artykuły św. męcz. arch. Grzegorza
Róże Jerychońskie - cz. 3
2010-03-05

Przeczytaj część 2

10. VII. Piątek. Po śniadaniu rano udałem się do klasztoru pod nazwą Salvator i na podstawie listu ojca Savignaca zostałem od razu przyjęty przez samego kustosza. Niestety, oni już żadnych gruzińskich zabytków nie mają. Ten klasztor po przejściu w ręce franciszkanów został bardzo rozszerzony, nie jest jednak większy od greckiego klasztoru św. Konstantego i Heleny. Za przewodnika dali mi ojca Stanisława Borkowskiego, pochodzącego z Płocka, pierwszego sekretarza tego klasztoru. W bibliotece, dość bogatej, mają dwa rękopisy etiopskie i jeden syryjski oraz bogaty zbiór opisów Ziemi Świętej, dokonanych przez pielgrzymów. W samym kościele nie ma już żadnych gruzińskich śladów.

Całe wielkie podwórze klasztoru franciszkańskiego zajęte było przez biedotę. Jerozolima zawsze słynęła ze swych ubogich. Franciszkanie wydają im zapomogi w postaci dziesięciu tysięcy bochenków chleba co tydzień. „Jeżeli nie będziemy popierać chrześcijan – mówi mój przewodnik – to chrześcijaństwo się tu skończy”. Mam wrażenie ze tubylcy tego kraju robią interes ze swym chrześcijaństwem i wyzyskują je. Dla nich rzecz główna to być chrześcijaninem w ogóle, rozmaite zaś wyznania chrześcijańskie nie grają w ich pojęciu żadnej roli. Rodzice z chęcią posyłają swe dzieci do szkół angielskich, ponieważ potem mogą one otrzymać dobre posady. A że dzieci te, należące na przykład do Kościoła Prawosławnego, mogą być tam zmuszone do przyjęcia wyznania anglikańskiego, to im wcale nie sprawia różnicy. Ta różnica istnieje tylko dla zakonników i księży. Dla zwykłego ludu Chrystus jest jeden. W czasach dobrej prawosławnej koniunktury, gdy Rosja sypała złotem po pustyniach palestyńskich, kwitło tu (w statystyce) Prawosławie. Teraz szczęście zaczyna się uśmiechać do Anglików. Przecież i protestantyzm, i katolicyzm czynią postępy tylko kosztem prawosławnych. Znam już kilku Arabów, których rodzice pozostają prawosławnymi, ale oni sami są już wyznania anglikańskiego.

Z klasztoru Salvator udaję się do katolickiego zakładu szkolnego, który się znajduje w klasztorze, wzniesionym według tradycji na miejscu biczowania Chrystusa. Niestety, ojca Lemaire’a[1] nie ma w Jerozolimie i przyjmuje mnie ojciec Baldi[2], który był mi już znany z nazwiska. Napisał on, między innymi, bardzo ważny „Enchiridion” pielgrzymów po Ziemi Świętej[3]. Obecnie tłumaczy na język włoski pracę prof. Goussena[4] o Kanonarionie Jerozolimskim z VII wieku[5]. W klasztorze tym jest bardzo ciekawe muzeum. Ojciec Baldi opowiada mi bardzo ciekawą historię pewnego gruzińskiego księcia. Może cztery lata temu studiował tu i poszukiwał gruzińskich zabytków pewien książę gruziński, pochodzący z Polski i udający muzułmanina. Pojechał potem do Mekki, lecz tam dowiedziano się, że jest on chrześcijaninem i zamordowano go. Ojciec Baldi obiecuje mi przy okazji podać jego nazwisko, które w tej chwili nie pamięta. Życie tego Gruzina-Polaka, oczywiście bardzo mnie interesuje. Na emigracji wcale nie jest znany.

Po drodze do domu wstąpiłem jeszcze do klasztoru Ormian katolików. Budynek jest zupełnie nowy, nie ma tu żadnych zabytków.

Mury Jerozolimy są zbudowane z kamieni wziętych ze zburzonych świątyń chrześcijańskich. Czasami specjalnie burzono je nawet dlatego, aby otrzymać kamienie na budowę muru. W niektórych miejscach na kamieniach zachowały się nawet krzyże. Jeden taki kamień widziałem nad bramą św. Stefana. Mówiono mi, że jest więcej takich kamieni od strony wewnętrznej murów, to też dziś po południu poszedłem błąkać się po starym mieście wzdłuż tych murów. Niestety, ten spacer był niedługi i nie dał żadnych wyników. Jest to dzielnica arabska. Zobaczywszy mnie, kilka wyrostków zaczęło wołać; „Churi, Churi” („Ksiądz, Ksiądz”) i ze wszystkich stron obrzucać mnie kamieniami. Chwała Bogu. że nic mi się nie stało pomimo, że szedłem powoli, aby nie okazywać strachu. Istnieje tutaj tyle szkół i klasztorów, a jednak dzieci są nadzwyczaj źle wychowane. Czym to można wytłumaczyć?

