednego ogłasza śmierć innego i wiąże się z hasłem „Biada zwyciężonym”. Nie tylko życie niższych stworzeń, ale też nieskończona ilość ludzi staje się ofiarą bezlitosnego prawa „wojny przeciwko wszystkim”, prawa panującego w świecie. W życiu narodów, jak i w życiu drapieżnych zwierząt, wszystko jest dostosowane do walki o łakomy kęsek. W tym wypadku panuje ta sama teleologia walki o byt, co i w niższej przyrodzie. W tym podporządkowaniu kolektywnego życia człowieka niższemu prawu życia zwierząt, w tym uznaniu biologizmu za zasadę i normę stosunków między narodami, zawiera się jeden z najbardziej wyraźnych przejawów niewoli ludzkiego ducha.

Mamy do czynienia z jedną z najbardziej przykrych kolizji między właściwą człowiekowi żądzą sensu i panującym wszędzie bezsensem. Wiara w sens życia nierozerwalnie wiąże się z wiarą w człowieka jako nosiciela tego sensu, w bezwarunkową, królewską godność człowieka. Widzimy, że kolektywne życie człowieka w państwie przebiega w ten sposób, że nie ma w nim bezwarunkowej godności. Z jednej strony władcze wezwanie do kochania każdego człowieka jako takiego, a z drugiej strony wszystkie narody są uzbrojone w celu wzajemnego niszczenia się. Z jednej strony próba człowieka do wyrwania się z kręgu powszechnej walki o byt, do wzlotu nad ziemię w porywie miłości, a z drugiej strony nowa ilustracja bezsiły tej próby – państwo ze swoim okresowo powtarzającym się i okresowo tryumfującym hasłem – wszystko dla wojny.

W państwie przebiega całe życie człowieka i człowiek nie ma dokąd uciec przed państwem. Na skutek konieczności bronienia swego życia z bronią w ręku, państwo domaga się od człowieka pełnego napięcia wszystkich jego sił. Państwo dąży do podporządkowania sobie bez reszty całego człowieka ze wszystkimi jego dążeniami i pomysłami, zniewala go, jeszcze bardziej podporządkowuje jego ducha zasadzie biologicznej. Walka narodów ma miejsce ze względu na dobra materialne, ze względu na nowe terytoria, rynki i inne udogodnienia życiowe. Stąd właściwa państwu tendencja do afirmowania tych dóbr jako najważniejszych w świecie, do podporządkowania ducha ekonomii. Kiedy wysiłek nadludzkiego heroizmu, duchowy poryw człowieka, a w końcu największa ofiara miłości – oddanie własnego życia – miliony ludzkich ofiar – jest wymagana w tym celu, żeby jedno państwo żyło kosztem innego. Niezgodność między tym, co państwo daje człowiekowi, i tym, czego domaga się od człowieka, rzuca się w oczy. W tym wypadku ze względu na wartości materialne składa się w ofierze to, co jest nieskończenie bardziej cenne od wszelkich towarów, rynków i terytoriów. Jednak największe z możliwych zło życia państwowego wcale nie zawiera się w tej niezgodności, a we właściwej państwu tendencji do deformowania samego duchowego oblicza człowieka.

Dla celów państwa pożyteczny może być człowiek-kat lub szpieg, człowiek gotowy popełniać za pieniądze wszelkie przestępstwa. Państwo niekiedy potrzebuje usług prostytutek, które mogą poznać tajemnice dyplomatyczne. Państwu w wielu wypadkach dokonuje przekupstwa ludzkich sumień. Dla państwa może być pożyteczne, żeby wszyscy jego poddani stali się narzędziami wojny, okrutnymi i bezlitosnymi w stosunku do ludzi innej rasy, wychowanymi w nienawiści i gotowymi wyrzec się wszystkich przykazań w tych wypadkach, kiedy wymaga tego konieczność państwa. Państwo chce być dla człowieka wartością bezwarunkową i nie jest skłonne do uznania jakichkolwiek innych wartości, w tym także wartości ludzkiej duszy lub bezwarunkowej godności człowieka.

Wyobraźmy sobie, że ta bez wątpienia istniejąca tendencja do absolutyzmu państwowego kiedyś zatryumfuje, że państwo – odwołując się do sformułowania Hobbesa – rzeczywiście stanie się dla człowieka „śmiertelnym bogiem”. Wtedy świat okaże przerażający obraz tryumfującego bezsensu! Krąg bez wyjścia, w którym bezsilnie miota się ludzkie życie, będzie wtedy bliski doskonałości, gdyż jego ukoronowaniem jest ostateczna utrata człowieczeństwa.

Wyobraźmy sobie, że człowiek ze swoją „kulturą” całkowicie i bez reszty stał się kółkiem ogromnego mechanizmu, ukierunkowanego na wojnę jako na najwyższy i ostateczny cel. Będzie to znaczyć, że człowieka nie ma już w świecie, że zanikła sama pamięć o nim, gdyż została utracona jedyna jego wartościowa różnica w porównaniu z niższymi stworzeniami. Ta różnica i ta wartość to odnalezienie sensu życia, czego świat oczekiwał od ludzkiej świadomości i jego oświeconej woli. Okazuje się, że tego odnalezienia nie będzie! Przyszedł człowiek i świat pozostał taki sam, jakim był przed pojawieniem się człowieka – chaosem sił walczących o byt i w tej walce siejących śmierć! Zamiast tego, żeby przezwyciężyć bezsensowną nieskończoność powszechnej krwawej walki o byt, zaakceptował ją i udoskonalił jej mechanizm. Poświęcił temu celowi swoje wszystkie siły duchowe. Wojna okazała się celem całego postępu, najwyższą treścią ludzkiej kultury.

Nie mamy w tym wypadku do czynienia z niebezpieczeństwem grożącym światu w przyszłości. Za naszych dni wyjawienia bezsensu świata „kultura” okazała się być albo oszukańczym pięknem, albo narzędziem złego, drapieżnego życia. Ostatecznie nie wiemy, czy służy to człowieczeństwu, czy też zezwierzęceniu. Z tego powodu pytanie być czy nie być ludzkości nabiera szczególnego znaczenia. Przecież sama myśl o człowieku wiąże się z wyobrażeniem o nowej zasadzie metabiologicznej, którą człowiek wnosi w świat, z marzeniem o przezwyciężeniu prawa krwawej walki o byt, chociażby w relacjach między ludźmi.

Oto okazuje się, że to marzenie o pokoju nawet w granicach ludzkości nie jest niczym więcej, niż piękną iluzją. Na świecie nie ma pokoju. To, co nazywamy pokojem, w istocie jest rozejmem, a nawet gorzej, jest ukrytą wojną, jest stanem, w którym wszystko podporządkowano wojnie jako ostatecznemu celowi. Skończyły się czasy, kiedy przemysł uważano za „narzędzie postępu świata”. Obecnie przemysł występuje w podwójnej roli, narzędzia i stymulatora wojny. Okazuje się, że industrializacja jest wojownicza: właśnie dla niej potrzebne są nowe porty, nowe tereny, nowe szlaki komunikacyjne, a tym samym nowe zdobycze. Z drugiej strony każdy sukces przemysłu stwarza dla tych zdobyczy nowe narzędzia, a tym samym rodzi nowe pokusy. Jakże nie wykorzystać swoja „przewagę techniczną” nad państwem z mniej rozwiniętym przemysłem!

Z jednej strony wojna dla przemysłu, a z drugiej przemysł dla wojny, taki jest krąg, w którym toczy się życie narodów i państw. Jest to ni mniej, ni więcej, jak odtworzenie – w bardziej skomplikowanej postaci – kręgu biologicznego. Wszystkie żywe istoty trwają w stanie nieustannej wojny, walczą, żeby istnieć i istnieją, żeby walczyć. We wszystkim, co żyje, dokonuje się nieustanne przemienianie celów w środki i środków w cele. W całym świecie ten obraz ciągle wymykającego się celu przywodzi na myśl widmowość wszystkich celów, a tym samym brak celu życia. Kiedy jednak zwrócimy się do człowieka, zobaczymy, że i w jego życiu jest tylko bezsensowna nieskończoność środków zastępujących środki, a wtedy sytuacja staje się straszna. Czym bowiem jest wtedy świat, jeśli taki jest człowiek, jeśli jego dążenia do wzbicia się ponad krąg istnienia biologicznego jest bezsilne? Jeśli tak, to i cały proces rozwoju, wszystkie linie ewolucji od zwierzęcia do człowieka są pozorne. W świecie nie ma żadnego wstępowania, jest tylko wiecznie powtarzający się krąg, a człowiek nosi oszukańczą maskę, ukrywającą jego zwierzęcość.

Skoro wojna staje się ogólną treścią całego życia, nic w życiu nie jest neutralne. Życie ducha jest podporządkowane wojnie tak samo, jak życie ciała. Twórczość, napięcie woli, wszystkie wysiłki, są jedynie narzędziami wojny, a wszystko jest potrzebne jedynie w tym celu, żeby narody mogły walczyć ze sobą, czyli są potrzebne nowe udoskonalenia tego samego pierwotnego i prowadzącego do śmierci procesu biologicznego.

Wtedy postać zwierzęca przechodzi na inną płaszczyznę bytu, afirmując się jako istota wszystkiego, co jest duchowe. Nie dokonuje się uduchowienie życia zwierzęcego, a odwrotnie, zezwierzęcenie ducha. W tej nowej swojej postaci zwierzę staje się jeszcze straszniejsze. Pojawiają się nieznane dotychczas otchłanie. Nie przypadkiem we wszystkich religiach piekło jest zaludnione postaciami na poły zwierzęcymi i na poły ludzkimi. Te przypominające ludzi i zarazem zwierzęta postacie z rogami i kłami, z koźlimi mordami, z ptasimi szponami i dziobami, od wieków mówią o jednym i tym samym: człowiek nie zdołał przezwyciężyć zwierzęcia! Sama sfera ducha ma charakter zwierzęcy. Tym samym zwierzę jest autentyczną istotą człowieka, od której nie można uciec. Cały świat jest ciemnym królestwem, gdzie w wichrze krążą dwoiste postacie, parodie i karykatury, wyśmiewające się człowieka i demaskujące jego fałsz. Jeśli ludzie są czartami dręczącymi się wzajemnie w piekle, to człowiek jest de facto pustą pretensją i pustą nazwą.

Biologizm, doprowadzony do swojej skrajności, niezauważalnie i naturalnie przemienia się w satanizm. Kiedy panujące w świecie zło zostaje uduchowione, kiedy prawo walki o byt jest afirmowane nie tylko jako fakt, ale także jako norma, której powinna podporządkować się cała ludzkość, nasza rzeczywistość staje się bardzo podobna do piekła. Proszę popatrzeć na uzbrojone państwa, wrogo nastawione do siebie i okresowo zalewające świat krwią. Czyż nie przypominają one wspomnień o przedpotopowych, dawno temu zaginionych monstrach? Czyż te demoniczne postacie walczących ze sobą wielkich Lewiatanów nie mówią nam o tym samy, co postacie diabłów w piekle? W świecie nie ma człowieka, są jedynie udoskonalone ichtiozaury i orangutany z ich wiecznie powtarzającą się, wstrętnym tańcem!

Prosty powrót człowieka do świata zwierząt jest dla człowieka niemożliwy. Bez względu na to, jak bardzo upodobni się on do zwierzęcia, człowiek zachowuje jednak istotną różnicę – swoją wolność. Jeśli przyjmuje postać zwierzęcia, nie jest to dla niego coś naturalnego i koniecznego. Jest to odtworzenia zwierzęcia w ludzkiej wolności, kult zwierzęcia, afirmacja zasady zwierzęcej jako czegoś normalnego i koniecznego. Jest to upadek w niższą sferę życia sprzecznego z naturą człowieka i dlatego upadek ten jest straszny.

Nie tylko groza wojny, wszelkie przejawy niewoli ducha ludzkiego, wszelkie poddanie się niższym żywiołom prowadzi do wyjawienia w człowieku zwierzęcia. Niekiedy mamy do czynienia z prostym wygasaniem ducha, a wtedy człowiek staje się utuczonym zwierzęciem, o czym świadczą wygasłe twarze. Zdarza się też coś innego. Kiedy przez ludzkie cechy wyraźnie przebija się pysk wilka, kiedy człowiek rozgląda się na boki złym spojrzeniem drapieżnego ptaka, kiedy widzimy skażoną nieludzkimi żądzami twarz satyra z namaszczonymi olejem policzkami i słodkimi oczyma, zmuszającymi do pomyślenia o istnieniu ogona, duszę ogarnia trwoga, gdyż widzimy przejście bezsensownej nieskończoności kręgu biologicznego w ognisty krąg czarnej magii. Takie wrażenie wywołują wszystkie wady sprzeczne z naturą, na przykład nieludzkie okrucieństwo, które wyraża się w bezcelowym sprawianiu cierpień, w umyślnym poniżaniu człowieczeństwa. Są też inne wady, wywołujące mistyczne przerażenie: to te, które wchodzą w posługę religijną lub też parodiują wysiłek duchowy. Kiedy słyszymy o chłystowskich radienijach[6] lub dowiadujemy się o sprzecznych z naturą poczynaniach osób duchownych, wizja diabłów w piekle staje się dla nas autentyczną rzeczywistością, gdyż w tym wypadku bezsens świata przedstawia się nam już nie jako prosty brak lub nawet negowanie sensu, a jako wyraźne bluźnierstwo. Kiedy ludzki duch pogrąża się w tę otchłań, tym samy zamyka się fatalny krąg autoafirmującego się bezsensu. Wtedy nieskończone obroty ognistego koła Iksjona przestają być wizją i stają się rzeczywistością.

 

II. MARNOŚĆ ŻYCIA I ŻĄDANIE SENSU

 

Kiedy ujawniamy do końca tę intuicję bezsensu świata, zdumiewa nas w niej dziwna i paradoksalna cecha. Świadczy ona o czymś, co poza bezsensem, o czymś, co nie daje się wciągnąć w bezsens i porwać przez bezsens. Świat jest bezsensowny, ale ja o tym wiem, ponieważ moja świadomość jest wolna od tego bezsensu. Cała marność tego nieskończonego kręgu przewija się przede mną, ale ponieważ mam świadomość tej marności, więc w niej nie uczestniczą, moja świadomość przeciwstawia się jej jako coś innego, różnego od bezsensu. Ten, kto ma świadomość marności, jako uświadamiający sobie ten fakt, znajduje się poza zaklętym kręgiem. Gdyby moja myśl była całkowicie porwana przez ten heraklitowy nurt, to spłonęłaby cała w obrotach koła Iksjona. Nie mogłaby się od niego oddzielić, odróżnić go od siebie, uświadomić sobie. W celu uświadomienia sobie marności nasza myśl powinna dysponować jakimś punktem oparcia poza marnością.

Już nie pierwszy raz w tych rozważaniach znajdujemy taki myślowy punkt oparcia ponad chaosem. Widzieliśmy już, że intuicja wiecznego sensu nad bezsensem – wszechjednej autentycznej i bezwarunkowej świadomości ponad moją ograniczoną, zmienną i błądzącą świadomością – warunkuje samą możliwość poznania.