Byłem bardzo zamyślony i nie zauważyłem, jak znalazłem się znów przed innym klasztorem katolickim. Klasztor ten jest własnością rządu francuskiego; zamieszkują go znani biali ojcowie. Wybudowany jest on na tym miejscu, gdzie dawniej była Betezda. Ruiny jej jeszcze się zachowały, sam kościół zaś ma być wzniesiony na miejscu domu mieszkalnego Joachima i Anny. Jeden z zakonników, Francuz z Burgundii, bardzo uprzejmie pokazał mi wszystkie zabytki tego klasztoru. Przed samą Betezdą zawieszono opisaną we wszystkich językach historię cudownego uleczenia chorego przez Chrystusa (J 5, 1-9). Pismo gruzińskie przypominało mi charakter pisma łacińskiego z XVIII stulecia.

Pod świeżym wrażeniem tego, co ujrzałem, wstąpiłem do znajdującego się tuż obok klasztoru greckiego, którego cerkiew też jest podobno wybudowana na miejscu domu mieszkalnego Joachima i Anny. Pod cerkwią w krypcie pokazują to mieszkanie. W dawnych czasach miała tam być kaplica. Odnaleziono tam podczas prac restauracyjnych bardzo starą ikonę oraz podłogę mozaikową. Znajdujemy się kilka metrów pod ziemią, ściany są tu mokre od wilgoci, powietrze jest bardzo stęchłe. W takiej atmosferze nie mogła mieszkać rodzina, która wedle tradycji chrześcijańskiej uważana była za zamożną. A może było to ongiś mieszkanie parterowe i z biegiem czasu na skutek nawarstwienia ziemi i rozmaitych ruin znalazło się teraz pod ziemią, w suterenie? Wszak brama do bazyliki Matki Boskiej w Getsemani przerobiona jest z okna, które dawniej znajdowało się nad prawdziwymi drzwiami, zasypanymi obecnie wskutek zburzenia i zniszczenia budynków, które stały obok grobowca. Aby dojść do warstwy prawdziwej starej Jerozolimy, trzeba kopać na głębokość co najmniej jakichś 5-6 metrów.

Nabożeństwo zakończyło się nad ranem i po spożyciu kawy w pokojach igumena Świętego Grobu, pierwszego archimandryty patriarchatu greckiego, udałem się na spoczynek. Przez okna wpadły pierwsze promienie słońca. Z minaretu słychać było śpiew muezina, nawołującego swych wiernych do modlitwy. Długo nie mogłem zasnąć. Wspominałem to, co mi powiedział igumen. Potwierdza on, że Gruzini ongiś byli tutaj potężni, lecz teraz nie ma już nadziei na powrót ich sławy. – „Przez Ormian straciliście wszystko” – opowiadał. – To jest chyba normalny bieg rzeczy: człowiek rośnie, kwitnie, a potem umiera…”. Więc on sądzi, że Gruzja już umarła i że z nami sprawa skończona? Czyżby tak? Czyż on ma rację? Oczywiście, decydującym nie może być tutaj nasz stosunek do Ziemi Świętej, do naszych starych zabytków i kolebki naszej starej kultury. A jeżeli to nie może być decydującym, to co decyduje? Poszukuję w pamięci sił odradzających i budujących, i widzę, jak mało jest skromności i uczciwości w naszym życiu. Czyż ci, którzy piszą i wygłaszają odczyty, mogą być czynnikiem decydującym? Nigdy! Naród, tylko sam naród! Jakże jestem w tej chwili daleki od tego narodu!

 

11. VII. Sobota. Jerozolima nie była dobrze usposobiona do naszego Pana i wobec tego nie będzie ona nigdy szanowała i kochała Jego uczniów. Uczeń nie jest wyższym od swego nauczyciela powiedział On sam[6]. Taki stan rzeczy musi pozostać aż do czasu Jego ponownego przyjścia.

Przed obiadem byłem w patriarchacie; jutro zaś po południu będę mógł już udać się do klasztoru Świętego Krzyża. Mam zamiar pozostać tam trzy dni.

Klasztor Świętego Krzyża został rzekomo zbudowany przez św. cesarza Konstantyna Wielkiego – tak przynajmniej utrzymują Grecy – ale brak na to dowodów. Właściwie został on zbudowany w XI stuleciu przez Gruzina Prochore[7]. Nie jest jednak wykluczone, że on tylko przebudował już istniejący tam klasztor. Gruzińskie źródła także są sprzeczne między sobą. Klasztor wzniesiono na miejscu, gdzie rosło drzewo, z którego później został wykonany krzyż. W pobożnych opowiadaniach, które się znajdują w literaturze pielgrzymiej, istnieją wzmianki o tym, że drzewo to zostało posadzone przez Lota na znak jego pokuty, potem zaś ścięte w czasach Salomona dla Świątyni Jerozolimskiej, ale ponieważ do budowy się nie nadawało, to leżało sobie koło bramy (chyba Jafskiej) Jerozolimy i służyło jako siedzenie dla przechodniów.

Według tradycji gruzińskiej pierwszy chrześcijański król Mirian (IV wiek)[8], miał założyć nieopodal tego klasztoru wieś gruzińską dla obrony, a zarazem i dla obsługi klasztoru, i w tym celu przeniósł tutaj kilka chłopskich rodzin z Gruzji. Ta wieś istnieje do dziś i nazywa się Malcha.

Całe przedpołudnie spędziłem w patriarchacie, po południu zaś miałem iść do ormiańskiego klasztoru. Widziałem tam niby wszystko, oprócz gruzińskich rękopisów, których rzekomo wcale nie posiadają, oraz skarbca. Główna świątynia sprawia na pielgrzymach bardzo wielkie wrażenie i według nich jest najładniejsza w całej Jerozolimie po Świątyni Grobu Pańskiego. Istotnie, jest bardzo duża, ale niegustownie ozdobiona. W czasach łacińskiego panowania w Ziemi Świętej Ormianie stali się katolikami i w ten sposób zachowali tę świątynią we własnych rękach. Zdaje mi się, że wtedy właściwie klasztor ten przeszedł do nich od Gruzinów. Mieli oni najlepszą możliwość wówczas zniszczyć wszelkie gruzińskie ślady. Dzisiaj nazywają siebie prawosławnymi, a ich patriarcha nosi na piersi panagię[9] w postaci bizantyjskiego dwugłowego orła. W czasach średniowiecza zakonnicy franciszkańscy mieli prawo odprawiać mszę świętą na jednym z ołtarzów ich kościoła. Teraz, oczywiście, zostali oni usunięci i nie będę się dziwił, jeżeli miejsce ich zostanie zajęte przez kapłana anglikańskiego.

Rzuca mi się w oczy duża ilość ornamentów w kształcie krzyży, umieszczonych na zewnętrznych ścianach kościoła. Krzyże te są bardzo podobne do krzyżów z okolic Parchali i Opizy[10] w Gruzji, więc badania archeologiczne tego klasztoru muszą być zaczęte od badania tych krzyży. Przy domu Kajfasza, gdzie jest teraz kościół, stoi bardzo stare drzewo oliwkowe. Owoce z tego drzewa posyłane są do Eczmiadzynu, gdzie służą do wyrobu świętego oleju. Przypominam sobie rozpowszechnioną w Gruzji, przeważnie po wsiach, legendę, według której Ormianie posiadają w Jerozolimie źródło, z którego wypływa olej święty. To rzekome posiadanie cudownego źródła w Jerozolimie podnosi bardzo autorytet Kościoła Ormiańskiego w oczach zwykłego ludu.

Mój przewodnik opowiada mi historię klasztoru w oświetleniu ormiańskim, oczywiście nic nie mówiąc o Gruzinach (mimo tego, że o prawie ich do tego klasztoru opowiada cała Jerozolima). Proponuje mi opisać to wszystko i wydrukować. – „O nie – odpowiadam – będę pisał tylko o waszej gościnności”. Pragnie on koniecznie powiedzieć mi coś miłego: „Jesteście szczęśliwsi od nas – mówi – gdyż macie ojczyznę, my zaś nie mamy tej ojczyzny, jesteśmy rozrzuceni po całej kuli ziemskiej i wszędzie posiadamy tylko małe wysepki”.

Pragnąłem spędzić znów tę noc przy Grobie Pańskim, ale byłem bardzo zmęczony wrażeniami dnia. Układam program następnego tygodnia: po powrocie z klasztoru Świętego Krzyża muszę popracować co najmniej jedno przedpołudnie w bibliotece, a potem pójść do Betlejem. W piątek zamierzam udać się do klasztoru św. Saby Uświęconego w pustyni Judzkiej, wraz z karawaną, która wiezie tam prowizję. Potem, w następnych tygodniach, będę miał już więcej czasu i będę mógł pracować bez przeszkód w bibliotece patriarchatu.

 

12 VII. Niedziela. Dzisiaj mam spotkać się z ojcem Mikołajem w Bazylice Getsemani, gdzie znajduje się grób Matki Boskiej. Tam mamy wysłuchać nabożeństwa, potem zaś po herbacie u gościnnego ojca mamy iść razem do Betanii. Jesteśmy zaproszeni do małego klasztorku żeńskiego w Betanii, który wybudowany jest na tym samym miejscu, gdzie Marta spotkała Chrystusa i powiedziała we łzach: „O Panie, gdybyś się znajdował tutaj, nie umarłby brat mój”[11]. Tam przed wojną stał dom rosyjski dla pielgrzymów, z którego po wojnie pozostały tylko ruiny. Teraz mieszka tam kilka zakonnic Angielek, które niezbyt dawno temu nawróciły się na Prawosławie.