Przede mną przewijają się nieskończone szeregi odczuć i wyobrażeń, nie powiązanych ze sobą żadną jedną nicią i często sprzecznych ze sobą. Te wyobrażenia zderzają się ze sobą i usuwają jedno drugie z mojego ograniczonego pola widzenia. Na mocy ograniczoności mojej świadomości mogę uświadamiać sobie jedynie przez przejście w czasie od jednych szeregów wyobrażeń do innych. Wiem jednak, że gdzieś ponad tymi szeregami istnieje niezmienna prawda wszystkiego, w której od wieków jest dana i od wieków zrealizowana absolutna synteza wszystkich możliwych treści świadomości. Tam wszystkie te szeregi, które wydają się być chaotycznymi i rozbitymi, powiązane są w jedną całość związkiem bezwarunkowym i koniecznym. Nad heraklitowym nurtem zmiennych wyobrażeń jest wszechjedna i bezwarunkowa świadomość. Jest to konieczne założenie i punkt oparcia całego procesu poznawczego. Jedynie przez wniesienie się do tej wszechjednej świadomości, w której zawarty jest sens-prawda wszystkiego, co jest, ratuję się przed moim fałszem, przed moimi błędami, przed chaotycznym bezsensem moich wyobrażeń.

To samo odczuwamy, gdy bezsens nie pojawia się przed nami w teoretycznej formie zbłądzenia, a w praktycznej formie marności życiowej. Wtedy punkt oparcia nie jest jedynie myślowy. Odsuwam się od marności nie tylko przez myśl, ale także przez wolę, uczucia, przez całą moją istotę. Wyraźnym tego dowodem jest sam fakt mego cierpienia, mojej tęsknoty, mojej niechęci, a w końcu mojego przerażenia. Istota całkowicie pogrążona w tym zaczarowanym kręgu nie mogłaby ani cierpieć, ani zastanawiać się nad nim.

Marność jest straszna właśnie w porównaniu z sensem, którego pragniemy, inaczej byśmy jej nie rozpoznali. Bezcelowość i ciągłe powtarzanie się wywołują w nas tęsknotę właśnie dlatego, że całe nasze życie jest dążeniem do celu, do sensu. Nasze pragnienie sensu zawsze jest dążeniem naprzód i w górę. Dlatego zasmuca nas wieczne krążenie, które wskazuje na to, że w świecie nie ma ruchu do przodu, nie ma wstępowania ze stopnia na stopień, a jest jedynie bezsensowne dreptanie w miejscu. Dusza pragnie porywu, dąży do wzlotu i z tego powodu wstrętny jest dla niej ruch tylko na jednej płaszczyźnie.

Nie moglibyśmy martwić się z powodu tej marności, nie moglibyśmy wnikać żywym współcierpieniem w inne stworzenia, gdybyśmy nie mieli punktu oparcia ponad marnością, poza kręgiem cierpiącego życia. Nie moglibyśmy wznieść się ponad podziały wśród istot walczących o życie, gdyby nie było nam właściwe uczucie głębokiej solidarności wszystkiego, co żyje, gdybyśmy nie posiadali głębokiej intuicji jedności wszystkich istot w ich ogólnym dążeniu do jakiegoś celu każdego życia.

Świadomie lub nieświadomie całą moją istotą pragnę tego celu, żyję nadzieją na jakiś kres wszystkich życiowych dążeń – kres w sensie pełni życia. Kontemplowana przeze mnie marność jest dla mnie męcząca w porównaniu z tym kresem, którego gorliwie poszukuję. Męczące jest oszustwo, męczące jest rozczarowanie. Jednak rozczarowanie nie byłoby możliwe, gdyby w głębi mojej duszy, w jej podświadomej głębi nie żyło jakieś mnie samemu nieznane oczarowanie, oczekiwanie celu, kresu i sensu. Jedynie porównując rzeczywistość z tym sensem, mogę doświadczać cierpienia i tęsknoty. Jak ludzkie ucho nie słyszy fałszu, gdy nie czuje harmonii, tak i nasza myśl nie mogłaby uświadamiać sobie bezsensu, gdyby nie była oświecona jakimś sensem.

Popatrzmy uważnie na obraz błędnego koła i jasno odczujemy harmonię, która daje moc rozpoznania fałszu. Krąg we wszystkich religiach jest symbolem nieskończoności. Właśnie jako taki służy dla przedstawienia sensu i dla przedstawienia bezsensu. Jest krąg nieskończonej pełni: za nim tęsknimy i do niego dążymy przez całe życie. Jest też nieskończony krąg powszechnej marności – życie, które nigdy nie osiąga pełni, zawsze jest niszczone, wiecznie zaczyna się od nowa. To jest właśnie błędne koło, które nas niepokoi i leży u podstaw wszystkich przedstawień bezsensu w religiach i filozofii. To koło nieskończonej śmierci niepokoi nas właśnie jako parodia koła nieskończonego życia – celu wszystkich życiowych dążeń. Obraz wiecznej pustki istnienia niepokoi nas przez kontrast z intuicją pełni życia, do której dążymy. W tej pełni życia, tryumfującej nad wszystkimi przeszkodami – nad samą śmiercią – tkwi ten „sens” życia, którego brak tak bardzo nas niepokoi.

Sens świata, który jest przed nami jako cel naszych dążeń, jest wszechjednią. Chodzi o porządek i ład, w którym każde dążenie życiowe osiąga swoje ostateczne zadowolenie, każde życie osiąga pełnię. Pełnia życia, ostatecznie tryumfująca nad śmiercią, oraz jedność całego życia w tej pełni, w intuicji sensu świata są jednym i tym samym. Jest to zrozumiałe: pełnia życia może być zrealizowana wyłącznie pod warunkiem ostatecznego zakończenia walki o byt, dzielącej żywe stworzenia.

Ten sam związek między intuicją i percepcją bezsensu wyjaśnia nam jeszcze jedną godną uwagi cechę tej percepcji. Dlaczego nasze cierpienie z powodu człowieka jest najgłębsze ze wszystkich? Właśnie dlatego, że wiara w sens wszystkiego, co żyje, wiąże się dla nas przede wszystkim z myślą o pierwotnym stanie całego stworzenia – o wyższym stopniu ewolucji.

Czymże jest ta parodia sensu, która nas niepokoi w ludzkim życiu? Przypatrzmy się uważnie, a zobaczymy, że jest nicością, jeśli nie ma tego sensu, który jest parodiowany, wyśmiewany, wykpiwany przez życie. Wszystkie żywe istoty przeżywają bezsens, cierpią z tego powodu. Natomiast tylko jedna istota spośród wszystkich stworzeń – człowiek – przekracza ten bezsens swoją myślą, uświadamia go sobie i osądza jako niepotrzebny. Tylko człowiek wśród otaczającej go marności życia jest zwiastunem czegoś innego, co powinno być. Wzlot ludzkiej świadomości ponad marność uskrzydla nadzieję. Dlatego też, kiedy wzlot okazuje się być bezsilnym – nie jest życiowy, a tylko myślowy – ból z powodu marności świata rośnie do nieskończoności. Gdzie jest pełnia życia, gdzie jest jedność, harmonia i ład, oto pytania, które pojawiają się przy porażce i upadku człowieka, oto w czym zamyka się podstawowy problem szatańskich kpin z człowieka. Kpiny zakładają określoną intuicję sensu świata. Jeśli tego sensu nie ma ani w życiu, ani ponad życiem, to w nicość przekształcają się te wykpiwane cechy w postaci człowieka. Wtedy nie ma nic bezładnego, dzikiego i wstydliwego. Same kpiny z godności człowieka stają się bezprzedmiotowe, gdy tej godności w ogóle nie ma.

Całe cierpienie z powodu zdetronizowanego króla-człowieka byłoby niemożliwe, gdyby człowiek nie był w naszym rozumieniu królem, nosicielem i wyrazicielem sensu świata. Od człowieka, który zajmuje najwyższy stopień na drabinie istot, oczekujemy dalszego objawienia tego sensu, dalszego dążenia do innego planu bytu. Czujemy tę przynależność do innego planu: inaczej jak jego świadomość mogłaby przekroczyć nasz plan istnienia? W człowieku wszystko dwoi się, wszystko walczy. Udręka duchowa, której doświadczamy, jest właśnie wyrazem fatalnego rozdwojenia, sporu sensu i bezsensu w samym człowieku i o człowieku. Z jednej strony niewola duchowa, katastrofa światowej kultury, a z drugiej strony władcze wezwanie do innego, lepszego życia, wstyd za siebie i za innych oraz bezlitosny sąd sumienia, który świadczy o tym, że jest w człowieku coś, co przekracza jego upadek, jest niezniszczalne dążenie do sensu wbrew mocy bezsensu.

Sumienie buntujące się przeciwko marności i poniżeniu godności człowieka, oto wyraźny przejaw właściwego nam uświadamiania sobie sensu życia, którego nie porywa potok bezsensu. Jest to świadomość istnienia bezwarunkowej prawdy, która powinna zostać zrealizowana w życiu wbrew panującej w nim nieprawdzie. Popatrzmy, co zawiera to świadectwo sumienia.

Zostawmy na razie problem treści i skoncentrujmy się na tych formalnych oznakach sądu sumienia, które wskazał Kant. Co do treści świadomość moralna człowieka zmienia się, co znaczy, że problemy moralne w różnych epokach mogą być rozwiązywane w różny sposób. Bez względu na te decyzje sumienie zawsze jest świadectwem o czymś bezwarunkowo koniecznym. Rozumienie prawdy moralnej może się zmieniać, ale równocześnie pozostaje niezmiennym jeden element świadomości moralnej, a mianowicie nasze przekonanie, że jest coś bezwarunkowo koniecznego nad naszymi zmieniającym się myślami o tym, co być powinno, jest jakaś norma wyrażająca bezwarunkową i niezmienną prawdę o tym, co być powinno. Tę normę wszyscy zawsze powinni przestrzegać, we wszystkich wypadkach. Jest to podstawowe założenie każdej świadomości moralnej, o czym świadczy samo sumienie. Można uznać to świadectwo za podejrzane, można je odrzucić, można uznać za iluzję, ale nie można wątpić o jednym: sumienie jako takie jest właśnie afirmacją bezwarunkowej i powszechnej prawdy nad nami, a przy tym prawdy życiowej, którą powinniśmy naśladować w całym naszym życiu.

Czymże jest prawda moralna, o której świadczy sumienie? Oczywiście, nie jest to jakiś niezależny od nas „byt”, gdyż byt we wszystkim może być przeciwieństwem prawdy: prawda pozostaje prawdą, chociażby była naruszana w rzeczywistości. Z drugiej strony nie jest to też nasze, ludzkie przekonanie, gdyż nasze przekonania mogą mijać się z prawdą: prawda pozostaje prawdą, choćby jej nikt sobie nie uświadamiał. Znaczy to, że prawda nie jest myślą jakiegoś podmiotu psychologicznego, a jest bezwarunkową myślą o tym, co być powinno, której przypisuje się rzeczywistość i znaczenie, niezależnie od świadomości psychologicznej. Mamy więc do czynienia nie ze świadomością subiektywną, a bezwarunkową. Bezwarunkowa myśl o prawdzie zakładana jest przez nasz każdy osąd moralny jako coś, co jest, chociaż możemy sobie tego faktu nie uświadamiać. W ten sposób rozpatrzenie formalnych oznak sumienia doprowadza nas do tego samego wyniku, do którego doprowadza analiza wszelkiej świadomości. Nad naszą myślą jest myśl bezwarunkowa, która jest pierwotna: jako bezwarunkowa prawda o tym, co jest, jak i o tym, co być powinno, bezwarunkowa prawda o celu, ku któremu powinno dążyć nasze życie. Ten cel-prawda jest sensem życia, czyli bezwarunkową myślą o nim, która powinna zostać zrealizowana.

Głos sumienia jest odpowiedzią na pytanie wynikające z samej głębi dążeń człowieka.

Całe nasze życie jest dążeniem do celu. Od początku do końca stanowi ona hierarchię celów, z których jedne są podporządkowane drugim jako środki. Są cele upragnione nie same z siebie, a ze względu na coś innego: na przykład, trzeba pracować, aby jeść i pić. Są też jednak cele upragnione same z siebie. Każdy z nas ma coś nieskończenie dla niego wartościowego, ze względu na co żyje. Każdy świadomie lub nieświadomie zakłada taki cel lub wartość, dla których warto żyć. Ten cel, czyli życiowy sens jest założeniem niezniszczalnym, koniecznie związanym z życiem jako takim. Z tego powodu wszelkie porażki nie mogą powstrzymać człowieka w poszukiwaniu sensu. Inaczej całkowite rozczarowanie wyraziłoby się nawet nie w samobójstwie, a w śmierci, w pełnym zatrzymaniu życia: samobójstwo mimo wszystko jest aktem energii woli, ukierunkowanej na cel, a tym samym zakładającym cel. Akt ten świadczy nie o przekreśleniu dążenia do celu, a – przeciwnie – o sile tego dążenia i o rozpaczy wywołanej przez porażkę w jego osiągnięciu.

Nadzieja na odnalezienie sensu świadomie lub nieświadomie wprowadza w ruch całe człowieczeństwo – wolę, uczucia i myśli. Dlatego każda porażka na tej drodze jest jedynie nowym bodźcem do poznawania siebie samego i równocześnie do uświadomienia sobie tego sensu, którego poszukujemy i którym – sami o tym nie wiedząc – żyjemy. Całe życie, czy chcemy tego, czy też nie chcemy, bazuje na istnieniu jakiegoś bezwarunkowego celu. Świadectwo sumienia mówi o tym, że ten cel, ze względu na który warto żyć, jest prawdą obiektywną, bezwarunkową i powszechną, która przekracza wszelkie subiektywne pragnienia i opinie.

Czym jest ten cel, ze względu na który warto żyć, i ta obiektywna prawda życia, która powinna zostać zrealizowana w życiu? Co stanowi treść sensu życia? W tym pytaniu zawarty jest podstawowy motyw poszukiwań religijnych w całej historii. Różne nauki religijne i filozoficzne dają różne odpowiedzi na to pytanie, ale są też wspólne cechy, które zbliżają do siebie poszukiwaczy prawdy. Jest to sam przedmiot ich poszukiwań. W celu rozeznania się w szczegółach poszczególnych rozwiązań, należy przede wszystkim uważnie przypatrzeć się temu, co jest wspólne.

Już dawno temu zauważono, że poszukiwanie prawdy byłoby niemożliwe bez pewnej wstępnej wiedzy o samej prawdzie, gdyż można jedynie poszukiwać tego, o czymś coś wiemy, co powinno być znane poszukującemu. Jest to słuszne także w odniesieniu do poszukiwanego przez nas sensu życia. Już wcześniej opisaliśmy oznaki prawdy, które są zakładane przez każdego z jej poszukiwaczy. Są to oznaki pełni i wszechjedni.