Getsemania obecnie należy tylko do Greków i do Ormian. Bazylika znajduje się pod ziemią, trzeba zejść 48 stopni w dół. Wejście teraźniejsze przerobione jest z okna, które się znajdowało dawniej nad właściwą bramą. Możliwie, że nad kryptą wznosiła się bazylika, która została zniszczona przez Persów. Materiały budowlane zostały porozrzucane wokół bazyliki i to wpłynęło na podniesienie się gruntu. Trzeba zejść 12 stopni w dół, aby dotrzeć do właściwego wejścia z XII stulecia. Nabożeństwo odbywało się w języku greckim; w bazylice było niezwykle ciemno; obecnych było tylko kilka zakonnic z rosyjskiej Getsemani. Jedna z nich pełniła urząd psalmisty. Śpiewała nawet kilka modlitw w języku mołdawskim, pochodziła więc chyba z Mołdawii. Po nabożeństwie, z zapaloną świecą w ręku, obszedłem całą bazylikę. Nic tu nie ma ani nadzwyczajnego, ani artystycznego. Po nabożeństwie greckim odbyło się nabożeństwo ormiańskie.

Przed wyjściem spotkałem pewnego franciszkanina, który wyszedł z małego budynku z lewej strony, czyli z krypty franciszkańskiej. Okazał się on przeorem katolickiego klasztoru Grobu Pańskiego, do którego miałem polecenie. Na szczęście miałem je właśnie w kieszeni, ale zdecydowałem się pójść do niego osobiście. Jest on Francuzem, a to znaczy, że chętnie rozmawia. Opowiada mi: „Ormianie i Grecy knuli przeciwko nam intrygi przed rządem otomańskim, nazywając nas zdrajcami i nielojalnymi wobec państwa. Dawano nam tutaj tylko tyle uprawnień, aby uniknąć wojny i większego skandalu”.

Droga do Betanii – zupełnie dobra autostrada – prowadzi przez wieś Siloe, na lewo od doliny Jozafata i potoku Cedron. Ta prosta droga doprowadza aż do samego Jerycha. Druga zaś droga przechodzi przez górę Eleońską i Betfage. Chrystus, jak to widać z Ewangelii, korzystał tylko z tej drugiej drogi. Dlaczego unikał on tej wioski? Zapytuję samego siebie i jakby odgadując moje zapytanie, ojciec Mikołaj mówi: „Lepiej unikać tej wsi, gdyż ma ona bardzo złą opinię”. A więc ta opinia datuje się aż od czasów naszego Zbawiciela! Jak to na Wschodzie wszystko się zachowuje, nawet zło, mimo tego, że znajduje się ono obok świętego miasta, gdzie przelano tyle krwi w imię dobra i życia wzniosłego, gdzie tyle było przykładów prawdziwego naśladowania Chrystusa!

Po drodze wstąpiliśmy do klasztoru Pater Noster, miejsca, gdzie Chrystus miał po raz pierwszy wygłosić tę modlitwę. Kościół nie jest jeszcze ukończony. Olbrzymie kamienie, przeznaczone na budowę, leżą na podwórzu, jak widać będzie to potężny gmach. W holu wiszą wydrukowane kartki tej modlitwy we wszystkich językach świata.

Po jakichś dwudziestu minutach wędrówki Betania ukazuje się przed nami. Tam daleko widać Morze Martwe i świętą rzekę Jordan. Nie chce się wierzyć, że to jest Betania, czyli wieś, do której przychodził tak chętnie nasz Zbawiciel, gdzie mieszkała tak bardzo zaprzyjaźniona z Nim rodzina, składająca się z dwóch sióstr i brata. Wiemy tak mało o tym obcowaniu, a pomimo tego jak wiele dają nam opowiadania ewangeliczne o nim! Każde ich słowo jest tak miłe, tak drogie, tak nas porusza i podnosi…

Widać jakieś ruiny, to chyba katedra z czasów krzyżowców. Na początku wsi stoi bardzo ładny budynek, a poza tym domy tubylców o płaskich dachach. Dalej widać klasztor grecki w kwitnącym ogrodzie, ale znajduje się on już na samym końcu wsi, przy drodze do Jerycha; za tym ogrodem zaczyna się pustynia.

Jak widać, klasztor prawosławny cieszy się tu dużym szacunkiem i poważaniem. Na nasze zapytanie jakiś Arab bardzo grzecznie wskazał nam drogę dodając, że jego dziecko czuje się źle i on ma zamiar jutro zaprowadzić je do zakonnic. Wywnioskowałem z tego, że zakonnice posiadają tu ambulatorium. Nie potrzeba w tym kraju specjalnego wykształcenia medycznego, aby leczyć chorych. Przyczyną niemal wszystkich chorób jest niechlujstwo tutejszej ludności; pierwszym więc i najlepszym środkiem walki z nimi jest czystość.