Pełnia życia jako jeden cel dla wszystkich żyjących istot, oto przedmiot poszukiwań i wszystkich dążeń życiowych – jedyna prawda dla wszystkich. Takie jest założenie świadomości moralnej. Tęsknota za wszechjednią leży u podstaw wszystkich naszych cierpień, wywołanych przez marność i bezsens życia. Skoro jednak nasza świadomość przekracza tę marność, sam wzlot myślowy stanowi pewne wyjście z błędnego koła, w którym się poruszamy.

 

III. SPÓR O DROGĘ ŻYCIOWĄ

 

Istnieje wyraźna personifikacja tej wewnętrznej walki, która dokonuje się w człowieku, walki sensu i bezsensu. Jest to sen, jeden z najradośniejszych snów człowieka, a zarazem jeden z najbardziej rozpowszechnionych, często powtarzający się. Wydaje się, że ten sen przeżyli wszyscy ludzie, lub prawie wszyscy, a przy tym wielokrotnie. W śnie wydaje się nam, że latamy. Wokół biegają ludzie, chodzą, walczą. Jednak dla śniącego, że lata, nie ma żadnego ciężaru, dostępne są dla niego wszystkie wysokości. Cała jego istota pełna jest radości i lekkości. Istotna cecha takich snów to poczucie niezwykłego realizmu, który towarzyszy lataniu. Człowiek śpi i równocześnie nie wie, czy to jest sen, czy też jawa. Sen trwa nadal. Człowiek doświadcza swojej siły w nieprawdopodobnych wzlotach, na wysokościach wywołujących zawrót głowy, a te doświadczenia stają dowodem realności naszego wzlotu.

Nagłe przebudzenie niszczy tę radość i stawia nas twarzą w twarz wobec innej, też bezwzględnej rzeczywistości, z jej ociężałością w naszych członkach i płaszczyźnie, do której jesteśmy przykuci. Nie mamy sił nie tylko, żeby wzlecieć, ale nawet, żeby podnieść się z łóżka, nawet nie chce się nam podnieść z łóżka! Kiedy wstaniemy, czeka nas ten sam wstrętny, codzienny koszmar, od którego chcemy się uwolnić.

Ten sen kryje w sobie głęboki problem życiowy. Przed nami dwie rzeczywistości: rzeczywistość snu i rzeczywistość przebudzenia. Obie domagają się od nas uznania swej realności, narzucają się nam z mocą bezpośredniej oczywistości. Ociężałość naszych członków po przebudzeniu mówi, że autentyczną rzeczywistością jest właśnie ta powszednia, koszmarna, z jej marnością i bezsensem. Natomiast sen mówi o czymś innym, wprost przeciwnym. Realny jest jedynie ten skrzydlaty geniusz, którego odczuwamy w nas, realny jest tylko ten wzlot, rzeczywisty jest wyłącznie wzlot ponad bezsens. Wcale nie to widzenie jest snem, a ten koszmar powszechnego bezsensu i ociężałości, który pojawia się przed nami natychmiast po przebudzeniu.

Jak rozwiązać ten problem? Im bardziej w niego wnikamy, tym bardziej przekonujemy się, że ma żadnych przesłanek filozoficznych, żeby uznać świadectwo tak zwanej rzeczywistości, a nie świadectwo snu. Nie mamy żadnego prawa powoływać się na bezpośrednią oczywistość i wskazywać na nierealność „snu”, gdyż problem dotyczy tego, co jest rzeczywistością, a co jest snem, a bezpośrednia oczywistość, świadcząca o wiarygodności i realności w obu wypadkach jest taka sama.

Przeciwstawienie tak zwanej „rzeczywistości” i „snu” w ich wewnętrznej treści także nie daje nam żadnego rozwiązania, gdyż w tak zwanej „rzeczywistości” z jej chaosem, wewnętrznymi podziałami i wiecznie znikającymi iluzjami jest nieporównywalnie bardziej koszmarny, niż jasny i radosny sen.

Poza tym świadectwo naszego snu znajduje dla siebie liczne potwierdzenia.

Przecież sen jedynie przyobleka w fantastyczną formę to samo odczucie naszej wolności duchowej, które nas raduje także w chwilach naszego pełnego przebudzenia duchowego. Samo cierpienie człowieka, wywołane przez bezsens, wskazuje na niemożliwość całkowitego pogrążenia się w tym bezsensie. Jest taka siła, która nie poddaje się bezsensowi, odpycha nas od niego i odciąga. Kiedy dokonujemy naszego wzlotu, czujemy, że mamy skrzydła, przede wszystkim w pełnym mocy porywie naszej świadomości, w niezwykłym wzlocie naszych myśli. Gdzieś pod nami płynie gwałtowny potok bezsensownego życia, gdzieś w dole obracają się niezliczone koła kręgu życia, w równocześnie myśl wznosi się metaczasowe królestwo prawdy i sensu, aby stamtąd, z wysokości, w formie wieczności, kontemplować to, co jest czasowe. Osiągnąwszy graniczną wysokość wzlotu ponad marność, nasza myśl nie tylko odczuwa swoją wolność od niej, jak i pewną władzę na zmienną rzeczywistością. Mogę w każdej chwili zatrzymać w myśli ten czasowy proces, wskrzesić daleką przeszłość z jej wszystkimi wyrazistymi szczegółami. Gdzie Cezar, Napoleon, Platon lub Kant? Trafili w niebyt, zostali uniesieni w nieskończoną, odległą dal. Jednak wznosząc na metaczasową wysokość myśli, my ich widzimy, dla myśli oni są. Wbrew codziennemu doświadczeniu, w którym wszystko kończy się w każdej sekundzie, myśl ma odwagę powiedzieć: istnieje nieskończona przeszłość: w tym jej prawo i w tym jej siła. Podobnie przyszłość: w tym życiu, które jest pod nami, jej nie ma, ona jeszcze nie nastąpiła. Natomiast dla myśli ona jest zawsze i niezmiennie. W dowolnej chwili mogę ją uchwycić i wyobrazić sobie. Teraz jest lato, ale ja wiem, że w styczniu będzie zima. Teraz jest dzień, ale ja widzę jasną gwiaździstą noc, która zastąpi dzień. Teraz jest cisza, ale zamknijmy oczy, wsłuchajmy się w nasz wewnętrzny świat dźwięków! Czyż nie czujemy, że w każdej chwili możemy wysłuchać wewnętrznym słuchem każdą symfonię, tę, która była grana wczoraj i tę, która będzie grana jutro. Czegóż nie może myśl, która w dowolnej chwili zatrzymuje lecącą strzałę i wbrew codziennemu doświadczeniu ma pełne prawo powiedzieć: „strzała zatrzymała się”! Myśleć o ruchu znaczy właśnie znaleźć spoczynek w ruchu: świat myśli zawsze jest spoczynkiem.

Nie tylko myśl, dochodząc do sensu, doświadcza radości spoczynku, gdyż z nią wzlatuje też nasza wola. W dole, w świecie pogrążonym w fałszu, panuje podział, leją się potoki krwi. Natomiast moja wola całą mocą afirmuje ujawniającą się myśli metaczasową prawdę, jedność powszechnego celu i sensu ponad powszechną walką. Wzlot myśli przejawia się w tym wypadku jako świadomość o czymś bezwarunkowym. Kontemplując wszystkie objawienia naszej wolności duchowej, doświadczając naszej siły duchowej we wszystkich możliwych wzlotach i porywach, de facto przekonujemy się o prawdziwości wieszczego snu. W człowieku jest skrzydlaty geniusz, o którym świadczy sen. Jest jakaś ponadświatowa wysokość nad człowiekiem, gdzie unoszą nas te skrzydła.

W śnie i na jawie percypujemy nie tylko dwie różne, ale i dwie przeciwstawne, nie do pogodzenia, sprzeczne rzeczywistości. Która z nich jest prawdziwa? Gdzie jest autentyczny byt? Czemu wierzyć: codziennym, oczywistym dowodom siły ducha, czy też oczywistym dowodom jego bezsiły? W końcu, jeśli w człowieku spierają się dwa plany bytu, to do którego z nich powinien należeć sam człowiek? W którym z nich dwóch jest cel i sens jego życia?

Wokół tych problemów toczy się wieczny spór dwóch przeciwstawnych rozumień życia – przyrodzonego, który poszukuje autentycznego życia i jego sensu na płaszczyźnie codzienności oraz nadprzyrodzonego, który głosi, że prawdziwe życie i jego sens są skoncentrowane w innym, pozaświatowym planie bytu. Rozpatrzenie tych dwóch rozwiązań problemu życia prowadzi nas do stwierdzenia w obu wypadkach jednostronności, a tym samym niewystarczalności obu rozwiązań.

Według naturalizmu – religijnego i filozoficznego – autentyczne życie, koncentracja wszystkiego wartościowego, co jest w świecie, jest właśnie tym życiem, które toczy się w ziemskim planie życie, a autentycznym światem jest właśnie tym, który toczy się przed nami na jednej płaszczyźnie, periodycznie rodząc się i umierając. Wyraźnym przykładem takiego rozumienia życia może być religijność starogrecka z jej kultem tworzącej mocy przyrody z jej wspaniałymi bogami olimpijskimi. Wszyscy ci bogowie gromu i błyskawicy, fal morskich, blasku księżyca i oślepiającego jasnego nieba w południe – są personifikacją radości tego świata. Patos jest w tym świecie, o tym jednogłośnie mówią te przykłady. Religia grecka zna także inny świat, ale nie jest to świat nadziemny, a podziemny, pełen ciemności i to o nim mówi Odyseuszowi cień Achillesa, że lepiej być na ziemi niewolnikiem i parobkiem, niż w królestwie cieni panować nad zmarłymi[7].

Z upływem czasu, po Homerze, wyobrażenia Greków o świecie pozagrobowym zostały wzbogacone nowymi cechami: pojawiają się opowieści o polach elizejskich, gdzie na zasadzie wyjątku trafiają poszczególni „błogosławieni”, którzy „zachwycili bogów” i uczestniczą w ich nieśmiertelności[8]. Nie jest to jednak „tamten świat”, a jedynie inna, daleka sfera „tego świata”, kraina, w której nie zachodzi słońce, nasze słońce. Ten przywilej ziemskiego szczęścia dla niektórych wybrańców nie tylko nie wnosi jakichś istotnych zmian do greckiego rozumienia życia, ale podkreśla charakterystyczne dla tej świadomości preferowanie tego świata. Misteria eleuzyjskie[9], które pojawiły się znacznie później, wiążą się z obietnicą pozagrobowego „szczęścia” dla wtajemniczonych. Jednak również w tym wypadku nie mamy do czynienia z jakimś istotnym przewrotem w rozumieniu życia. Odwołując się do słów jednego z największych znawców religii starożytnych Greków, misteria eleuzyjskie nie wypracowały jakiejś nowej nauki o zmianie życia, nie dały jakiegoś nowego określenia nastroju religijnego, nie sformułowały jakiejś nowej, różnej od tradycyjnej, oceny wartości życiowych[10]. Całe „szczęście”, jakie obiecywały misteria, sprowadza się do złagodzenia losu pośmiertnego dla uczestników misteriów i przybrania ich życia w kształty tego świata. Jest szczególnie charakterystyczne, że wszystkie obietnice i nadzieje koncentrują się wokół postaci Persefony, periodycznie porywanej przez bogów podziemia i periodycznie powracającej na ziemię. Jest to dość niejasny obraz powrotu utraconego szczęścia ziemskiego i jedynie tego mogli oczekiwać uczestnicy misteriów.

Rozpowszechniony w starożytnej Grecji kult Dionizosa z wiarą w boga periodycznie umierającego i periodycznie ożywającego, także nie przenosił swoich zwolenników w inny plan istnienia, ponad ten świat. Odwrotnie, ekstaza dionizyjska była pogrążeniem się człowieka w tym świecie, w wiecznie powracającym kręgu życia przyrody, w którym nie ma ostatecznego porywu i zwycięstwa, a tym samym wszystko jest przykute do tej płaszczyzny, na której periodycznie powraca śmierć. Obrzędy kultu Dionizosa z ich pobudzającą zmysłową muzyką i szalonymi tańcami, przypominającymi radienija chłystów, wyrażały szaleńczą radość z istnienia tego świata. Jeśli przypomnimy sobie, że uczestnicy tych bachanalii po tańcach rozdzierali żywe zwierzęta, rwali je zębami i pożerali surowe, krwawe mięso[11], to zrozumiemy, że ten kult boga nie wznosił się ponad biologiczny krąg życia siejącego śmierć. Ekstaza dionizyjska nie była oświeceniem, a zezwierzęceniem, nie był to wzlot człowieka do sfery ponad człowiekiem, a przeciwnie, był spadaniem do sfery istnienia niższego od człowieka.

Obecnie tego typu naturalizm religijny jest bardzo powszechny. Światopogląd naturalistyczny uważa ziemski plan istnienia za jedyny i ma charakter antyreligijny. Religia za naszych dni liczy się jedynie z tymi kierunkami, które w różny sposób afirmują tamten świat. Zatrzymamy się przede wszystkim nad tymi, które są przeciwieństwem pełnego radości światopoglądu starożytnych Greków. Myślę o tych religiach Indii, które nie tylko nie uznają prawdy tego świata, ale nawet negują jego realność.

Przechodząc do tych religii czujemy się w duchowej atmosferze wieszczego snu. Głębia poszukiwań religijnych Indii wyraża się właśnie w tym, że przekształca wszystkie opinie zdrowego rozsądku w ich przeciwieństwo. To, co nazywamy rzeczywistością, jest de facto snem, a to, co nazywamy snem jest de facto autentyczną rzeczywistością i autentyczną wartością – tego naucza ascetyczna mądrość braminizmu[12] i buddyzmu[13]. Słowo „Budda” dosłownie znaczy „przebudzony”. Cała nauka tych religii nie jest niczym innym, jak próbą zrealizowania tego przebudzenia, wzniesienia się ponad zalew marności i bredzenia, które nie mają rzeczywistego bytu. Według buddyzmu, jak i braminizmu, autentycznym wyrazem prawdziwego życia i jego sensu nie jest ziemska rzeczywistość, a skrzydła, które unoszą nas daleko od niej.

Patos braminizmu w odczuciu potężnej wewnętrznej siły ducha, która unosi człowieka ponad wszystkie stworzenia ziemskie i podziemne, ponad słońce, ponad burzę, ponad samych bogów[14]. Ta siła ducha, która ujawnia się człowiekowi w modlitwie i w pełni autentycznej wizji jest jej autentyczna we wnętrzu, jej atmanem[15]. Jednak atman, którego człowiek znajduje w sobie przez pogrążenie się w samym sobie, jest jedynym autentycznym bytem. Kto go widzi, słyszy i bada, tym samym poznaje cały świat, odnajduje wszystkie inne istoty w swojej własnej istocie. W oszukańczym wyobrażeniu zmysłowym świat wydaje się nam wielorakim. Jednak przez pogrążenie się w samym sobie odnajdujemy jego jedność, dostrzegamy, że „jedno nie może istnieć bez drugiego”.