Klasztor widocznie został na nowo odbudowany. Prawdopodobnie, czuwają tu angielskie fundusze. Stoi tu duży, dwupiętrowy dom z obszerną werandą, w tym samym stylu, jaki zwykliśmy widzieć na obrazach przedstawiających Chrystusa u Marty i Marii. Z dwóch zakonnic przełożonych jedna nazywa się Maria, a druga Marta. Mają one zamiar stworzyć tutaj szkolę dla prawosławnych dziewcząt arabskich i noszą się też z zamiarem wybudowania większej świątyni. Moim zdaniem, jest to zupełnie zbyteczne, przecież mają one małą i bardzo artystycznie ozdobioną kaplicę domową, która im wystarcza. Mieszka ich tam 5-6 osób, nie więcej, ta kaplica zaś może pomieścić ponad 30 osób. Nie chcę jednak wtrącać się do tej sprawy. Tutaj, w Palestynie, posiadanie ładnego kościoła nie jest kwestią wymogów stawianych przez rzeczywistość, lecz jedynie kwestią honoru, własnej ambicji i poczucia bogactwa.

Przy obiedzie zakonnice opowiadają mi historię tej miejscowości. Okazuje się, że nie było tu domu mieszkalnego pobożnej rodziny, lecz że tutaj nastąpiło spotkanie Marii i Chrystusa. Jako na dowód, wskazują mi napis na kamieniu, który się znajduje na podwórzu. Ten kamień zakonnice przechowują jak wielką relikwię w zamkniętej na zamek skrzynce i uprzejmie mi go pokazują. Ordynarna greczyzna tego napisu świadczy o niewielkim wykształceniu tego, kto ten napis ułożył. Przychodzą mi do głowy wątpliwości: czy ten kamień nie był przypadkiem podrobiony, aby móc sprzedać bezwartościowe miejsce w pustyni za bardzo wysoką cenę? Przecież Rosyjska Misja Duchowna i Prawosławne Towarzystwo Palestyńskie, mające wielkie kapitały i dochody, jak głodny wilk poszukiwały takich uświęconych przez tradycję miejsc i bardzo często kupowały je bez wszelkiej krytyki. Wystarczyło, by jakiś tajemniczy Arab odezwał się do archimandryty, że zna (albo posiada) jakiś „antyk” do sprzedania, a natychmiast duchowni poczynali prosić go i błagać, aby nie zdradził tajemnicy położenia tej miejscowości katolikom i protestantom. To już było gwarancją, że mógł otrzymać od Rosyjskiej Misji Duchownej tyle, ile żądał.

Zakonnice patrzą na mnie jak na eksperta, pragną mieć ode mnie potwierdzenie, autentyczności tego napisu. Ja się jednak obawiam wypowiedzieć coś stanowczego, mówię tylko, że napis na kamieniu jest nieco za ordynarny i nie gramatyczny; od razu jednak dodaję, że tradycja, według jakiej wydarzył się tu pewien epizod z życia naszego Zbawiciela, jest bardzo stara, starsza od tego napisu; świadczą o tym bowiem rozsypane na ziemi ślady dawnej mozaiki i fundamentów. Na tym miejscu gdzieśmy stali, miał się znajdować niegdyś kościół, cysterna zaś tuż obok, pod dachem tego kościoła. Zebrałem z ziemi kilka bardzo charakterystycznych fragmentów mozaik i oddałem przełożonej do przechowania w kaplicy. Ojciec Mikołaj poradził im, że gdyby zamierzały one budować nową kaplicę, to tylko na miejscu dawnej i w tym samym stylu.

Jakby to było dobrze, gdyby zakonnice mogły zebrać tam całą kolekcję obrazów, przedstawiających Jezusa u Marty i Marii, pędzla rozmaitych malarzy ze wszystkich epok. Postanowiłem wysłać im z Warszawy kopię obrazu Siemiradzkiego[12].

Opuściliśmy klasztor w największy upał, ponieważ dzisiaj jeszcze miałem iść do klasztoru Świętego Krzyża, który się znajduje o jakieś pół godziny drogi pieszej, ale w zupełnie innym kierunku od Jerozolimy. Z tego powodu, jak i dla urozmaicenia, szliśmy przez Siloe. Droga przechodziła obok pieczary, gdzie był pochowany św. Łazarz. Znajduje się ona w prywatnym posiadaniu i syn (jak przypuszczam) właściciela, zobaczywszy nas, zbliżył się do nas i wysławiał w języku rosyjskim świętość tego grobu. Nie chcąc, aby zrozumiał naszą rozmowę, przeszliśmy na język angielski. – „Czy jesteście Anglikami?” – zapytał nas, a nie otrzymując odpowiedzi, zaczął przeklinać Anglików. Ze swojego punktu widzenia miał rację. Angielski rząd w Palestynie nie popiera podobnych przedsiębiorstw i zwalcza bardzo energicznie żebractwo i wszelkiego rodzaju wyłudzanie pieniędzy i oszukiwanie pielgrzymów. Gdyby Rosja panowała tutaj, to przez nieświadomość popierałaby oczywiście takich ludzi. To właśnie stanowi temat naszej rozmowy. Ojciec Mikołaj jest bowiem przekonany, że tylko Rosja miała prawo do mandatu na protektorat nad Ziemią Świętą. Dlaczego? Jako kraj pobożny, jako naród, który bardzo dużo uczynił dobrego dla tejże Ziemi Świętej.

W Siloe nie mieliśmy żadnej przygody.

Musiałem się śpieszyć, dlatego pożegnałem się z ojcem Mikołajem przed franciszkańską Getsemanią i udałem się sam do Misji, aby wziąć ze sobą rzeczy potrzebne na trzy dni.

Plan okolic Jerozolimy, wydany pięć lat temu, który nabyłem przed kilku laty, nie mógł mi już wcale służyć. Teraz ten klasztor znajduje się już prawie w samym mieście. Nowe ulice, europejskie wille i ładne domy stoją obecnie tam, gdzie dawniej była pustynia. Tak, na przykład, w dawnych czasach odwiedzenie tego klasztoru stanowiło prawdziwą podróż, teraz zaś tylko mały spacer, czy też przechadzkę. W czasach normalnych można nawet za kilka groszy pojechać do tego klasztoru autobusem. Musiałem pytać kilka razy o drogę. Spotykałem przeważnie Żydów. Wszyscy rozmawiają po angielsku, ale chętnie używają jeszcze języka tych krajów, z których wyjechali. Niemal zawsze zwracałem się do nich po polsku i prawie zawsze miałem rację, upatrując w nich uchodźców z Polski. Klasztor znajduje się pod górą, wobec czego wcale go nie widać. Wygląda jak twierdza średniowieczna. Jakiś Arab stał przed bramą klasztoru. Ta brama jest bardzo niska, trzeba się nachylić aby nie stłuc głowy. Staram się nawiązać z nim rozmowę. Pochodzi z Malchy, a więc z gruzińskiej wioski, i jest synem dozorcy klasztoru. „Prawo być dozorcą w tym klasztorze należy do naszego rodu – opowiada. – Po śmierci ojca będę dozorcą ja, albo mój brat”. Pragnę się dowiedzieć, czy wie on o tym, że mieszkańcy tej wioski mają pochodzić z Gruzji. – „Owszem, wiemy, ale to było bardzo, bardzo dawno” – dodaje od razu.

Klasztor ten służył w ubiegłym stuleciu za pomieszczenie dla seminarium duchownego patriarchatu jerozolimskiego i dlatego został nieco odbudowany. Teraz nie ma tam już żadnej szkoły, mieszka w nim tylko jeden archimandryta z jednym nowicjuszem i kilka starszych osób. Większa część klasztoru jest przerobiona na mieszkania i wynajęta kilku rodzinom. Poza tym mieszka tu jeszcze były metropolita autokefalicznego Kościoła cypryjskiego, Nikodem[13].

Przełożony tego klasztoru, igumen Joannikios, już na mnie czeka. Dobrze mówi po rosyjsku, gdyż był przed wojną w Rosji w Taganrogu w „metochii” (czyli filii) patriarchatu jerozolimskiego. Mam mieszkać w tych samych pokojach, w których mieszka patriarcha w czasie swego pobytu w klasztorze. Znajdują się one na górze i posiadają nawet małą werandę od ulicy.

Widać stąd, jak cała rodzina dozorcy wychodzi za bramę i siada tuż obok na kamieniu. Rozmawiają i patrzą na przechodniów, składających się wyłącznie z Żydów. Z tej strony mieszkają Żydzi, a z drugiej Arabowie.

„Klasztor jest jak Krzyż Zbawiciela pośród dwóch łotrów” – mówi archimandryta. Lecz jeden z tych łotrów, jak głoszą Ewangelie, został zbawiony, więc który z nich zostanie uratowany: Żydzi czy Arabowie?

Mały chłopczyk, może syn tego, który ze mną rozmawiał, wynosi duży dzban wody i każdy członek rodziny pije z niego. Przede mną ładny ogród, cyprysowy, prawdopodobnie bardzo stary, otoczony starannie murem i drutem kolczastym. A za tym ogrodem, położonym na pagórku, zaczyna się Jerozolima. Jestem zmęczony przeżyciami dnia i cieszę się, gdy zostaję sam. Siadam na werandzie i wchłaniam w siebie nadzwyczaj wonne powietrze wieczorne.

 

13. VII. Poniedziałek. Pod moim mieszkaniem rezyduje były metropolita Cypru. Spotykałem go już kilka lat temu w Londynie. Brał on jakiś czynny udział w powstaniu greckim przeciwko rządowi angielskiemu i został wygnany z kraju. W czasie tego powstania spłonął pałac gubernatora Cypru i wśród gruzów zginęły jego bogate zbiory. Między innymi kielich zakupiony przezeń na Cyprze, z gruzińskim napisem. Może był to jeden z najrzadszych śladów gruzińskiego monastycyzmu na Cyprze? O tym fakcie opowiadał mi w swoim czasie obecny anglikański biskup Gibraltaru, Msgr Harold Buxton[14].