Percepcja wszechjedni przez pogrążenie się w samym sobie – oto główna intuicja religii Wed. Przeciwstawiając się intuicji istnienia sensu świata w otaczającej nas rzeczywistości, bezsensie, nauka Wed dochodzi do przekonania, że rzeczywistość jest widmowa. Jest to maja, czyli oszustwo, miraż naszego zmysłowego spojrzenia i naszej niedoskonałej wiedzy, nad które powinna się wznieść autentyczna wiedza. Autentyczne jest jedynie to, co jest absolutne, jedynie Bóstwo – Brahman – tożsame z wewnętrzną istotą (atman) człowieka i każdej istoty. Dusza człowieka nie jest wypływaniem i nie jest częścią istoty Bożej, a samą tą istotą, w której nie ma ani zmian, ani różnic, ani wielości[16]. Dlatego wiedza człowieka jest kontaktem z tym obserwatorem życia, który jest obecny w każdej istocie[17]. Jedność wszystkiego poznaje się w Brahmanie nie przez jakieś dowody, gdyż jest ona nie do udowodnienia, a przez bezpośrednią kontemplację. W tym wypadku mamy do czynienia z wyższą oczywistością[18]. Z tą teoretyczną afirmacją wszechjedności wiąże się praktyczny wymóg, żeby człowiek zrezygnował z wszystkiego, co jest indywidualne, odrzucił wszystkie egoistyczne pragnienia, wszelkie poszukiwania nagrody tu lub za grobem[19]. Cały nasz świat jest oszustwem i dlatego sens życia można osiągnąć przez całkowite wyrzeczenie się świata. Ideałem życiowym braminizmu jest całkowite rozpłynięcie się wszystkiego, co indywidualne, konkretne, w bezosobowej jedności światowego ducha, w Brahmanie.

Ascetyczne wyrzeczenie się wszystkiego jest w buddyzmie doprowadzone do końca. Jego ideał zamyka się w tym, żeby wznieść się nie tylko ponad życie skończone, indywidualne, ale ponad wszelkie życie jako takie, ponad samo dążenie do życia, ponad samo pragnienie nieśmiertelności. Buddyzm pozostawia bez odpowiedzi sam problem życia wiecznego indywiduum, żeby nie budzić w człowieku pragnienia życia, co stanowi źródło zła świata i cierpienia świata. W pełnej rezygnacji z życia zamyka się uspokojenie w „nirwanie”[20], co głosi buddyzm. W tym buddyjska świadomość religijna postrzega jedyne wyjście z błędnego koła nieskończenie powtarzających się narodzin i śmierci: żądza „nirwany” w tym wypadku jest uwarunkowana utożsamieniem samego życia z marnością.

Co jest celem poszukiwań religijnych, pozostaje ostatecznie bez odpowiedzi. Ascetyczna autonegacja i senne marzenie Indii okazuje się być taką samą półprawdą, jak i religijne odczucie starożytnych Greków. Ono również nie wyzwala nas z błędnego koła, jak i radość życia, którą personifikowali bogowie z Olimpu. Widzimy jedynie dwa przeciwstawne dążenia życiowe, dwie przecinające się linie życia. Jedna jest umocowana w ziemi, a druga ucieka od ziemi, ku górze. Jednak obie linie w fatalny sposób prowadzą do tego samego. Przemijające upicie się na uczcie Dionizosa okazuje się tak samo śmiercią, jak i wzlot hinduskiej ascezy. To, co nazywa się szczęściem w braminizmie, jak i w buddyzmie, nie jest w istocie zwycięstwem życia, a przeciwnie, jest zwycięstwem nas życiem, a tym samym jest zwycięstwem śmierci. Patos obu tych religii tkwi w ich odrzuceniu marności i w ich wzlocie ku transcendencji. Jednak w tym wzlocie nie znajdujemy życia, a śmierć.

W istocie religijność hinduska nie wierzy w sens, a w bezsens życia. Wyczuwa się poryw duchowy, ale kończy się on fatalną porażką, która świadczy o bezsile ducha i bezsile życia. Ostatecznie duch nie uduchowi ziemi, nie przeobrazi jej od wewnątrz, nie zwycięży w niej pierwotnej siły zła, a jedynie sam uratuje się przed tą siłą. Jego stosunek do ziemi jest wyłącznie negatywny, ulatuje na wieki od ziemi i tym samym oddaje ziemię z wszystkimi na niej żyjącymi we władzę cierpienia, zła i bezsensu. Męki są nadaremne, nadzieja jest złudna, gdyż w tym zbawieniu, które jest głoszone ascetom Indii, nie ma dla niej miejsca: nie jest to ratowanie życia, a wybawienie się od życia. „Zbawienie” brahmanów polega na zlikwidowaniu wszystkich konkretnych form, całej wielości stworzenia: życie Brahmana, które jest zachowane na wieczność, w ścisłym sensie słowa nie może być nazwane ich życiem. Jeśli chodzi o „zbawienie” buddystów, to polega ono na odcięciu się od życia jako takiego, na całkowitej negacji życia. W celu dokonania tego „zbawienia” należy przekreślić wszelkie dążenia, powinny zniknąć wszelkie barwy stworzenia. Wraz z radością życia powinno zniknąć piękno świata jako oszustwo.

Tym samym wzlot i poryw ku transcendencji przemienia się w nicość, co stanowi istotę religijnych poszukiwań Indii, gdyż wzlot ten nie prowadzi do celu. Wraz z duchem od ziemi ulata sens. Tym samym wszelki ruch jest marnością, samy wysiłek wzlotu na niebo ostatecznie okazuje się być oszustwem. Niebo pozostaje zamknięte na wieki, świat cielesny nigdy się z nim nie połączy.

Hinduskie i greckie rozwiązanie problemu sensu życia okazuje się być w jednakowym stopniu niewystarczające. Religijność grecka, afirmująca świat, zamiast kosmosu znajduje chaos, bezładną wielość walczących ze sobą sił, nie powiązanych jednością wspólnego sensu. Natomiast religijność hinduska całkowicie odrzuca świat jako nieistniejący i bezsensowny, a tym samym także nie znajduje sensu w świecie, a w zniszczeniu świata. W religii Greków mamy chaotyczną wielość żywych istot, które nie osiągają pełni wszechjednego i wiecznego życia, a w religii brahmanów jedno, wieczne życie Brahmana, wykluczające wielość indywidualnych form, natomiast w buddyzmie martwą pustkę, spokój śmierci w nirwanie. W każdym wypadku jest to przejaw tej samej porażki życia i poszukiwania jego sensu. Bez względu na to, czy człowiek poszukuje tego sensu na płaszczyźnie horyzontalnej ziemi, czy też w wertykalnym porywie ku innemu planowi egzystencji, rezultat obu tych ruchów jest ten sam: cierpienie z powodu nieosiągniętego sensu i powrót kręgu życia na ziemię, w bezsens, o czym mówi poeta:

 

O, śmiertelnej myśli wodotrysk!

O, wodotrysk niewyczerpany!

Jakież to prawo niezgłębione

Tobą kieruje, Tobą miota?

Z jakąż żądzą rwiesz się ku niebu,

Lecz dal niewidzialna jak fatum,

Łamie Twoje dążenie

I zrzuca z wysokości.

 

Obie te linie, wyrażają dwa podstawowe dążenia życia, ale linia horyzontalna i linia wertykalna przecinają się. Ponieważ obie te linie przedstawiają wszystkie możliwe kierunki życiowe, więc ich skrzyżowanie – krzyż – jest uniwersalnym schematycznym przedstawieniem drogi życiowej. W każdym życiu w nieunikniony sposób krzyżują się te dwie drogi i kierunki, dążenie ku górze i dążenie przed siebie na płaszczyźnie horyzontalnej. Drzewo, które całą swoją życiową mocą wznosi się od ziemi ku słońcu i równocześnie opuszcza się ku ziemi swoimi gałęziami, przedstawia symbolicznie w przestrzeni to skrzyżowanie, które dokonuje się także w życiu ducha.

Krzyż w tym sensie tkwi u podstaw każdego życia. Zupełnie niezależnie od tego, jak odnosimy się do Chrystusa i chrześcijaństwa, powinniśmy uznać, że przedstawienie życie w formie krzyża jest kosmicznym krzyżem, który wyraża architektoniczny szkielet całej drogi świata.

Czy jesteśmy zwolennikami chrześcijańskiego punktu widzenia, czy też nie, problem sensu życia prowadzi do problemu krzyża, gdyż poza dwoma przecinającymi się liniami życia nie może być żadnych innych: wszystkie inne drogi są jedynie wariantami tych dwóch. Jednak w zależności od tego, czy te drogi życiowe prowadzą do celu, czy kończą się sukcesem bądź porażką, sens krzyża będzie różny. Jeśli ostatecznym celem każdego życia jest śmierć, to skrzyżowanie linii życia jest wyłącznie wyrazem bólu, cierpienia, poniżenia i nic więcej. Wtedy krzyż jest jedynie symbolem powszechnej męki i takim znała go ludzkość przez Chrystusem. Inaczej przedstawia się ten problem, jeśli w skrzyżowaniu tych linii życie osiąga swoją pełnię, swój wieczny sens. Wtedy krzyż staje się symbolem zwycięstwa. W rzeczywistości dostępnej naszej obserwacji krzyż prowadzi do śmierci. Można więc postawić pytanie, czy krzyż może stać się życiodajny? Postawienie tego pytania oznacza przejście do jedynego prawidłowo postawionego problemu sensu życia.

 

IV. SENS ŚWIATA

 

Zaznaczone porażki w poszukiwaniu sensu życia mają znaczenie nie tylko negatywne: określając poszukiwany przez nas sens życia nowymi cechami negatywnymi, tym samym musimy zwrócić uwagę na jego cechy pozytywne. Dzięki gorzkiemu doświadczeniu życiowemu wiemy, gdzie ich nie ma i tym samym, drogą wykluczania zbliżamy się do tej jedynej drogi, na której możemy znaleźć sens.

Sukcesem nie kończy się ani afirmacja ziemi, personifikowana przez grecki Olimp, ani prostolinijna asceza i ucieczka od świata, proponowane przez starożytne Indie.

Ta podwójna porażka życia wskazuje, że obie drogi życiowe, które krzyżują się w świecie, nie są wystarczające jako samodzielne drogi: tym samym jedynie jako skrzyżowane prowadzą człowieka ku nowemu objawieniu tajemnicy świata. Jeśli ani niebo i ani ziemia, jeśli ani góra i ani dół w swej oddzielności nie zawierają w sobie sensu życia, tym samym sens życia znajduje się poza przeciwstawieniem nieba i ziemi. Jest on nie tylko większy od ziemi, ale także od nieba. Właśnie taki jest poszukiwany przez nas sens i w jednakowym stopniu doznaje klęski próba znalezienia go jedynie na ziemi lub jedynie na niebie. Sens nie mieści się w żadnym zamkniętym planie bytu, gdyż obejmuje wszystkie plany, cały świat, a sam przewyższa świat. Ta tęsknota, której doświadczamy na widok powtarzającej się bez końca krzątaniny życiowej, świadczy o istnieniu jakiegoś planu ponad ziemią.

Z drugiej strony, zostaje zdemaskowana jako fałszywa wszelka próba zrozumienia sensu życia jako czegoś całkowicie obcego ziemi i to na wieki.

Albo w ogóle nie ma tego sensu, dla którego żyjemy, albo jest to sens przekraczający ten świat. Albo nasza niegasnąca nadzieja pozbawiona jest wszelkiego punktu zaczepienia, albo też istnieje punkt oparcia Archimedesa, co pozwala poruszyć ziemię, podnieś ją ku górze wraz z wszystkimi na niej żyjącymi. Niebiosa, oderwane od ziemi są pozbawione życia i zimne: są równie dalekie od pełni, jak i autoafirmująca się ziemia, oderwana od nieba, a tym samym są pozbawione sensu. Dlatego też pełnia sensu świata może się pojawić jedynie przy połączeniu nieba i ziemi.

Jedno z dwojga – albo wszystko w świecie ma ostatecznie sens, albo jest bezsensowne. Albo jest wszechjeden sens, przenikający wszystko, co jest, na niebie i na ziemi, albo daremne jest poszukiwanie sensu. Jeśli istnieje sens życia, to powinien on być mocą wszystko zwyciężającą. Powinien on dysponować zdolnością, aby wszystko w sobie przemienić, nawet marność, nawet sam bezsens. W życiu świata nie powinien pozostać ani jeden zakamarek, który nie byłby oświecony przez sens. Sens powinien jaśnieć nie tylko na dole lub na górze, ale krzyżowymi promieniami jaśnieć na wszystkie strony. On powinien ujawnić się w cierpieniu, w niemocy stworzenia, w porażkach poszukiwania sensu, a nawet w samej śmierci.

Powinniśmy poszukiwać sensu życia nie w kierunku horyzontalnym lub wertykalnym, branych oddzielnie, a w połączeniu obu tych życiowych linii, tam, gdzie się one krzyżują. Jeśli jest sens życia, to powinna zostać zwyciężona i przemieniona w radość każda męka – fizyczna męka ziemskich stworzeń i ciężkie cierpienie duchowe, cierpienie z powodu nieudanego porywu ku niebiosom. Ten sens może być doświadczony przez krzyż. Ostatecznie problem sensu dotyczy faktu, czy pełnia nie umierającego, doskonałego, wiecznego życia może się zrodzić ze skrajnego cierpienia? Czy krzyż – symbol śmierci – może się stać źródłem i symbolem życia?

Problem sensu jest zarazem problemem istnienia Boga. Bóg, jako pełnia życia, jest podstawowym założeniem wszelkiego życia. To ze względu na Niego warto żyć, a bez Niego życie nie ma wartości. Jeśli nawet to założenie neguje codzienne doświadczenie, choćbyśmy na każdym kroku spotykali dowody bezsensu i bezbożności świata, to jednak w ostatniej instancji założenie sensu, na którym bazuje nasze całe życie, nie może być zanegowane przez żadne dowody. Choćbyśmy żyli w królestwie śmierci, choćbyśmy czuli całą niemoc ducha, bezsilnego, aby uduchowić ciało, choćbyśmy całą istotą odczuwali grozę świata porzuconego przez Boga, to jednak człowiek nigdy nie przestanie pytać, gdzie jest sens, gdzie jest Bóg. Będzie poszukiwał objawienia Bożego, które może ostatecznie odrzucić bezsens życia. Póki człowiek żyje, to poszukiwanie nie umrze, gdyż w samej osnowie jego życia jest oczywistość sensu wbrew świadectwu doświadczenia bezsensu.

Wiara w tę oczywistość oznacza uwierzenie w zwycięstwo życia nad cierpieniem, uwierzenie w zlikwidowanie śmierci, a tym samym w przemienienie samego krzyża z drogi śmierci w drogę życia. Ze wszystkich religii jedynie chrześcijaństwo daje i afirmuje pozytywne rozwiązanie problemu sensu życia. Tym samym tylko chrześcijaństwo pozytywnie rozwiązuje problem sensu życia. Mało tego, jest to jedyne możliwe rozwiązanie pozytywne. Powinniśmy albo zaakceptować to rozwiązanie, albo popaść w rozpacz z powodu braku sensu. Nie można odejść od tego dylematu: albo w świecie nie ma sensu i nie ma Boga, albo Bóg powinien okazać swoje zwycięstwo w centrum cierpień świata, w skrzyżowaniu dróg świata. Albo nie ma zwycięstwa sensu nad bezsensem, albo jest pełne i całemu światu okazane zwycięstwo na krzyżu. Celem każdego dążenia życiowego jest pełnia życia wiecznego, które nie umiera: właśnie ta pełnia, ku której zdąża każde życie, jest przedmiotem każdego poszukiwania religijnego, jego terminus ad quem. Jego punkt wyjściowy – terminus a quo – jest, przeciwnie, pozbawiony tej pełni i dlatego dąży do niej, cierpiący i umierający. Zadaniem świadomości religijnej jest więc znalezienie punktu jednoczącego dwa plany – wiecznej pełni życia, która jest poszukiwana przez wszystko, co żyje oraz cierpi. We wszystkich religiach to zadanie jest stawiane w różny sposób: poszukiwanie życia wiecznego jest ich wspólnym motywem, ale tylko jedna religia – chrześcijaństwo – znajduje rozwiązanie, osiąga cel. Ono jedno afirmuje przyszłe, pełne zjednoczenie obu zasad – Bożej pełni i świata dążącego i cierpiącego.

Chrześcijaństwo całą swoją osobą różni się zarówno od religijności greckiej, jak i hinduskiej. Wśród tych dwóch przeciwstawnych światopoglądów chrześcijaństwo stanowi odrębne, trzecie rozumienie świata, które jednoczy przeciwieństwo tego świata i tamtego świata. Według nauki Chrystusa Bóg wciela się w świat, a świat dotyka pełni życia Bożego. Jak już powiedziano, w tym zawiera się jedyne pozytywne rozwiązanie problemu sensu świata, które pozostaje jedynie przyjąć lub odrzucić. Innego rozwiązania nie ma. Jedno z dwojga – albo zjednoczenie Boga i świata dokonuje się i dokona się, albo cała historia świata jest bezsensem. Albo chrześcijańskie rozwiązanie problemu wartości życia, albo prosta rezygnacja z wiary w tę wartość, a tym samym rezygnacja z wszelkiej religii. Problem może nie dotyczyć wyboru między religiami, a jedynie wyboru między chrześcijaństwem i ateizmem. Jedyna i bezwarunkowa wartość chrześcijańskiego rozwiązania wyjaśnia się przez rozpatrzenie podstawowej zasady wiary chrześcijańskiej.

Wiara chrześcijańska jest przede wszystkim wiarą w Chrystusa – doskonałego Boga i równocześnie – doskonałego człowieka. Nie sam fakt wcielenia Boga stanowi odrębność chrześcijaństwa, jego różnicę w stosunku do innych religii, także nie przyjście Boga w postaci człowieka – a niepodzielna i bez pomieszania jedność Boga i człowieka. Bóstwo wcielona i Bóstwo w postaci człowieka jest znane wielu innym religiom. Natomiast chrześcijaństwo jest jedyną z tych religii, w której ani Boskość nie zostaje pochłonięta przez człowieczeństwo, ani człowieczeństwo przez Bóstwo, ale pozostają w jedności, nie przemieniają się w coś innego, trwają w swojej całej pełni i w jedności. Człowiek jednocząc się z Bogiem nie rozpływa się w Nim, przeciwnie, przywraca naruszoną przez cierpienie i śmierć integralność całej swojej istoty, osiągając pełnię i doskonałość swojego życia. Przeto korona stworzenia – doskonały człowiek – ogarnia w sobie pełnię Bóstwa, staje się Bogoczłowiekiem, co jest zarazem rozwiązaniem podstawowego problemu życia – jest jedynym możliwym wyjściem z błędnego koła, w którym obraca się świat.

Widzieliśmy, że błędne koło jest obrazem życia, które nie osiąga celu i dlatego ciągle powraca do jednego i tego samego punktu wyjścia. Jeśli pełnia życia Bożego jest rzeczywista, a przy tym na wieki łączy się z człowiekiem, to tym samym przerwany zostaje magiczny krąg bezcelowego i bezsensownego życia. Świat ma cel, który jest osiągany, cel bezwarunkowy, a czy można marzyć o jakimś wyższym dobru i wyższej prawdzie, niż połączenie się stworzenia z pełnią życia Bożego? W osobie pierworodnego całego stworzenia – człowieka – całe stworzenie wchodzi w jedność z Bogiem: przez Bogoczłowieczeństwo łaskę otrzymują także niższe stopnie bytu, przez Niego cały świat powinien zostać przebóstwiony. Jeśli tak, to proces światowy nie jest już bezsensowną nieskończonością: w nim jest koniec, który się osiąga – pełnia pięknego i wiecznego życia. Obserwowane przez nas życie świata nie jest już bezsensownym krążeniem, a ruchem ku bezwarunkowemu sensowi, połączeniem i skrzyżowaniem dwóch kierunków – naprzód i ku górze. Skoro połączyły się w świecie dwie zasady, Bóg stał się człowiekiem i cierpiał na krzyżu, a człowiek stał się synem Bożym, a tym samym cały świat jest pod cieniem życiodajnego krzyża i obie drogi życiowe nabierają sensu – droga horyzontalna w granicach planu ziemskiego i droga wertykalna – poryw ku wyższemu planowi. Póki między Bogiem i światem istnieje przepaść, obie drogi są niedostępne dla człowieka, obie są skazane na porażkę: póki nie ma zjednoczenia z Zasadą życia bezwarunkowego, każda droga życiowa w obu kierunkach prowadzi do śmierci. Skoro jednak Bóg zstąpił na ziemię, wziął na siebie nasze cierpienia i niemoce, On tym samym staje się wszędzie obecnym centrum świata. Jest on nade mną i przede mną: znajdę Go w duchowym porywie – ponad ziemią i w Jego ziemskim przejawie i centrum. Skoro Bóg jest wszystkim we wszystkich[21] – obie drogi świata prowadzą do celu, a tym samym obie są usprawiedliwione.

W Chrystusie krąg życiowy przestaje być błędnym kołem. Przez zwycięstwo na krzyżu zniszczona została bezsensowna nieskończoność i bezsensowna periodyczność śmierci. W przeciwieństwie do Dionizosa i innych bogów naturalistycznej religii, periodycznie umierających i periodycznie odradzających się, Chrystus raz umarł i zmartwychwstał[22]. W Nim zniszczone zostało prawo powszechnego periodycznego umierania. W Nim cały świat, od człowieka do najniższych stopni bytu, powinien raz na zawsze zmartwychwstać. Tym samym błędne koło powszechnej marności przemienia się w niebieski krąg wiecznego pokoju. Świat dochodzi do swego bezwarunkowego końca nie w sensie ustania istnienia, a w sensie osiągnięcia pełni bytu. Zdetronizowany król-człowiek, który utracił szczęśliwość, zostaje na nowo przywrócony w swojej królewskiej godności.

Stąd wynika, dlaczego właśnie przyjście Chrystusa na ziemię stanowi niewyczerpaną i pełną odpowiedź na pytanie o sens i na pokusę bezsensu. Cierpienie i śmierć, to na ich przykładzie jest najbardziej oczywisty panujący w świecie bezsens: powszechne wzajemne przyczynianie śmierci jako prawo samego życia na ziemi, oto oczywisty dowód nieprawdy tego życia. Błędne koło tego życia jest właśnie kręgiem cierpienia, śmierci i nieprawdy. Na czym powinno polegać ujawnienie sensu i prawdy, które przemieniają w nicość wszystko, co jest oczywiście im przeciwstawne? Na czym powinno polegać zwycięstwo, które otwiera nam sens?

Dobrowolne cierpienie Bogoczłowieka i zmartwychwstanie jako jej następstwo, oto jedyne w świecie objawienie sensu, które może nas zadowolić. Fatalne oddzielenie świata od Boga, oto podstawowa nieprawda jego istnienia. Nieprawda ta wyraża się we właściwym każdej istocie egoizmie, w dążeniu do postawienia swego życia i swojej woli jako najwyższej i bezwarunkowej. Tym samym głównym przejawem nieprawdy w świecie jest praktyczny ateizm, ale jest to zarazem źródło śmierci: stworzenie oderwane od praźródła życia tym samym jest skazane na bezsensowną nieskończoność wzajemnego niszczenia się i śmierci. Wszystkie te negatywne cechy bezsensu i nieprawdy tak lub inaczej sprowadzają się do negacji pozytywnej treści życia i prawdy, a tym samym ubocznie ujawnić tę treść.

Pierwsze, w czym powinno ujawnić się ponowne zjednoczenie stworzenia z Bogiem, a tym samym zrealizowanie bezwarunkowego sensu i prawdy w świecie, jest pełne wewnętrzne przezwyciężenie egoizmu, rezygnacja stworzenia z własnej woli i pełne, bezwarunkowe oddanie się Bogu. Ta decyzja – nie posiadania własnego życia, a życia wyłącznie Bogiem – oznacza stanie się naczyniem Boga. Pierwszym przejawem doskonałego zjednoczenia Boga i stworzenia powinna być doskonała ofiara. Właśnie doskonała ofiara jest najwyższym wyrazem ziemskiego wysiłku Chrystusa. Właśnie przez ten wysiłek Jego natura ludzka ujawniła pełnię i doskonałość swego zjednoczenia z Bogiem. Właśnie w posłuszeństwie Chrystusa do końca nie ujawniło się po prostu Jego człowieczeństwo, a Bogoczłowieczeństwo i właśnie przez samowyrzeczenie On stał się w nas przewodnikiem wiecznego życia Bożego.

Doskonała ofiara nie jest tylko wysiłkiem moralnym, jest to całkowity przewrót w całym życiu, bazującym na autoafirmacji egoizmu i dlatego jest początkiem przewrotu kosmicznego. Dwa światy, dwa przeciwstawne rodzaje życia zderzyły się na Golgocie – z jednej strony samowyrzeczenie się i oddanie się Bogu, a z drugiej strony wywołany przez to wysiłek wszystkich sił zła, całej nagromadzonej w świecie nienawiści. Okrzyk „Na krzyż!” nie wyraża w tym wypadku głosu wściekłego tłumu, a wszystkie życiowe dążenia świata oderwanego od Boga, świat, który chce żyć sam dla siebie, według siebie, w samym sobie znajdując najwyższy cel. Tym samym cierpienie i śmierć Bogoczłowieka są logiczną konsekwencją Jego doskonałej miłości do Boga. Właśnie ten fakt musiał doprowadzić posłuszeństwo do końca.

Właśnie ta śmierć jest ujawnieniem wyższej, bezwarunkowej prawdy, dla której Chrystus dobrowolnie złożył siebie w ofierze. Jest także oczywistym, dlaczego właśnie taka śmierć powinna stać się początkiem pełnego zwycięstwa nad śmiercią.

Jeśli Bóg jest życiem, to śmierć panująca w tym świecie jest możliwa wyłącznie jako skutek wyalienowania się świata od Boga. Umiera wszystko to, co jest oderwane od Boga, wszystko to, co poszukuje życia w oderwaniu od Boga. Natomiast „doskonała ofiara” przywraca pełną jedność między Bogiem i stworzeniem, a stworzenie powracając do źródła życia tym samy ożywa. Dobrowolna śmierć Bogoczłowieka właśnie oznacza przywrócenie związku człowieka z życiem wiecznym, przywrócenie naturze ludzkiej tego życia, które nie umiera. Życie Boże jest pełnią, a pełnia nie godzi się ze śmiercią. Nie jakaś część istoty człowieka powinna ożyć w tej pełni, a cały człowiek – duch i ciało. Dlatego koniecznym skutkiem tej śmierci jest zmartwychwstanie Chrystusa, który śmiercią zdeptał śmierć[23]. Życie Bogoczłowieka, Jego cierpienie, śmierć i zmartwychwstanie są powiązane nierozerwalnym łańcuchem logicznym. Jest to logika sensu świata. Jeśli Bóg jest życiem, to powinien objawić się światu jako miłość, która wszystko napełnia życiem. Inaczej ta miłość nie może się objawić światu. W przyjściu Chrystusa poznajemy sens świata po tych oznakach, które w pewien sposób już przed Jego przyjściem objawiały się człowiekowi, który szczerze poszukiwał sensu. W Nim znajdujemy objawienie poszukiwanej przez nas pełni i prawdy wszechjedności.

 

V. HORYZONTALNA LINIA ŻYCIA I JEJ UZASDNIENIE

 

W tej prawdzie jednoczą się obie drogi życiowe – horyzontalna linia życie i wertykalna linia życia. W tym zjednoczeniu obu linii – sama istota chrześcijaństwa.

Teza, że istota chrześcijaństwa wyczerpuje się w głoszeniu sensu świata pozagrobowego, znaczyłaby niezrozumienie najważniejszej cechy, całkowitego przezwyciężenia przeciwieństwa tego świata i tamtego świata. Dobra nowina „Wcielonego Słowa” oznacza, że to, co najdalsze, stało się bliskim, sens świata ostatecznie oświecił całe życie ziemskie. Zgodnie z tym w chrześcijaństwie punkt ciężkości nie tkwi w cierpieniu świata porzuconego przez Boga, a w radości, w jaką przemienia się męka krzyżowa, w radość Zmartwychwstania. Radość zostaje przywrócona różnym kręgom życiowym, wszystkim sferom bytu świata od najniższych do najwyższych. W tej radości obie linie – horyzontalna i wertykalna – łączą się w jedną żywą, nierozdzielną całość, w jeden życiodajny krzyż, a w przebiegu życia, w afirmacji jego planu ziemskiego wyczuwa się poryw do innego, wyższego planu. Poryw ku innemu światu jest odczuwany jako realne zdarzenie właśnie dlatego, że wszystko co ziemskie, wznosi się do nieba: przez ten poryw zostaje przezwyciężona granica między różnymi planami, ziemskim i niebieskim.

Po pierwsze, jedynie przez poryw ku królestwu wiecznego sensu możemy uzasadnić realność świata ziemskiego, jedynie przez ten wieczny sens i w odniesieniu do niego możemy afirmować wszystko, co istnieje. W czasie dokonuje się nieustanny ruch, czyli ciągłe przechodzenie od niebytu do istnienia i odwrotnie. Bezsensowna nieskończoność powszechnego umierania wyraża się w samej formie tego przemijającego istnienia, w czasie, który przedstawia formę powszechnego rodzenia i formę powszechnego umierania. Narodziny przechodzą bezpośrednio w śmierć, dzięki czemu Platon mówił o rzeczywistości czasowej, że ona wiecznie rodzi się i ginie, ale nigdy nie istnieje autentycznie. Już dawno temu zauważono, że w tej rzeczywistości nie ma nic autentycznego, gdyż ledwo zdążyliśmy nazwać tę autentyczność, jak ona staje się przeszłością, runęła w niebyt. Afirmowanie tej rzeczywistości jako istniejącej możliwe jest jedynie przez wzniesienie się ponad czas, czyli wtedy, gdy przeszłość, teraźniejszość i przyszłość wiążemy w jednej opinii. Kiedy mówimy – „las szumi”, „rzeka płynie”, „ogień płonie” – to afirmujemy jakieś dziejące się w czasie istnienie i proces. Natomiast możemy mówić o tym, co „trwa” jedynie wtedy, gdy nasza myśl wiąże w jedną całość całą serię momentów minionych i przyszłych, czyli afirmując realność zarówno tego, co minęło, jak i tego, co będzie. Jeśli będziemy afirmować jedynie realność teraźniejszości, to nie będzie żadnego „szumu lasu”, gdyż ten szum nie składa się tylko z jednej chwili, a z niezliczonych momentów przeszłości, zachowanych w pamięci i z równie niezliczonych momentów przyszłości, uchwyconych przez myśl: afirmować szum lasu jako nie zakończony w teraźniejszości, a jako trwający, mogę wyłącznie przez kontynuowanie jego w wyobraźni i myśli.