Od razu po greckim śniadaniu (mała filiżanka czarnej kawy) idę do cerkwi. Jest ona stosunkowo nieduża. Podłoga z mozaiki, na której widoczne są jeszcze ślady krwi z ostatniego pogromu mahometańskiego w XVIII stuleciu. Ściany, ongiś pokryte freskami, są teraz pobielone. Tylko tu i ówdzie zostały jeszcze fragmenty fresków. Tu właśnie znajdował się fresk, przedstawiający naszego słynnego poetę Szotę Rustawelego, ale już go nie ma. Cagareli w swoim czasie zanotował tu dwadzieścia gruzińskich napisów[15], ja zaś potrafiłem odszukać tylko dziesięć. Reszta jest już zniszczona. Archimandryta bardzo życzliwie usposobiony jest do mej pracy i nawet mówi, że można będzie usunąć tynk i odsłonić stare napisy. Na to jednak potrzebne są środki. Moich zaś prac naukowych żaden czynnik naukowy nie finansuje – nikt na świecie nie wspiera moich prac – nie mogę więc wszystkiego robić własnym kosztem. Muszę zadowolić się tym, co jest w mojej mocy.

W czasie, gdy robiłem zdjęcia, przyszedł jakiś pan z Jerozolimy i pytał o mnie. Okazał się Gruzinem o nazwisku Dymitri Cchondia[16], posiadającym obywatelstwo syryjskie. Jestem przekonany, że sama Opatrzność Boska skierowała go do mnie. Umie on fotografować, więc oddaję mu aparat. Utrzymuje się z medycyny i posiada w Jerozolimie sporo pacjentów. Nowicjusze nieraz chorują na żołądek. Znajomość więc z lekarzem i dla samego archimandryty nie może pozostać bez korzyści.

Przez całe przedpołudnie byliśmy zajęci fotografowaniem. Ten klasztor jest opisany niemal przez wszystkich podróżników, to też nie będę powtarzał tego wszystkiego. Mam zamiar wydać większą rozprawę o pomnikach sztuki gruzińskiej, ale o jednej rzeczy warto byłoby tutaj wspomnieć.

W cerkwi, niedaleko od wejścia, z lewej strony znajduje się wejście do małego budynku. Tam pokazują miejsce, gdzie rosło drzewo, z którego zrobiony był Krzyż. Ściany są zawieszone ikonami wykonania przeważnie rosyjskiego. Tylko jeden bardzo stary obraz zwraca moją uwagę. Jest to niby mapa Ziemi Świętej. Są na nim namalowane rozmaite miejscowości, tak samo jak na słynnej mapie z Madaby[17], Wszak my wiemy o świętej geografii Palestyny tak mało i posiadamy tak mało źródeł, że poważna rozprawa o tym obrazie byłaby dla nauki bardzo pożądana.

Po południu, mimo okropnego upału, przechadzałem się w ogrodzie klasztoru. W tym ogrodzie są tylko drzewa oliwkowe, a jest on bardzo obszerny. W samym końcu znajdują się pieczary, a pomiędzy nimi jedna dość duża, jest to cerkiew św. Mikołaja. Cagareli wspomina w swym opisie o klasztorze gruzińskim św. Mikołaja, niedaleko od Świętego Krzyża[18]. Więc chodzi tu prawdopodobnie o tę cerkiew. Czas minął bardzo szybko, słońce już zniżało się ku zachodowi. W klasztorze już wszyscy byli po południowym odpoczynku przy pracy i moja nieobecność w celi zaniepokoiła zakonników. Widzę, jak nowicjusz chodzi po ogrodzie. Zobaczywszy mnie, nie chce mnie już opuścić. Mówi, że niebezpiecznie chodzić tu samemu, że ze wszystkich stron chodzą Arabowie. Ja zaś pragnąłem zostać sam na tej ziemi, uświęconej przez pracę, modlitwę i ascezę mych starszych rodaków. Pragnąłem skupić swe myśli, przenieść się do tej epoki, oddać się kontemplacji. Obecność nowicjusza bardzo mi przeszkadzała, i nie miałem lepszego wyjścia, jak powrócić z nim do domu.

Przy bramie klasztornej siedziała cała rodzina. Sam stary, którego wszyscy nazywają „Chadży” (co znaczy, że był on w Mekce) z żoną, dwóch dorosłych synów, obok zaś siedziało jeszcze kilku chłopców Na mój widok rzucili się oni do mnie i zaczęli prosić o bakszysz. Usiadłem obok starego mężczyzny. Pochodzi on od pierwszych dozorców tego klasztoru, którzy jeszcze rozmawiali po gruzińsku i byli świadomi swej narodowości. „Cała nasza wieś – mówi on – lubi bardzo ten klasztor, ale my nie jesteśmy tutejsi”.