Cóż więc trwa w tym czasowym procesie, w którym każdy moment jest zniszczeniem? Już mówiłem: trwa w nim niezmienny sens, pewna treść świadomości, której nie porywa czas i nie zmienia, trwa wieczna prawda o tym, co się zmienia. Jedynie przez poryw ku tej wiecznej prawdzie, ku temu wiecznemu sensowi, mogę powiedzieć, że „las szumi”, że „rzeka płynie”, że w wiecznym ruchu coś trwa i coś jest.

Jedynie przez poryw ku wiecznemu sensowi mogę znaleźć autentyczny koniec tej płynnej rzeczywistości, przekonać się o tym, po co ona istnieje, przezwyciężyć ból wiecznego umierania świata i znaleźć radość jego wiecznej realności.

W chrześcijańskim rozwiązaniu problemu sensu życia radość jest przekazywana różnym kręgom życiowym, gdyż przekonujemy się nie tylko o ich realności, ale także o ich bezwarunkowym celu i wartości. Cały proces materialny zostaje uduchowiony w myśli o końcu, ku któremu jest skierowany. Obieg ziemi wokół słońca traci w tym wypadku charakter bezsensownego obracania się, gdyż przygotowuje ogólny poryw życia, który spełni się w oświeceniu w duchu autentycznego oświecenia stworzeń. Na niebie nie płoną nadaremno niezliczone ognie, oświecające kosmos. One mówią o autentycznym płomieniu życia, który jest wokół nich. Życie każdej roślinki na polu, każdego ptaszka w lesie, jak i każdego człowieka zdąża do tego samego kresu, którym jest wieczne Słońce całego procesu światowego, ku doskonałemu zjednoczeniu stworzenia z Bogiem, czego początek już się dokonał w Bogoczłowieku.

Tryumf życia i zwycięstwo nad śmiercią, dokonane w Chrystusie, jest jedynie początkiem powszechnego zmartwychwstania, do udziału w którym jest wezwany nie tylko człowiek, ale także niższe stworzenia. w tym wypadku mamy do czynienia ostateczne zakończenie logiki sensu świata. Jeśli Bóg jest autentycznym kresem wszystkiego, co istnieje, to On powinien stać się wszystkim we wszystkich. Jeśli Bóg jest miłością, to nic nie powinno być wyłączone z miłości, nie powinno istnieć niekochane stworzenie. W świecie nie powinno być niczego poza Bogiem, życie Boże powinno wszystko sobą napełnić. W niej wszystko powinno ożyć, i człowiek, i cała przyroda. Człowiek w tym wypadku jest jedynie pośrednikiem przez którego w świat przenika ta siła, która wszystko wskrzesza. Tak naucza chrześcijaństwo i w tej nauce jest objawienie sensu w tej pełni, jaką otrzymuje w niej cały świat, wszystko, co żyje.

Można to wyrazić słowami Apostoła Pawła: stworzenie z upragnieniem oczekuje objawienia się synów Bożych. Stworzenie bowiem zostało poddane marności – nie z własnej chęci, ale ze względu na tego, który je poddał – w nadziei, że również i ono zostanie wyzwolone z niewoli zepsucia, by uczestniczyć w wolności i chwale dzieci Bożych. Wiemy przecież, że całe stworzenie aż dotąd jęczy i wzdycha w bólach rodzenia (Rz 8, 19-22).

Jest to jedyne możliwe wyjście z błędnego koła i równocześnie uzasadnienie długiej i trudnej drogi ewolucji świata. Cała ewolucja, cały poryw od martwej materii do roślin, od roślin do zwierząt, od zwierząt do człowieka, jest procesem trudnym, wydaje się być nieskończoną serią cierpień i śmierci, co kończy się „niewolą zniszczenia”, powrotem do ziemi. W Ewangelii, którą Chrystus polecił głosić „całemu stworzeniu”[24], wszystko, co żyje, znajduje dla siebie wyzwalające słowo. Ewolucja wydaje się nam „pusta” jedynie do tego czasu, póki nie spostrzeżemy jej ostatecznej granicy. Kiedy ujawni się ta granica, koszmar powszechnej marności znika. Objawienie się chwalebnego Chrystusa rozdziera niebiosa od jednego krańca do drugiego jak błyskawica i cały świat napełnia się radością Zmartwychwstania Chrystusa, a w Nim Zmartwychwstania wszystkich stworzeń: Sądzę bowiem – mówi Apostoł – że cierpień teraźniejszych nie można stawiać na równi z chwałą, która ma się w nas objawić (Rz 8, 18).

Mamy w tym wypadku jedyne w świecie objawienie sensu świata. Pełny współczucia stosunek do żywych stworzeń występuje także w religiach Wschodu, w braminizmie i buddyzmie, ale współczucie i żałość są uzasadnione uznaniem marności każdego dążenia do istnienia. To „współczucie” nie zna nadziei, nie niesie ze sobą żadnej obietnicy i radości dla niższych stworzeń. Chrześcijaństwo inaczej kocha stworzenie: wierzy w jego bezwarunkową wartość i odkrywa ją w człowieku i przez człowieka jako dziedzictwo życia wiecznego.

Skoro nie ma planu bytu, który byłby w swej istocie obcy w stosunku do sensu świata, objawienie tego sensu powinno dokonać się w świecie duchowym i w świecie materialnym. Wyrazem tego objawienia nie jest odcięcie ducha od ciała, a – przeciwnie – przywrócenie wiecznego związku świata duchowego i świata materialnego. Oto dlaczego przyszły wiek przedstawia się chrześcijanom jako powszechne przywrócenie życia cielesnego, jako przyszłe zmartwychwstanie nie tylko człowieka, ale także całej przyrody.

Jeśli istnieje sens świata, to cały świat powinien przemienić się w jedną świątynię Bożą, cały świat powinien zgromadzić się wokół głosiciela tego sensu, czyli człowieka. Właśnie takie rozumienie kosmicznego znaczenia stworzeń znajdujemy w niezliczonych zabytkach chrześcijańskich, zwłaszcza wschodnich, w żywotach świętych i w ikonografii. Któż nie zna poetyckiego powiadania o niedźwiedziu, który przychodził do św. Sergiusza. Opowiadanie to zostało prawie dosłownie powtórzone w żywocie św. Serafina. Opowiadanie o kontaktach ze zwierzętami leśnymi i pustynnymi stanowi wspólną, typową cechę wielu prawosławnych żywotów, rosyjskich i wschodnich. Sam sens tych kontaktów jest zawsze taki sam. W żywocie św. Izaaka Syryjczyka powiedziano, że zwierzęta przychodzące do świętego odczuwały ten „zapach”, który wydzielał Adam przed upadkiem. Biograf św. Sergiusza, jego uczeń Epifaniusz, mówiąc o tym, że zwierzęta słuchały świętego, zauważa: „Niech nikt się temu nie dziwi, wiedząc, że kiedy w jakimś człowieku żyje Bóg i spoczywa na nim Duch Święty, to wszystko mu się podporządkowuje, jak stworzonemu Adamowi przed naruszeniem przykazania Bożego, gdy on także sam jeden żył w pustelni wszystko było mu poddane”[25].

Ta sama myśl o rajskim stosunku człowieka do stworzeń, co zostaje częściowo przywrócone w życiu świętych, powinno zostać w całej pełni przywrócone na przyszłej nowej ziemi[26], a co znajduje pełny wyraz w ikonografii rosyjskiej. Nierzadko przedstawia ona świątynię jednoczącą wokół siebie całe stworzenie. Na ikonach „W Tobie raduje się, Łaski Pełna, całe stworzenie” znajdujemy Bogurodzicę na tle świątyni, a wokół świątyni „zgromadzenie Aniołów”, „ludzki rodzaj”, rajska roślinność, a na innych ikonach zwierzęta i ptaki, a więc zgromadzenie wszystkich stworzeń wokół Matki Bożej jako miłującego serca świata. Na ikonach „Wszystko, co żyje, niechaj chwali Pana” widzimy znowu świat – rodzaj ludzki, aniołów, zwierzęta, ptaki, rajską rzeczywistość i gwiazdy niebieskie – a w centrum Chrystusa, otoczonego niebieskimi sferami[27]. Jest to przyszły kosmos, zgromadzony w Chrystusie, ogrzany macierzyńską miłością Bogurodzicy i wskrzeszony w Bogu, co chrześcijaństwo przeciwstawia chaosowi obecnie panującemu na ziemi.

W tym przyszłym kosmosie sama materia staje się przezroczystą otoczką sensu duchowego. Jednostronny spirytualizm, pogardzający materią, odrzucający ją jako coś bezsensownego i pogardzanego, jest w istocie obcy temu światopoglądowi dla którego nie ma stworzenia, w istocie swej bezsensownego. Myśl o powszechnym zmartwychwstaniu cielesnym zawiera w sobie pełną rehabilitację materii: materia nie zostaje zlikwidowana, a uduchowiona, oświecona, staje się „ciałem duchowym”[28], o którym mówi Apostoł, przemienionym przez łaskę, wprowadzonym w chwałę Bożą.

Objawienie przyszłej, przemienionej cielesności chrześcijaństwo postrzega w obrazie Przemienienia Chrystusa. „Przemienił się wobec nich: Twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło” (Mt 17, 2). W tym obrazie mamy przedstawione przyszłego przyjścia Bogoczłowieka, a więc nie tylko ducha, ale także ciała, które stało się „szatą” Bóstwa. Żadnego innego ciała, poza uduchowionym, żywym, nie powinno być w przyszłym świecie: nie ma w nim miejsca dla martwej materii, gdyż w Bogu wszystko żyje. Zwłaszcza w chrześcijaństwie wschodnim objawienie „światła Taboru”, które oświeca całe „nowe stworzenie”, jest istotnym elementem takiego odczuwania życia. W „żywotach” prawosławnych często czytamy o objawieniu jaśniejącego słońcem oblicza świętych w chwilach ich największego porywu duchowego. W Apokalipsie mówi się o wizji „niewiasty przyobleczonej w słońce”[29].

Wszystko to jest szeregiem aluzji do przyszłego przemienienia materii, które uczyni cały świat materialny wcieleniem wiecznego sensu duchowego. Tu, na ziemi, nie taki jest stosunek ducha do ciała w ogólności, a do światła słonecznego w szczególności. Jest to wyłącznie stosunek zewnętrzny. Ziemia obraca się wokół słońca, rośliny zwracają się do słońca, zwierzęta i ptaki radują się słońcem, ale od wewnątrz ich całe życie nie jest przenikane przez słońce i pozostaje obce słońcu. Ze swej strony również słońce nie przenika życia duchowego. Jest ono wyłącznie fizyczne, a nie metafizyczne, nie jest duchowym centrum stworzeń. Z tego powodu jest jedynie pozornym „źródłem życia” dla stworzeń, które się nim radują i tę radość czeka szybki i nieodwracalny koniec.

W przyszłym królestwie sensu tak nie będzie: nie przypadkiem prorocza wizja postrzega tam ludzi przyobleczonych w słońce i gwiazdy. Życie naszej planety i zamieszkujących ją istot nie będzie wyłącznie obracaniem się wokół słońca. W słońce przyoblecze się kiedyś samo źródło życia. Wtedy stosunek do słońca z zewnętrznego stanie się wewnętrznym, samo życie stanie się na wskroś słonecznym, jak szaty Chrystusa na Taborze, co określa całą radość, jaką daje słońce zalewające pola i lasy. Uzasadniony jest więc poryw skowronka i symfonia śpiewów ptaków i cała gama poezji człowieka. Uzasadnione są barwy życia, te radosne, gdyż uprzedzają barwy nowego życia, i bolesne, gdyż przygotowują nas do tej radości. Uzasadniona jest powszechna radość, jaką wywołuje świat, gdyż jest ona rzeczywistym zwiastunem powszechnego zmartwychwstania i przemienienia.

 

VI. WERTYKALNA LINIA ŻYCIA I JEJ UZASADNIENIE

 

Uzasadnienie horyzontalnej linii życia zawiera się w myśli o przyszłej nowej ziemi, pełnej absolutnej, duchowej treści i sensu. Płaskie życie tego świata jest uzasadnione na tyle, na ile wznosi się ono do innego planu i w nim ulega przemienieniu. Znaczy to, że w tym wypadku linia horyzontalna nie jest uzasadniona sama z siebie, wzięta w swojej oddzielności, a w połączeniu z linią wertykalną. Jedynie w zjednoczeniu obu linii można znaleźć uzasadnienie ich obu. Potwierdzają to wszystkie dane naszego doświadczenia o wertykalnej drodze życia.

Czym wyjaśnić fatalną porażkę duchowego porywu religii Indii? Dlaczego myśl, do której wznosi się duch, okazuje się ostatecznie być pustynna i martwa? Dlatego, że rzeczywisty poryw ziemi ku niebu wcale nie ma miejsca. Duch ludzki, jak powiedziano, wcale nie wznosi się ponad ziemię, gdyż jest on po prostu negowany. Po oddzieleniu się od ziemi on nic z niej nie bierze, ani obrazów, ani barw, ani żadnych form, które mogłyby być ogarnięte przez tamten świat. Obrazy, barwy, formy, wszystko to jest godne pogardy, widmowe, jest marnością, różnymi przejawami „maji”[30], z której należy zrezygnować. Chodzi w tym wypadku o całe nasze indywidualne życie, o to wszystko, co nazywamy życiem. Nie powinno dziwić, że wzlatując ponad świat człowiek nie wznosi się do królestwa żywego sensu, a do pustej i martwej sfery czystej abstrakcji.

Coś innego widzimy w chrześcijaństwie. Przez życie, mękę i zmartwychwstanie Chrystusa z ziemi zostało zdjęte przekleństwo. Cała ziemia uczestniczy w tym wstępowaniu życia, ukierunkowanym ku niebu. Dąży do uchwycenia świata niebieskiego, którego poszukuje i dlatego sama jest pełna obrazów tamtego świata. Mówiąc słowami Platona, w niej, jak na wodach, to mętnych, to kryształowo czystych, odbija się idea, przedwieczny Boży zamysł w stosunku do stworzenia. Te obrazy nie powstrzymują duszy, jej wzlotu ku innym światom, gdyż w nich wyczuwa się lekkość ducha. W nich ziemskie barwy i ziemskie formy stają się po części symbolami, po części bezpośrednimi przedstawieniami tamtego świata, który de facto zstępuje na ziemię. Hinduskie niebo jest puste, a niebo, które objawia się chrześcijaninowi, jest pełne wizji. Nie powinno to dziwić. Skoro Bóg się wcielił na ziemi, tym samym uświęcone zostały ziemskie obrazy i barwy, usprawiedliwiona została materia. Z naszych ludzkich prób przedstawienia tamtego świata zdjęto zostało podejrzenie o szyderstwo.

Im bardziej wyraziste są te obrazy, ty bardziej godne zaufania i tym bardziej rzeczywisty jest poryw duchowy, który się w nich wyczuwa. Kto rzeczywiście całą duszą wzlatuje na niebo, ten je widzi. Jest to zarazem uzasadnienie ikonografii. Jeśli to, co największe i święte wcieliło się, to może być przedstawione. Te przedstawienia służą jako świadectwo porywu, osiągniętego, zrealizowanego.

Jednym z najbardziej wyraźnych przedstawień tamtego świata jest prawosławna, a zwłaszcza rosyjska ikona. Co na niej widzimy? Słońce i gwiazdy, lazur nieba i mrok nocy, światło południa i purpurę zorzy, nocy pożar, wszystko to ikona przenosi do kontemplowania tego świata, ale postrzega w nim obrazy świata innego. Jak już pisałem, te barwy, które wyrażają tamten świat, i zawsze „kolor niebieski miał dwa znaczenia – zwykłe i zarazem symboliczne. Są to kolory naszego widzialnego nieba, które nabrały umownego, symbolicznego znaczenia znaku nieba transcendentnego. Wielcy mistrzowie ikonografii ruskiej, podobnie jak i pierwsi autorzy jej symboliki – ikonografowie greccy – bez wątpienia byli głębokimi i subtelnymi obserwatorami nieba w obu znaczeniach tego słowa. Jedno z nich, niebo ziemskie, oglądali swymi cielesnymi oczami. Drugie zaś, transcendentne, kontemplowali oczami wewnętrznymi. Niebo transcendentne żyło w ich wewnętrznych przeżyciach religijnych. Dlatego też ich twórczość artystyczna wiązała jedno niebo z drugim. Transcendentne niebo ozdabiali wielokolorową tęczą kolorów ziemskich. W tej ozdobie nie było niczego przypadkowego i dowolnego”[31].

Kto ma rację w tym wypadku – ikonografowie z ich wiarą w możliwość widzenia i przedstawienia świata duchowego i Bożego w jego wcieleniu, czy ikonoklastyczna, protestancka religijność, według której ikonograficzne podejście do tajemnic Bożych jest szyderczym materializmem? Z punktu widzenia wiary we wcielone Słowo powinien zostać usprawiedliwiony ikonograf, a nie ikonoklasta, gdyż ikonografia jest afirmacją wcielenia Boga. Dzięki tej wierze we wcielenie Boga i w możliwość widzenia tajemnic Bożych, możliwy jest poryw duchowy ku innemu światu, staje się on realny. Żeby był on życiowym, człowiek powinien wznieść się nie tylko myślą, ale całą duszą, sercem, uczuciem, wyobraźnią. Jakiż jednak punkt oparcia może dać wyobraźni i uczuciom bezbarwny świat czystej abstrakcji? Jaką miłością może rozpalać serca nirwana lub „jedno bez drugiego” braminizmu, gdy samo serce ludzkie, jak i wszystko, co jest konkretne, indywidualne, powinno zostać zlikwidowane, zamienić się w nicość! Taki poryw prowadzi do śmierci. Przeciwnie, poryw chrześcijański prowadzi do życia, gdyż niebo, ku któremu się kieruje, jest pełne obrazów rozpalających serca. Nie przypadkiem chrześcijaństwo naucza, że Chrystus wyprowadził ludzkie dusze z piekła i otworzył im niebo: niebo byłoby niedostępne dla człowieka, gdyby nie było w nim Bogoczłowieka, który wstąpił na niebo, a w Jego otoczeniu zmartwychwstałych dusz i zmartwychwstałej ziemskiej przyrody.

W ten sposób realność porywu duchowego w chrześcijaństwie jest uwarunkowana żywymi, konkretnymi obrazami świata innego, do których człowiek przylgnął sercem. Obrazy te są wzięte z ziemi na niebo, ale wbrew ikonoklazmowi wszystkich wieków nie jest to żadna kpina, ale autentyczne przedstawienie świętości, w którym wertykalna linia życia znajduje swoje uzasadnienie i usprawiedliwienie. Właśnie fakt, że obrazy te są wzięte z ziemi, wskazuje, że właściwe człowiekowi dążenie ku innemu światu osiąga swój cel. Wniebowstąpienie Chrystusa – pierworodnego i przywódcy całej ludzkości – jest personifikacją nadziei wszystkich ludzi i uzasadnieniem ich każdego wzlotu duchowego.

Przekonujemy się jeszcze raz, że ani jedna z dwóch linii życia nie może być uzasadniona w swojej oddzielności i jedynie w ich skrzyżowaniu można znaleźć uzasadnienie życia w jego całości. Tryumf wszechjednego sensu nad bezsensem może ujawnić się jedynie przez całkowite zlikwidowanie granicy między tym i tamtym światem.

Właśnie to dokonało się na krzyżu. Doskonała ofiara była ostatecznym zlikwidowaniem tej granicy. Granicą było serce ludzkie zamknięte na łaskę zstępującą na ziemię, a serce człowieka jest najwyższym wyrazem całej ziemi. Ruch zstępujący mocy niebieskich na ziemię znajdował jedynie słaby, niewystarczający oddźwięk w ruchu wstępującym z ziemi. Ziemia zniewolona przez marność, trwająca w egoizmie, sama zamykała się na łaskę. W celu zlikwidowania fatalnej granicy musiał się przede wszystkim dokonać przewrót w duszy ludzkiej. Dusza powinna oddać się Bogu bezgranicznie, całą pełnią swego życia i woli. Kiedy Syn Człowieczy złożył Bogu tę doskonałą ofiarę – niebiosa zostały otworzone dla człowieka – tajemnica sensu stała się jawna na ziemi. Obie linie życia ludzkiego zostały napełnione mocą Bożą.

 

KRZYŻ STAŁ SIĘ ŻYCIODAJNY

 

Mamy tu rozwiązanie całego bólu świata, jasne światło sensu, które oświeca niezliczone kręgi życia przyrody i ludzkości. Jeśli w tym, co ziemskie, ujawnia się to, co Boskie, jeśli człowiek może być przebóstwiony, a wraz z nim także niższe stopnie stworzenia, to nie przypadkiem kręcą się niezliczone tryby mechanizmu świata, nie przypadkiem są dokonywane powszednie rzeczy, które podtrzymują istnienie rodzaju ludzkiego. Kiedyś człowiek wyjdzie z tej ciężkiej niewoli. Życie nie drepce w miejscu, świat zdąża do swojego celu. Koło procesu światowego staje się linią prostą w wielkim twórczym akcie Boga i człowieka, który zakończy się powszechnym zmartwychwstaniem. Ze względu na ten fakt warto żyć, warto rodzić przyszłe pokolenia, warto nawet umrzeć, gdyż ożywa tylko to, co umrze.

Jeśli taki jest bezwarunkowy koniec procesu światowego, to periodyczność kręgów świata traci cechę bezsensownej nieskończoności. To życie, które z uporem afirmuje siebie w walce ze śmiercią i periodycznie powraca wśród upadku świata, samą uporczywością swego powrotu afirmuje niezachwianą wiarę w ostateczne zwycięstwo. W swojej uporczywości i przekonaniu ma ono rację. Periodycznie powracające wiosenne zwycięstwo życia nad śmiercią jest rzeczywistym zwiastunem ostatecznego zwycięstwa wiecznej wiosny. Właśnie dlatego chrześcijaństwo, tak zdecydowanie demaskujące fałsz dionizyzmu, nie odrzuca względnej prawdy, która w nim występuje. My także mamy swoje chrześcijańskie święto wiosennego odnowienia – święto świąt i uroczystość uroczystości[32].

Chrześcijaństwo uznaje również to ziarno wiecznej prawdy, które jest zawarte w starogreckiej religijnej radości życia oraz tę względną prawdę, która występuje w ascetycznych wysiłkach i w sennych marzeniach Indii. W obrazie krzyża realizuje się synteza tych kierunków życiowych, które w jednostronny sposób znalazły swój wyraz w obu tych religiach. Chrześcijaństwo prowadzi człowieka do pełni wiecznej radości, ale nie uważa za możliwe przejście obok cierpienia krzyża. W celu opanowania ziemi należy znaleźć dynamiczny punkt oparcia, a w tym celu konieczna jest bezlitosna walka z ziemskimi żądzami, potrzebny jest poryw ducha, który jest przygotowywany przez wysiłek, niedostatki, cały ból wysiłków ascetycznych.

 

VII. USPRAWIEDLIWIENIE CIERPIENIA

 

Pozytywny koniec życia, który stanowi jego sens, jest pełnią radości. Jednak droga, która prowadzi do tej radości, jest pełna bólu – jest to droga krzyżowa.

W tym jedynym możliwym rozwiązaniu problemu sensu życia, o czym mówimy, właśnie to jest najbardziej paradoksalne. Nie przypadkiem „szaleństwo krzyża” zawsze było zgorszeniem[33]. Po co to niekończące się cierpienie? Po co te tortury, które na dodatek dotykają tego, co najlepsze w świecie? Dostojewski, który doświadczył całej głębi mąk wątpliwości, wskazuje jako na najpoważniejszy argument przeciwko wszelkiej wierze, na cierpienia niewinnych dzieci[34]. Cóż jednak znaczy negatywna moc tego dowodu w porównaniu z cierpieniami Bogoczłowieka? W świecie stworzonym przez Boga to, co jest najlepsze cierpi właśnie dlatego, że jest najlepsze, Boże! Czyż ta myśl o cierpiącym, umierającym Bogu, nie jest sama z siebie największym dowodem przeciwko sensowi świata?!

Pełna odpowiedź na to pytanie może być dana jedynie w kontekście integralnej teodycei i integralnego światopoglądu. Problem cierpienia może być ostatecznie rozwiązany jedynie w powiązaniu z problemem zła, a na pytanie, dlaczego w świecie możliwe jest zło, wyczerpującą odpowiedź może dać wyłącznie nauka o świecie jako integralnej całości. Dlatego póki co odpowiedź może być jedynie wstępna i niepełna.

Wskazanie na jedyną możliwą odpowiedź zawarte jest w słowach Ewangelii: będziecie płakać i zawodzić, a świat się będzie weselił. Wy będziecie się smucić, ale smutek wasz zamieni się w radość. Kobieta, gdy rodzi, doznaje smutku, bo przyszła jej godzina. Gdy jednak urodzi dziecię, już nie pamięta o bólu z powodu radości, że się człowiek narodził na świat (J 16, 20-21). Na pierwszy rzut oka ta odpowiedź Ewangelii na pytanie o sens cierpienia może wydać się niezadowalająca. Czy prosty psychologiczny fakt zapomnienia o cierpieniu pod wpływem innego, silnego przeżycia radości, może być wystarczającym uzasadnieniem cierpienia? Cóż z tego, że człowiek zapomina o cierpieniu! Czy z powodu subiektywnego zapomnienia cierpienie przestaje być obiektywnym naruszeniem logiki sensu świata? Cierpienie może być usprawiedliwione jedynie na tyle, na ile między nim i pozytywnym sensem życia nie jest jedynie związek zewnętrzny, ale wewnętrzny, czyli na ile największe cierpienie życia zostaje oświecone pełnią sensu świata.

Taki związek istnieje: poznajemy go w chwilach największego oświecenia duchowego i zachwytu. Świadczą wtedy o nim łzy radości: kto nie cierpiał, nie może doświadczyć tych łez, które wyrażają zarazem pełnię przeżywanego szczęścia i pełnię przeżywanego cierpienia. Świadectwo wszelkiego głębokiego doświadczenia duchowego mówi nam, że oba przeżycia są nierozdzielne i szczęście jest cudownym przemienieniem cierpienia.

Wyjaśnienie tego faktu może być dane przede wszystkim przez analizę cierpienia jako zjawiska życiowego. Czymże jest cierpienie? Jest odczuciem powstrzymania pędu życia, braku pełni życia i w końcu nadciągającego zniszczenia samego życia, czyli śmierci. Wskazuje to na bezpośredni związek między cierpieniem i sensem, między cierpieniem i szczęściem. Sens świata jest właśnie pełnią życia, która wszystko sobą napełnia. Szczęście zawiera się w dysponowaniu tą pełnią, a cierpienie jest uwarunkowane jej brakiem. Świat cierpi właśnie dlatego, że nie mieści w sobie życia Bożego, że jest oderwany od samego źródła życia. Właśnie dlatego Chrystus, który wziął na siebie cały ciężar cierpienia świata, powiedział: Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił? (Mt 27, 46).

Słowa te dają dokładną formułę duchowego sensu cierpienia: w celu wzniesienia się duchem ponad marność ku pełni wiecznego sensu i wiecznego życia, należy odczuć całą swoją istotą grozę świata porzuconego przez Boga, całą głębię bólu ukrzyżowania. Należy wejść w ten wysiłek doskonałej ofiary. W tym płomieniu kochającego serca, które w całości oddaje się Bogu, powinna zostać wyczuta głęboka troska z powodu bezsensu świata i ból zerwania z widmową treścią życia, która nie prowadzi do sensu, a do niekończącej się marności. Z tego powodu chrześcijański smutek i radość są ze sobą tak silnie powiązane. Nie ma radości Zmartwychwstania Chrystusa bez Tygodnia Męki. Ze wszystkich błędów poszukiwań religijnych jednym z najniebezpieczniejszych i zarazem najczęstszych jest wiara w możliwość osiągnięcia szczęścia bez krzyża. Właśnie przeciwko takiej opinii są wprost skierowane słowa Chrystusa na Taborze, że przed Zmartwychwstaniem Syn Człowieczy ma wiele cierpieć i być wzgardzonym (Mk 9, 12). Słowa te powinny być rozumiane w bezpośrednim związku z wydarzeniem, które miało miejsce na Taborze: wskazują, że droga do powszechnego przemienienia przebiega przez największe cierpienie w świecie. Jest to zrozumiałe: zwrócenie się ludzkiej woli od świata do Boga, bez czego nie może się dokonać kosmiczny przewrót przemienienia stworzeń, nie może być bezbolesny.

Jedną z największych przeszkód, powstrzymujących poryw duchowy, jest widmowa treść życia, która daje pomyślność w życiu. Komfort, wygody, całe oszustwo znikającego, śmiertelnego piękna – oto elementy, z których składa się zniewalający miraż, usypiający i paraliżujący siły duchowe. Im bardziej człowiek zadawala się tym światem, tym mniej odczuwa porywu ku światu innemu. Oto dlaczego w celu pobudzenia człowieka potrzebne są cierpienia, które niszczą iluzję osiągnięcia sensu. Pomyślność najczęściej prowadzi do materializmu życiowego. Przeciwnie, poryw duchowy, a zwłaszcza religijny, zwykle rodzi się wśród ciężkich doświadczeń. Najgłębsze objawienia sensu świata wiążą się z największymi cierpieniami, które budzą siły ducha.