Pragnę się dowiedzieć pewnych rzeczy, ale trzeba znać dobrze język arabski. Jestem przekonany, że ta wieś w swym życiu zachowała jeszcze stare gruzińskie zwyczaje i może nawet w jej teraźniejszej gwarze utrzymały się jeszcze stare słowa gruzińskie. W nazwiskach też można chyba odnaleźć jakiś ślad dawnych czasów. Jeden z jego synów, Ibrahim – Spira, prosi mnie, abym napisał jego imię po gruzińsku, a Chadży Hassan opowiada, że w Malsze znajdują się ruiny bardzo starej chrześcijańskiej świątyni i archimandryta Focjusz przeprowadzał tam prace wykopaliskowe oraz napisał o tym książkę.

Ta wiadomość bardzo mnie zaciekawiła, było to bowiem już coś konkretnego. Mieszkańcy tej wsi byli więc dawniej chrześcijanami, inaczej bowiem na co byłby tam potrzebny kościół. Chadży Hassan obiecuje zaprowadzić mnie na wieś, a nawet proponuje abym zamieszkał kilka dni w jego rodzinie. Chciałem ich sfotografować, ale nie chcieli się na to zgodzić.

Przez całą noc (jak i poprzedniej nocy) była strzelanina, to z góry strzelano do żydowskich willi.

Przeczytaj część 4

 



[1] Paulin Lemaire (1896-1963), franciszkanin, w latach 1928-1963 profesor Studium Biblicum Franciscanum w Jerozolimie (uwaga H. P.).

[2] Donato Baldi ( 1888 - 1965 ), włoski biblista, palestynolog , historyk , franciszkanin . W latach 1938 - 1940 oraz 1950 - 1963 pełnił funkcję dyrektora Studium Biblicum Franciscanum w Jerozolimie (uwaga H. P.).

[3] D. Baldi, Enchiridion Locorum Sanctorum. Documenta S. Evangelii loca respicientia, Jerusalem, 1935, 19823 (uwaga H. P.).

[4] Heinrich Goussen (1863-1927), niemiecki orientalista, profesor uniwersytetu w Bonn. Pod jego kierunkiem kształcił się Grzegorz Peradze podczas swoich studiów w Niemczech, por. A. Baumstark, Heinrich Goussen, „Oriens Christianus”, 24:1927, s. 356-360; H. Kaufhold, Die Sammlung Goussen in der Universitätsbibliothek Bonn, „Oriens Christianus”, 81:1007, s. 213-227 (uwaga H. P.).

[5] H. Goussen, Über georgische Drucke und Handschriften, die Festordnung und den Heiligenkalender des altchristlichen Jerusalems betreffend, Mönchen-Gladbach, 1923 (uwaga H. P.).

[6] Mt 10, 24.

[7] A. Cagareli, dz. cyt., s. 89-111.

[8] Miriam (IV w.), król Gruzji, który dzięki św. Nino nawrócił się na chrześcijaństwo (uwaga H. P.).

[9] Gr. panagia – najświętsza, mała ikona noszona przez biskupów na piersiach jako oznaka ich godności; wywodzi się z naczyń do przenoszenia świętości (uwaga H. P.).

[10] Opiza i Parchali, klasztory w gruzińskiej prowincji Tao-Klardżeti (dzisiejsza Turcja), w których znajdowały się centra sztuki złotniczej i sztuki wytłaczania metali. Z Opizą był związany, między innymi, słynny złotnik Beka Opizari (XII w.), który wykonał sukienkę do ikony Chrystusa z Anczischati (uwaga H. P.).

[11] J 11, 20-22.

[12] Henryk Siemiradzki (1834-1902), polski malarz. Jego obraz „Chrystus w domu Marty i Marii” (1886 r.) znajduje się w Rosyjskim Muzeum Narodowym w Petersburgu (uwaga H. P.).

[13] Nikodem (Mylonas, 1889-1937), od 1918 r. metropolita Kition na Cyprze, 17 października 1931 r. zaprotestował przeciwko angielskiej administracji kolonialnej, a dwa dni później wezwał ludność do powstania; usunięty przez władze angielskie, zamieszkał w Jerozolimie, gdzie przebywał do swojej śmierci. W 1962 r. jego ciało zostało sprowadzone na Cypr (uwaga H. P.).

[14] Msgr Harold Buxton posiada nabyty na Cyprze duży srebrny talerz z napisem gruzińskim.

[15] A. Cagareli, dz. cyt., s. 241-247.

[16] Grzegorz Peradze poza tym wspomniał Dymitra Cchondię w jednym ze swoich artykułów: „My countryman Dimo Tschondia helped me very much in my work in the summer of 1936 in Jerusalem. All these photographs were taken by him and here I offer him my heartfelt thanks”, G. Peradze, An Account of the Georgian Monks and Monasteries in Palestine as revealed in the Writings of non-Georgian Pilgrims, „Georgica”, 2:1937, z. 4-5, s. 242, przypis 2 (uwaga H. P.).

[17] Mozaikowa mapa z bizantyjskiej cerkwi w Madabie (Jordania), odnaleziona w 1897 r., jest najstarszym znanym przedstawieniem Ziemi Świętej, datowanym na VI w. (uwaga H. P.).

[18] A. Cagareli, dz. cyt., s. 123.