Świadomość związku najgłębszej radości i najgłębszego cierpienia znalazła swój wyraz w pięknie i sile staroruskich wierszy duchowych, zwanych „Pieśń o niebieskiej księdze”:

 

Od strony wschodniej, od słońca wschodu

Chmura się ciemna, groźna zjawiła;

Z tej chmury groźnej, ciemnej, złowieszczej

Spadła na ziemię księga niebieska.

Na górę Tabor słynną upadła,

Gdzie krzyż stał niegdyś, zbawienie świata,

Gdzie kamień biały, alatyrem zwany,

Gdzie prarodzica Adama głowa[35].

 

Z mroku bez światła, otaczającego ukrzyżowanie, z grozy i burzy zrodziło się objawienie Ducha. Nie można lepiej wyrazić kosmicznego sensu religii. Cały świat jest pełen pragnienia tego, co jest bezwarunkowe, jest uduchowiony dążeniem do jednego i bezwarunkowego centrum. Świadczy o tym prawo powszechnego ciążenia i dążenie każdego stworzenia do pełni życia, a także poszukiwanie przez nas sensu. Droga świata została przebyta do końca – ku górze, ku dołowi, we wszystkich kierunkach. Jako rezultat mamy ostateczny rozpad wszelkiej nadziei. Świat jest porzucony przez Boga, nie ma w nim centrum, nie ma celu, nie ma sensu. Bóg umarł na krzyżu: znaczy to, że rozpadł się żywy związek świata, gdyż nie ma tego, co dawałoby jedność wszystkim jego dążeniom, nie ma tego, co czyniłoby go jednym kosmosem. Z tego powodu nadciągające nad świat burze i huragan powszechnego zniszczenia kosmicznego. Ziemia zadrżała, kamienie rozpadły się, słońce straciło swój blask, zgasły wszystkie światła oświecające ziemię. Nie ma już na świecie niczego, poza tym mrokiem bez światła – ani Boga, ani człowieka, ani świata.

W tej ewangelicznej opowieści o Golgocie, z której czerpie natchnienie rosyjski poeta, mamy coś więcej, niż wskazanie na przemijające wydarzenie historyczne. Widzimy, że sama konstrukcja dogi życiowej jest w formie krzyża. Golgota jest stałym, trwającym faktem naszej rzeczywistości, gdyż nie ma takiego momentu, w którym nie dokonywałaby się walka sensu z bezsensem, w której świat nie krzyżowałby Boga i w której Bóg nie byłby krzyżowany za świat. Dlatego ten, kto ma oczy zdolne zawsze postrzegać w świecie tę bezbożną istotę, negującą sens i krzyżującą Boga, a zarazem postrzegać cały rozpad świata – rozpadające się kamienie, gasnące światła i piekielny wicher, w którym wszystko krąży i łączy się w chaos.

Przemyślmy do końca ten obraz bezsensu świata, wyobraźmy sobie, że wyraża on autentyczną istotę świata. Wtedy cała nasza radość kończy się, a równocześnie niknie całe życie, znikają wszelkie barwy. Jeśli nie ma sensu w życiu, jeśli Bóg umarł i nie zmartwychwstał, to wszystko w świecie jest fałszem i oszustwem. Fałszywe jest nasze słońce, gdyż jego światło i ciepło są źródłem widmowego, pozornego życia. Fałszywa jest wszelka nasza radość i śpiew. Fałszywa jest też miłość, gdyż pod pozorem radości kontynuuje bezsensowne i niegodne życie. Fałszywa jest nawet sama myśl, która zachwyca nas pozornym sensem. Z tego powodu, że wszystko jest fałszywe, pod naszymi nogami chwieje się grunt. Oto sens opowieści ewangelicznej o rozpadających się kamieniach.

Jedno z dwóch – albo powszechny rozpad, albo powszechny sens – oto, o czym mówi niebieska księga, która w burzy i wichrze spadła z czarnej chmury. Mamy punkt oparcia pod niebiosami. Istnieje niezwyciężona, cudowna moc życiodajna, która uspokaja burzę, na nowo gromadzi rozpadłe części w jedno żywe ciało. Jest siła ducha, o której mówi niebieska księga, przywraca sens światu, a zarazem utracony porządek. W radości powszechnego zmartwychwstania na niebie znowu zapalają się wygasłe światła.

Pytano króla Dawida, syna Jessego, co napisane jest w tej niebieskiej księdze:

 

Powiedz nam przeto, mądry nasz władco,

Jak się nam począł cały świat Boży,

Skąd się nam wzięło słoneczko jasne,

Skąd mamy miesiąc, miesiączek młody,

Skąd się nam wzięły tych gwiazdek krocie,

Skąd wreszcie zorzy przejasnej blask?

 

Odpowiedział na to mądry król Dawid, syn Jessego:

 

Ja wam opowiem, bracia z pamięci,

Z głowy jak z pisma wyłożę sedno (…).

Świat ten nasz piękny dziełem jest Bożym,

Z Boga się począł, z Ducha Świętego,

Chrysta samego, Króla niebieskiego.

A słońce jasne – z Bożego oblicza,

A miesiąc młody – od piersi Bożych,

A gwiazd tych krocie to od Bożej szaty,

Zorze zaś jasne – Bożych oczu blask,

Chrysta samego, Boga niebieskiego[36].

 

Zamyślić się nad tą ludową pieśnią to znaczy zrozumieć, że naiwność graniczy z genialnością. Bowiem ten sens świata, który jest ukryty przed mądrymi i rozumnymi, w tym wypadku zostaje objawiony dzieciom. Wątpimy, poszukujemy, męczymy się własną niewiedzą i ciągle żyjemy między strachem i nadzieją. Tymczasem kryształowo jasne i dziecięce spojrzenie niebieskiej księgi wie, po co świeci słońce i księżyc, po co na niebie płoną niezliczone gwiazdy, o czym śpiewa wiatr, czego dotyczą nocne rozmyślania Boga.

Pieśń postrzega wieczność w czasie i dlatego wnosi w kontemplowanie tego, co jest czasowe, nastrój „pokoju wieczności”. W tym uprzedzeniu akordu, który wszystko rozwiąże i już zadźwięczał w wieczności, a ma zadźwięczeć przy końcu czasów, tkwi rozwiązanie naszej trwogi. Nasze poczucie życia znowu staje się radosne. Tej radości nikt i nic nam nie zabierze, ani choroba, ani cierpienie, ani klęska życiowych nadziei, ani nadciągające burze, ani nawet całkowite zniszczenie pomyślności i porządku świata. Tam, w naszej wiecznej ojczyźnie, widzimy zmartwychwstałe nasze ziemskie życie, które tutaj cierpi, rozpada się, być może zbliża się do kresu. Skoro wierzymy w wieczną ojczyznę, nigdy i w żadnej sytuacji nie stracimy sensu tego świata. Wierzymy w sens jego cierpień. Wierzymy w to piękno, które z niego się rodzi i zmusza do zapomnienia o bólach porodowych.

Bez względu na to, jak straszny byłby obraz obserwowanego przez nas bezsensu, będziemy pamiętać, że przed sądem wiecznej prawdy bezsens jest jedynie znikającym cieniem sensu. Nie będziemy wierzyć w cień, a w światłość, o której powiedziano:

Światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła (J 1, 5).



[1] E. Trubieckoj, Mietafiziczeskije priedpołożenija poznanija, dz. cyt., s. 35.

[2] Por. Mk 9, 48 (uwaga tłumacza).

[3] F. Dostojewski, Bracia Karamazow, przeł. A. Wat i Z. Podgórzec, London 1993, II, s. 340-341 (uwaga tłumacza).

[4] Z prawosławnego nabożeństwa żałobnego, zwanego panichida, w oparciu o tekst Rdz 3, 19 (uwaga tłumacza).

[5] F. Dostojewski, Wspomnienia z domu umarłych, przeł. Cz. Jastrzębiec-Kozłowski, London 1992, s. 22 (uwaga tłumacza).

[6] Chłyści (od ros. chlestat’ – biczować), rosyjskie sekty mistyczne powstałe w XVII–XIX w. Twórcą pierwszej sekty, założonej według tradycji w 1645 r., był chłop Daniła Filippow, który ogłosił się wcielonym Bogiem i nawoływał do ascezy. Mimo potępienia w 1734 r. przez Kościół prawosławny, zdobywali popularność i wywierali wpływ na inteligencję i duchowieństwo. W XIX w. sekta uległa rozłamowi na kilka mniejszych. Wierzyli w metempsychozę, nie uznawali obrzędów prawosławnych, natomiast duże znaczenie przypisywali prorokowaniu i tańcom ekstatycznym, odbywanych na zgromadzeniach, zwanymi radienija (uwaga tłumacza).

[7] Homer, Odyseja XI, 500-503, przeł. L. Siemieński, Wrocław-Warszawa 2004, s. 245 (uwaga tłumacza).

[8] Por. E. Rohde, Psyche. [Sellenkult und Unsterblichkeitsglaube der Griechen, Berlin 1890], I, s. 68-110.

[9] Misteria eleuzyjskie, w starożytnej Grecji święto o charakterze misteryjnym, odprawiane w Atenach i pobliskim Eleusis, które zapewniało wtajemniczonym – mistom (gr. mystes – wtajemniczony) – szczęście po śmierci. Wtajemniczenia miały dwa stopnie: pierwszy, zwany mycsis, był warunkiem przystąpienia po roku do drugiego, zwanego epopteja, czyli ogląd. Przed udziałem we właściwych obrzędach, zwanych Wielkimi Misteriami, wtajemniczany musiał uczestniczyć w tak zwanych Małych Misteriach, mających na celu rytualne oczyszczenie. Jesienią w Eleusis obchodzono Wielkie Misteria, które trwały osiem dni. Obrzędy odprawiał kapłan, zwany hierofantem, a składały się one z ukazania świętego symbolu, wypowiadania formuł oraz wykonywania pewnych czynności (uwaga tłumacza).

[10] E. Rohde, Psyche, dz. cyt, I, s. 300.

[11] Tamże, II, s. 10.

[12] Braminizm, drugi ważny etap w rozwoju religijnej tradycji Indii, po wedyzmie, a przed hinduizmem. Nazwa pochodzi od warny braminów, którzy odgrywali wówczas decydującą rolę w społeczeństwie. Epoka ta trwała od około 800 r. do ok. 500 r. przed Chrystusem, a jej podstawowymi tekstami sakralnymi były sanhity oraz traktaty wedyjskie brahmany i upaniszady. Braminizm stanowił kontynuację etapu wcześniejszego (wedyjskiego), ale równocześnie wypracował też nowe, często bardzo niezwykłe i interesujące rozwiązania, zarówno w kwestiach doktrynalnych, jak i kultowych czy organizacyjnych (uwaga tłumacza).

[13] Buddyzm, jedna z wielkich religii uniwersalnych oraz system filozoficzny, który wywodzi się z nauki o charakterze etyczno-soteriologicznym, propagowanej na terenie północnych Indii na przełomie VI i V w. przed Chrystusem przez Siddharthę Gautamę, zwanego Buddą. Po śmierci Buddy jego nauka szybko się rozprzestrzeniła i za panowania cesarza Aśoki objęła niemal cały subkontynent indyjski, a wraz z misjonarzami dotarła na Sri Lankę i do Azji Południowo-Wschodniej, być może także do Chin. W ciągu kilku następnych stuleci buddyzm stopniowo upowszechnił się na terenie środkowej i wschodniej Azji (uwaga tłumacza).

[14] P. Deussen, Das System der Vedanta, [Leipzig 1883], s. 18.

[15] Atman (sanskryckie ‘jaźń’, ‘istota rzeczy’, ‘natura’, ‘cecha charakterystyczna’, zaimek zwrotny ‘się’, od at ‘oddychać’, an ‘poruszać się’), w Wedach oznacza tchnienie, w późniejszej literaturze wedyjskiej (upaniszady) - duszę, zasadę życia i odczuwania, ideę osoby, a także organizm traktowany jako całość. Atman jest zasadą nadającą jedność wszystkim bytowym aspektom człowieka, dlatego przysługują mu określenia „cielesny” lub „mający ciało”. Jest sprawcą integracji aktów świadomości człowieka, ma naturę samoobjawiającej się świadomości, jest także podstawą aktywności myśli i najwyższą osobową zasadą życia, a swoją samoświadomość realizuje poprzez zmysły (uwaga tłumacza).

[16] P. Deussen, dz. cyt., s. 107.

[17] Tamże, s. 91.

[18] Tamże, s. 137.

[19] Tamże, s. 84.

[20] Nirwana (sanskr. nirvāna, palijskie nibbāna – zgaśnięcie), w buddyzmie cel ludzkiej egzystencji jako kres wszelkiego cierpienia, wyzwolenie z kręgu wcieleń oraz zniszczenie żądzy wraz z negatywnymi stanami emocjonalnymi, które warunkują cierpienie (uwaga tłumacza).

[21] Por. 1 Kor 15, 28 (uwaga tłumacza).

[22] Por. Rz 6, 9 (uwaga tłumacza).

[23] Z hymnografii święta Paschy (uwaga tłumacza).

[24] Por. Mk 16, 15 (uwaga tłumacza).

[25] Por. Żytije priepodobnogo i Bogonosnogo otca naszego Siergija igumiena Radonieżskogo i wsieja Rossii czudotworca, Siergijew Posad 1904, s. 61-63 (uwaga tłumacza).

[26] Por. Ap 21, 1 (uwaga tłumacza).

[27] Por. E. Trubieckoj, Umozrienije w kraskach, Moskwa 1915, s. 29 [przekład polski: Kolorowa kontemplacja, przeł. H. Paprocki, Białystok 1998, s. 24 (uwaga tłumacza)].

[28] Por. 1 Kor 15, 44 (uwaga tłumacza).

[29] Por. Ap 12, 1 (uwaga tłumacza).

[30] Maja (sanskr. māyā – siła tajemna, iluzja), w filozofii hinduskiej (głównie w szkole wedanty) iluzoryczne przejawianie się świata, złudny obraz w świadomości jako wytwór konceptualizacji, błędnej syntezy lub fałszywego przypisania atrybutów, co wynika z niewiedzy. Maja jest siłą stwórczą, wytwarzającą złudzenie złożonej rzeczywistości i pozór mnogości, przesłaniającą najwyższą rzeczywistość, jaką jest Absolut (uwaga tłumacza).

[31] Por. E. Trubieckoj, Dwa mira w driewnie-russkoj ikonopisi, Moskwa 1916, s. 9-10 [przekład polski: Kolorowa kontemplacja, s. 38 (uwaga tłumacza)].

[32] Określenie święta Paschy w tekstach liturgicznych (uwaga tłumacza).

[33] Por. 1 Kor 1, 18 (uwaga tłumacza).

[34] Por. F. Dostojewski, Bracia Karamazow, I, s. 272-277 (uwaga tłumacza).

[35] Pieśń o niebieskiej księdze, przeł. R. Łużny, Warszawa 1990, s. 51 (uwaga tłumacza).

[36] Tamże, s. 52-53 (uwaga tłumacza).

tłumaczenie Henryk Paprocki

Cała książka w pdf
Eugeniusz Trubieckoj